Pokazywanie postów oznaczonych etykietą składniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą składniki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział X

Beta dalej na urlopie, więc uprasza się o nie bicie autorki. 



 – Victoria, do ciężkiej cholery, po co ty się malujesz?! Idziemy ożywiać trupa, a nie szukać sponsora! – krzyczała stojąca w korytarzu Nathalie. – Pospiesz się!
Krukonka zgarnęła z salonu swój podręczny kufer i niemal biegiem udała się do swojej zirytowanej przyjaciółki. W pośpiechu wiązała porządne, militarne buty, które nijak nie pasowały jej do zwiewnej, długiej sukienki. W tym czasie Lindsay stała przy komodzie z listą w ręku i sprawdzała, czy zapakowała do swojej torby wszystkie potrzebne rzeczy. Mruczała cicho pod nosem i wyglądała, jakby była w transie.
Chyba mamy za mało esencji z krwi węża morskiego – wycharczała Sentis stojąca na progu kuchni. Wyglądała jak obłąkana. Rozczochrane włosy i wymięta szata upodobniały ją do Bellatrix, skąd można wydedukować, że nie prezentowała się najlepiej.
A tej to by się przydał makijaż. – Gryfonka podniosła wzrok znad listy, ale po chwili powróciła po swojego zajęcia.
Jaki makijaż? Nie będę paradować po ulicy.
Tylko po cmentarzu – dokończyła Victoria.
Tam nie ma żadnego cmentarza – sprostowała Nathalie. – To dość... oryginalne miejsce, nawet jak na Severusa.
Nie rozumiem, czemu nie dał się pochować w jakimś normalnym, łatwo dostępnym miejscu, tylko na jakimś wygwizdowie. Aż takim samotnikiem to chyba nie był – narzekała Victoria.
Przecież już wam tłumaczyłam – zniecierpliwiła się Puchonka. – Nie chciał bohaterskiego pogrzebu, a domyślał się, że chcieliby mu tak urządzić. Szczególnie Potter. Pragnął, żeby chociaż po śmierci wszyscy dali mu święty spokój, więc o miejscu jego pochówku nie wie nikt. Na pogrzebie była tylko Minerva i grabarz, a po uroczystości Granger obojgu wyczyściła pamięć.
Kto to Granger? – spytała Victoria, jednak nie doczekała się odpowiedzi, a jedynie gromiących ją spojrzeń.
Długo tego spokoju nie zaznał – stwierdziła Sentis narzucając płaszcz.
Kobiety wyszły z mieszkania. Każda z nich niosła torbę lub kuferek, w których znajdowały się niezbędne składniki i eliksiry potrzebne do wykonania Eliksiru Wskrzeszenia. Wydawało im się, że są przygotowane na każdą ewentualność.
Dopiero zmierzchało, więc światła w niektórych domach jeszcze nie pogasły. Sentis zdawała się tym nie przejmować. Jej przyjaciółki zerkały nerwowo w stronę jednej konkretnej kamienicy, jakby z jej drzwi miała wyskoczyć co najmniej akromantula.
Myślę, że niepotrzebnie idziemy przez całą ulicę. Równie dobrze mogłybyśmy deportować się z zaułka między kamienicami. – Victoria wciąż obracała się nerwowo. Wyobraziła sobie Panią Mops z różowym szlafroczku, która biegnie za nimi z tłuczkiem do ziemniaków i grozi mocnym laniem.
Dziwnie by to wyglądało, gdybyśmy tam weszły i nie wychodziły przez całą noc, a później jak gdyby nigdy nic znalazły się w mieszkaniu. Mugole wbrew pozorom nie są aż tacy głupi – wyjaśniła spokojnie Lindsay. Była aż nadto opanowana, przynajmniej jak na nią w takich sytuacjach.
Pani Mops nie będzie nas już więcej niepokoić, więc możecie czuć się bezpiecznie – zapewniła Sentis.
Skąd ta pewność?
Po prostu mam takie przeczucie.
Dziewczynom to wystarczyło.
Kiedy już znalazły się poza terenami zamieszkałymi przez mugoli, czyli w obecnie pustym, małym parku, Nathalie wyciągnęła z torby rolkę wymiętego pergaminu. Była to odręcznie narysowana, prowizoryczna mapa. Przedstawiała nienazwaną, małą dolinę znajdującą się, według opisu mapy, w południowych lasach Szkocji. Kobiety przyłożyły różdżki do papieru, a po chwili, za sprawą rozszerzonej magii deportacyjnej połączonej z ideą nielubianych przez nie świstoklików, przeniosły się w widoczne na szkicu miejsce.
Mała polanka leżąca w bardzo głębokiej dolinie, odgrodzona od wiatru i wzroku niepożądanych osób wyglądała bardzo sielsko, ale przy tym też groźnie i imponująco. Na jej środku znajdował się stos kamieni o wielkości ludzkiej czaszki. Była pełnia, więc nie potrzebowały oświetlać sobie drogi za pomocą różdżek. Kobiety zatrzymały się kilka metrów od centrum, odłożyły bagaże i zdjęły płaszcze. Nathalie zakasała rękawy, po czym dotknęła mapę końcem swojej różdżki. Na pergaminie zaczęły pojawiać się nowe linie.
Z tego co udało mi się złożyć z zrekonstruowanych elementów pamięci grabarza dowiedziałam się, że grób jest pod tą kupką kamieni. W promieniu dwóch metrów od niej działa bariera antywłamaniowa, a w promieniu metra któreś z Zaklęć Niewybaczalnych, nie jestem w stanie określić, które dokładnie. Gdzieś jest tu obejście tych zabezpieczeń, ale facet zemdlał i nie byłam w stanie dalej gmerać mu w pamięci. Jak tu jest gorąco – mruknęła na końcu Puchonka. – Jakieś pomysły?
Zróbmy podkop! – zakrzyknęła Victoria.
Mózg sobie podkop. Proponuję pokręcić się trochę po terenie. Mamy jeszcze trochę czasu, więc może coś znajdziemy.
A jak nic nie znajdziemy?
To będziemy łamać bariery i rzucać klątwy, ale to w ostateczności.
Zaczęły się przechadzać. Miały jeszcze kilka godzin do północy, a półprodukty do eliksiru były już gotowe, więc postanowiły spróbować. Nathalie co chwilę sprawdzała sobie tętno, trzęsła się i pociła, toteż zajęła się doprowadzaniem swojego ciała do stanu używalności, a dziewczynom zostawiła bawienie się w detektywa. Victoria stąpała drobnymi kroczkami i uważnie przyglądała się wszelkim nierównościom, pojedynczym kamyczkom i wszelkim tego typu drobiazgom. W rzeczywistości jednak bardziej zajęta była powtarzaniem sobie w głowie inkantacji, niż doszukiwaniem się poszlak. Sentis natomiast wciąż zadręczała się pytaniami, na które nie była w stanie sobie odpowiedzieć. Nikt żywy nie był w stanie. Przynajmniej nikt obecnie żywy.
Lindsay jako jedyna skupiła się na zadaniu. Weszła nieco wyżej na wzniesienie, żeby zobaczyć całą dolinę z góry. Wiatr wiał tam zdecydowanie mocniej, aż trudno było jej zachować równowagę. Uważnie przyjrzała się wszystkim elementom, po czym zbiegła na dół do przyjaciółek.
Tu jest wzór! – krzyczała wciąż jeszcze biegnąc na dół.
Jaki wzór? – Nathalie oddychała już spokojniej. Trzymała w dłoniach rozłożoną mapę i porównywała ją z tym, co obecnie widziała.
Te porozrzucane wokół kamienie tworzą konkretny kształt. Najprawdopodobniej trzeba przejść to nich w odpowiedniej kolejności i bariery opadną.
Ale jaki to kształt? I gdzie się zaczyna? – zapytała już bardziej rzeczowo Puchonka.
Lindsay podeszła to jednego z kamieni.
Najprawdopodobniej tu. Później trzeba pójść to tego nieco wyżej, a dalej już wężykiem w dół. Przypomina to koślawą literę „S”.
Sama jesteś koślawa – mruknęła pod nosem Sentis, po czym podeszła do wskazanego przez przyjaciółkę kamienia. – I co teraz?
Może dotknij go różdżką, czy coś. Nie wiem, nie znam się na zabezpieczeniach. Spróbuj czegokolwiek.
Ślizgonka podążyła za sugestiami, a kiedy dotknęła kamienia, pojawił się na nim napis „NARODZINY”.
Coś czuję, że bardziej będzie to przypominać konkurs wiedzy niż łamanie bariery magicznej – stwierdziła Nathalie. – Chyba musisz powiedzieć, gdzie i kiedy urodził się Sever.
Łatwizna – prychnęła Sentis. – Dziewiąty stycznia tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt, Londyn.
Skała zaczęła pulsować jasnozielonym światłem. Kobieta podeszła do kolejnego kamienia. „RODZICE”.
Eileen Prince i  Tobiasz Snape. Ile jeszcze jest tych skałek?
Jeszcze siedem. Nie marudź, tylko odpowiadaj! – zakrzyknęła Nathalie, po której już nie było widać ani odrobiny złego samopoczucia. Rozwiązywanie zagadek dobrze na nią działało.
Kolejne pytania również były banalne. „DOM” - Slytherin, „HOBBY” – eliksiry, „RÓŻDŻKA”- buk, włos jednorożca, 13,5 cala.
KLUB”
Jaki klub? – spytała Victoria. – W Hogwarcie było jakieś miejsce schadzek?
Chciałabyś. To było koło wzajemnej adoracji, ale tylko dla kujonów – wytłumaczyła Sentis. – Nic dziwnego, że o nim nie wiesz. Klub Ślimaka.
Następna skała pojaśniała. „KSIĄŻKA” - Tajemnice Najczarniejszej Magii, „ZAKLĘCIE” - Sectumsempra i ostatnie „MIŁOŚĆ”.
Ups... – wyrwało się Lindsay.
Dziewczyny zmarszczyły brwi. Wiedziały, że odpowiedź na to pytanie może być bardzo satysfakcjonująca dla ich przyjaciółki lub niemal miażdżąca. Sentis albo Lily. Prawda albo fałsz. Slytherin albo Gryfindor.
To chyba jakiś żart – syknęła bliska płaczu Ślizgonka.
Jestem prawie pewna, że to on układał te pytania. Musisz pomyśleć, tak jak on w tamtym momencie.
Zajebiście mi pomogłaś!
Milczały i patrzyły na nią w napięciu, a ona myślała.
Udawał przede mną, czy przed nią? Czy kłamał tym wszystkim ludziom, w tym dyrektorowi i Potterowi? Co ja mam do cholery zrobić?! Stoję dwa kroki od stosu tych pieprzonych kamieni i jeśli udzielę złej odpowiedzi, to najprawdopodobniej pieprznie mnie Adava.
Nie chcę nic mówić, ale stoi...
To się zamknij – przerwała Krukonce Sentis. – Żeby cię szlag jasny trafił Sever! Zawsze robisz mi pod górkę! Zawsze! Po ożywieniu masz ode mnie w pysk! Nienawidzę cię! Lily Evans!
Kamień pojaśniał.
O kurwa... - wyrwało się Lindsay, jednak już bardziej dosadnie.
Ze stosu powoli znikały kamienie, a kiedy zdematerializował się ostatni, dziewczynom ukazała się jedynie duża i głęboka dziura w ziemi. Po chwili wystrzelił z niej słup białego światła, żeby zaraz zgasnąć. Był jednak na tyle silny, że oślepił dziewczyny na kilka sekund. Kiedy już odzyskały wzrok, w miejscu otworu stała wysoka na ponad dwa metry, czarna, rzeźbiona w różne wzory kolumna. Jego trumna.
Ja nie chcę się wymądrzać, ale ożywianie faceta, który cię nie kocha to chyba nie najlepszy pomysł – wyszeptała szybko Victoria, jakby bała się, że zaraz oberwie.
A ja myślę, że to nie twoja sprawa i zamknij gębę – ucięła szybko Ślizgonka. Serce biło jej tak mocno i tak szybko, że słyszały to nawet stojące obok przyjaciółki.
Była wściekła, zrozpaczona i pełna lęku jednocześnie. Pomimo tego, że nie darzył jej miłością, to chciała go skutecznie ożywić, a w stanie tak wielkiego wzburzenia stawało się to coraz mniej prawdopodobne. Mogła go zabić jeszcze bardziej niż jest martwy teraz. Po źle przeprowadzonym ożywianiu nie ma już żadnych szans. Nie ma magii czarniejszej i skuteczniejszej od tej, którą zaraz miały zacząć praktykować.
Podajcie mi jakiś słaby eliksir uspokajający i zaczynajmy.
Sentis opróżniła niewielką fiolkę z szarawym płynem, a po kilku chwilach jej serce uspokoiło się, lecz nie poczuła otępienia, jak to miało miejsce po spożyciu standardowego eliksiru tego typu. Zaczęła myśleć bardziej racjonalnie i aspekty moralne oraz emocjonalne na ten moment przestały mieć dla niej znaczenie.
Podeszła do sarkofagu, a kiedy go dotknęła, ten zmienił swoje położenie z wertykalnego na horyzontalny i otworzył się.
Severus wyglądał niemal tak, jak go sobie wyobrażała. Blada, niemal zielona skóra, haczykowaty nos, gęste rzęsy i brwi, wąskie usta, mnóstwo zmarszczek na czole, za to ani jednej w okolicy ust. Został pochowany w szacie mistrzowskiej, czyli w czarnym garniturze, zapinanym na guziki kaftanie w kolorze zależnym od dziedziny, w której osiągnął mistrzostwo, czyli w tym wypadku ciemnofioletowej, oraz długiej szacie wierzchniej z szerokimi rękawami. Leżał ze splecionymi na klatce piersiowej dłońmi, a które włożono jego różdżkę. Przy jego nogach leżały wszystkie opublikowane przez niego książki, jakiś medal i koperta wypchana listami, zapewne uczniowie chcieli w ten sposób oddać mu cześć.
Rozstawcie sprzęt, niech któraś rozpali ogień pod największym kociołkiem. Miejcie wszystko pod ręką, a ty Victorio przeczytaj jeszcze raz inkantacje. Ja zacznę warzyć miksturę, ale skończy ją Nathalie. Lindsay przytrzyma barierę nad całą doliną i zajmie się Severusem po całej akcji. Wszystko jasne? To do roboty.
Przygotowania zajęły ponad godzinę, ale im wydawało się, jakby minęło pięć minut. Spieszyły się, ale uważały, żeby niczego nie przeoczyć, o niczym nie zapomnieć. Chciały mieć wszystko doskonale zorganizowane i chyba im się udało. Długie godziny, a właściwie dni przygotowań nie poszły na marne.
Kiedy nadeszła północ, przystąpiły do działania.
Lindsay stanęła przy dolnej części trumny, Sentis i Nathalie przy jednym boku, a Victora naprzeciwko, gdyż w ten sposób nie przeszkadzały sobie wzajemnie przy pracy.
Na ustalony znak siwowłosa zaczęła wypowiadać słowa inkantacji. Robiła to powoli i bardzo wyraźnie, zataczając różdżką finezyjne okręgi nad twarzą Severusa. Sentis w odpowiednich momentach dorzucała do kociołka coraz to nowe składniki, w drugim kotle podgrzewała smolistą ciecz, tuż obok Puchonka mieszała kilka innych eliksirów w jedną całość. Wszystko było dużo bardziej skomplikowane, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Pozorny spokój skrywał skupienie i nerwowe ruchy, które mimo wszystko, musiały być płynne i precyzyjne.
Twarz Severusa zaczynała nabierać czerwono-sinego koloru. Rytuał dobiegał końca.
Sentis wrzuciła do czerwonej cieczy garść włosów testrala, a kociołek zajął się ogniem. W tym samym momencie Victoria skończyła wypowiadanie inkantacji. Wszystko zostało idealnie zgrane w czasie. Ślizgonka wyjęła różdżkę. Ciesz wypłynęła z kociołka i kilkoma strumieniami popłynęła w stronę Severusa, po czym wdarła się do jego ciała przez nos, uszy i klatkę piersiową, gdzie miała pozostać mu blizna. Zwłoki poczerwieniały. Splecione ręce opadły wzdłuż ciała, a różdżka upadła na trawę. Severus zaczął się trząść, a Victoria rozpoczęła rzucanie zaklęcia. Połączyła ze sobą aurę Snape'a i Gaunt, przez co jej moc mogła przeniknąć do ciała mężczyzny. Był to najniebezpieczniejszy element całego rytuału.
Czuła, jak jej ciało słabnie. Nikt nie mógł oszacować, jak dużo mocy będzie potrzebne, aby pobudzić mózg i serce Severusa do ponownego życia. Możliwe, że wyciągnie z niej wszystko, co do kropli. Była coraz bardziej senna. Nathalie stała zaraz za nią, żeby w razie potrzeby uchronić ją przed upadkiem.
Ciałem Severusa poruszył mocny wstrząs rozpoczynający się od klatki piersiowej. Po chwili kolejny. Drgawki stawały się coraz mocniejsze.
Otworzył oczy.
Drgawki ustały.
Przepływ energii ustał, a Lindsay schowała różdżkę, po czym podeszła do trumny.
Sprawdziła mu tętno, obejrzała źrenice, dłonie. Rozpięła koszulę, na co zareagował niezgrabnymi ruchami rąk i cichym chrypieniem. Wszystko było w stanie jak najbardziej poprawnym.
Jego twarz odzyskała powoli swoją naturalną bladość. Nie był w stanie wydusić z siebie nawet jednej sylaby, ciało było mu posłuszne tylko w niewielkim stopniu. Czuł pieczenie w gardle, dudnienie w głowie i tępy ból w okolicach klatki piersiowej. Nie wiedział, co się przed chwilą stało. Pamiętał jedynie tego przeklętego węża i Pottera. Później tylko ciemność. Po głowie błądziło mu echo wypowiadanych niczym mantra słów w nieznanym mu języku.
Nachylały się nad nim trzy kobiety, które skądś kojarzył, ale nie był w stanie sobie przypomnieć, jak się nazywają. Wielu rzeczy nie mógł sobie teraz przypomnieć.
Blondynka podała mu jakąś miksturę do wypicia, której nie był w stanie sam przełknąć, więc musiała pomóc mu magią. Wszystkie trzy nacierały to różnymi specyfikami, a on chciał tylko wstać. Próbował podnieść się, jednak bardziej przypominało to wicie się dżdżownicy, niż ruchy zdrowego człowieka.
Czyżbym trafił do piekła?
Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Witamy wśród żywych, Sever – powiedziała blondynka.

Sentis stała kilka kroków dalej, poza zasięgiem jego wzroku. Była osłabiona, ale nie tak, jak się tego spodziewała. Nie potrafiła teraz do niego podejść. Wszystko wirowało jej przed oczami. Usłyszała tylko słowa Lindsay, a chwilę później zemdlała. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

VIII

Padam na ryj – stwierdziła Victoria kładąc się na kanapie w salonie. Dziewczyna nawet nie miała siły pójść pod prysznic, czy zdjąć brudnych ubrań. Sentis tylko narzuciła na nią koc, a Krukonka niemal od razu zasnęła, cicho pochrapując.
Ślizgonka zdjęła z siebie brudną, zakrwawioną i podartą sukienkę, po czym poszła do kuchni, aby obmyć się przy zlewie, gdyż łazienkę zajmowała Gryfonka. Napełniła miskę ciepłą wodą i wylała ją na siebie. Następnie zaczęła się namydlać i szorować, z czym bardzo się spieszyła, bo pragnęła jak najszybciej położyć się do łóżka.
Krwawisz – usłyszała za plecami głos Nathalie.
Co? Skąd? – zapytała zdezorientowana.
Ze szramy na twarzy. Pewnie rana otworzyła się pod wpływem ciepłej wody. Powinnaś to sobie wyleczyć albo chociaż opatrzyć.
Puchonka usiadła przy stole. Miała na sobie tylko bieliznę i kapcie, a w dłoni trzymała czystą koszulę, która służyła jej za piżamę. Kobieta przyglądała się przyjaciółce. Ślizgonka wyglądała naprawdę źle. Prawa połowa jej twarzy spuchła i stała się fioletowa, a po przekątnej przecinała ją czerwona, głęboka, krwawiąca rana. Oczy miała napuchnięte i zaczerwienione.
Wyglądasz jak gówno.
Dzięki, zawsze chciałam usłyszeć coś takiego od własnej przyjaciółki – odparła ironicznie Sentis.
Czarnowłosa uniosła w rozbawieniu kąciki ust, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Po chwili usłyszały skrzypienie drzwi od łazienki i kroki Lindsay. Gryfonka weszła do kuchni i kiwnęła w stronę przyjaciółki, aby ta poszła pod prysznic. Sama zaraz ulotniła się do salonu, gdzie dzieliła kanapę razem z Krukonką.
Ślizgonka umyła się do końca, a następnie zaczęła szukać apteczki. Severus musiał mieć coś takiego, bo w końcu sam nierzadko kaleczył sobie palce podczas przygotowywania eliksirów. Przynajmniej tak było jeszcze kilkanaście lat temu i choć Sentis podejrzewała, że mężczyzna miał tego typu wypadki coraz rzadziej, to nie wątpiła w jego przezorność. W jednej z szafek w salonie znalazła kilka opakowań gazy, bandaż i plastry. Weszła jeszcze do sypialni, gdzie w etażerce urządził sobie barek, aby wziąć butelkę wódki. Przy okazji zgarnęła z kufra jakąś koszulkę do spania i ciepłe skarpety. Z całym ekwipunkiem udała się z powrotem do kuchni. Rozstawiła wszystko przy zlewie, aby nie zachlapać krwią całego pomieszczenia podczas zakładania opatrunku, co było bardzo prawdopodobne, pomimo środków ostrożności. Na początku wyjęła z szafki niewielki słoik, zapewne po musztardzie lub innym sosie, opłukała go wodą, a następnie napełniła do połowy wódką. Otwierała właśnie opakowanie gazy, kiedy do kuchni weszła Lindsay.
Nawet mi nie mów, że zamierzasz teraz pić – powiedziała beznamiętnym głosem zszokowana dziewczyna. Powoli zbliżała się do przyjaciółki i starała się nie spuszczać jej z oczu nawet na sekundę. Przemieszczała się na tyle nieudolnie, że przewróciła stojące za nią krzesło, a huk z tym związany przyciągnął do kuchni kończącą właśnie prysznic Nathalie.
Chyba cię pogięło – warknęła od progu Puchonka.
Tak! Jestem już w tym stadium alkoholizmu, że zamierzam wchłaniać wódkę przez skórę i zaraz wyleję sobie zawartość tej szklanki na twarz. A że jestem popieprzoną sadomasochistką, to uczynię to na tej pokiereszowanej stronie. Jeszcze jakieś pytania? – Spojrzała złowrogo na przyjaciółki, a kiedy milczały, otworzyła opakowanie tej nieszczęsnej gazy i wrzuciła ją do naczynia z alkoholem.
Co ty do cholery wyprawiasz?! – zirytowała się Lindsay. Już nie wiedziała, co ma teraz zrobić.
Zamierzam opatrzyć sobie obity ryj!
Wódką? – spytała z niedowierzaniem i szczerym zainteresowaniem Nathalie.
Nie wiem, czy wiesz, ale alkohol dezynfekuje rany. Pomóż mi z tym, bo coś czuje, że krew się będzie lała jak Ognista na święta w Hogwarcie.
To ja już podziękuję – rzuciła szybko Gryfonka, wycofując się z pomieszczenia. – Mam dość ekscesów na dzisiaj. Miłej zabawy!
Cykor – mruknęła cicho Sentis. – Ty też uciekasz, czy pobawisz się ze mną w magomedyka?
Nathalie zmrużyła złowrogo oczy, jednak po chwili uśmiechnęła się delikatnie i podeszła bliżej przyjaciółki. Najpierw dokładnie wyszorowała ręce mydłem, aby nie przenieść do rany żadnych brudów. Ślizgonka zrobiła to samo, choć w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia, bo obie założyły lateksowe rękawiczki, które przetransmutowały sobie z opakowania po gazie. Nathalie oblała dłonie wódką, a następnie wyciągnęła ze szklanki nasiąknięty alkoholem pęczek gazy, po czym lekko go wycisnęła.
Domyślam się, że będzie cię to piekło jak jasna cholera, ale uprzedzam, żebyś nie wydzierała się zbyt głośno, bo niestety, ale nie mieszkamy w domku jednorodzinnym. Gotowa?
Sentis tylko mruknęła zniecierpliwiona, choć chciała już zrezygnować z opatrunku i po prostu położyć się spać.
Może lepiej usiądź na krześle.
Brunetka posłusznie usiadła. Odwróciła wzrok w drugą stronę, aby nie widzieć, co Nathalie wyczynia z jej twarzą. Czuła, jak dziewczyna ściera nieco już zaschniętą krew z szyi i policzka. Później było już tylko gorzej. Czuła lekkie szczypanie, kiedy Puchonka przecierała napuchnięte miejsca, a o mało nie spadła z krzesła podczas czyszczenia mniejszych zadrapań.
To chyba nie był dobry pomysł – stwierdziła Sentis.
Za późno.
Nathalie oblała wódką otwartą ranę, szybko przycisnęła do niej świeżą, czystą gazę, a później przykleiła całość plastrami i owinęła dla pewności bandażem. Brunetka już kurczowo trzymała się oparcia. Niewiele jej brakowało do utraty przytomności, ale dała radę. Nie wydała z siebie nawet najcichszego dźwięku, mimo że miała ochotę bluzgać i rzucać klątwami z bólu. Druga tylko odgarnęła czarne włosy z twarzy. Sprzątała z blatu wszystkie zakrwawione i teraz już zbędne pierdoły, przy akompaniamencie ciężkiego oddechu Sentis, która o dziwo wyglądała gorzej niż przed założeniem opatrunku.
Idziemy spać – zarządziła po skończeniu porządków. – Wstaniesz sama, czy ci pomóc?
Ty mi już lepiej w niczym nie pomagaj...
Obie przeszły powoli do sypialni, gdzie szybko zasnęły, mimo narzekań brunetki i głośnego chrapania Victorii w pokoju tuż obok.
Wszystkie spały bardzo długo, bo obudziły się późnym popołudniem następnego dnia, kiedy na ulicach zapalały się lampy, a matki wołały swoje pociechy ma obiad. Wieczór zapowiadał się na spokojny, pogoda dopisywała. Słońce leniwie oświetlało kamienicę ostatnimi promieniami, aby za jakiś czas zajść za nieboskłon. Wszystko wydawało się takie sielankowe.
Wypoczęta Sentis siedziała na schodkach przed kamienicą, popijała kawę i oglądała obraz nędzy i rozpaczy, jakim było podwórko oraz płynąca nieopodal rzeka. O tej porze roku robiło się już chłodno, co dotyczyło także tego wieczora, ale Ślizgonka zdawała się tym nie przejmować, bo siedziała ubrana w jeansy i szarą koszulkę. Miała bose stopy, które bardziej niż reszta jej ciała, odczuwały chłód.
Dziewczyna rozkoszowała się ciszą oraz w miarę świeżym powietrzem. Nie czuła ścieków, ani odoru śmieci, co można było uznać za mały sukces. Niebo było bezchmurne, lekko pomarańczowe od zachodzącego Słońca. Sentis czuła się jak przeciętna mugolka. Liczyła się tylko ona, jej bliscy i nic więcej. Żadnym ogólnoświatowych problemów, epidemii smoczej ospy, napadów czarnoksiężników, czarnej jak hogwardzkie lochy magi, ani nic z tych rzeczy. Tylko ona i kawa.
Rozkoszowała się ciszą dopóki jej ciało nie odrętwiało z zimna. Kawa skończyła się dużo wcześniej, jednak oglądanie zachodu Słońca było bardziej kuszące niż dolewka napoju.
Aż sama się sobie dziwiła, że po tylu przejściach potrafiła się jak gdyby nigdy nic odprężyć i odpocząć. Cieszyła się wtedy błahostkami, a w zachowaniu przypominała małe dziecko.
Wróciła do mieszkania, kiedy na dworze było już ciemno. W salonie zastała drzemiącą jeszcze Lindsay, która najwyraźniej uznała, że nie spała wystarczająco długo. Pozostałe przyjaciółki gdzieś się ulotniły.
Sentis postanowiła wziąć się za porządki. Nie wiedziała, jak długo przyjdzie im tu mieszkać, ale było pewne, że to tutaj będą pielęgnowały Severusa aż do jego pełnego wyzdrowienia. Musiała odkurzyć całe mieszkanie i odkazić kuchnię oraz łazienkę, bo tam zamierzała przygotowywać potrzebne im eliksiry. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej skłaniała się do wersji, że powinna sporządzić ich listę. Brakowało jej wielu składników, powinna rozejrzeć się również za nowym kociołkiem. Niby nic w tym trudnego, wystarczyło przecież wybrać pieniądze z banku i wybrać się na zakupy. Niedawne wydarzenia sprawiały jednak, że to z pozoru proste rozwiązanie stawało się niemal niewykonalne. A co jeśli znowu je zamkną w Azkabanie? Tym razem mogło się obejść bez procesu. Minister byłby do tego skłonny, szczególnie po atrakcjach, jakie przeżył w swoim gabinecie.
Zaczęła od sypialni. Na początku otworzyła okno, bo unoszący się w powietrzu zapach stęchlizny był nie do zniesienia, szczególnie po długim pobycie na dworze. Zabrała się za porządkowanie rzeczy z szafy i etażerek przy łóżku, których zawartość nie była liczna. Trochę ubrań, stare pióra, pergaminy, puste butelki, kilka podartych ręczników, jakieś bibeloty i mnóstwo kurzu. Szary pył unosił się wszędzie. Nieprzyjemnie wchodził w oczy brunetki i osiadał na jej rzęsach. Uporządkowanie pokoju zajęło jej niespełna godzinę, ale kolejne dwie poświęciła na wycieranie kurzu oraz mycie podłogi. Wszystko robiła ręcznie. Z jakiegoś powodu nie chciała używać magi, to wydawało jej się za proste.
Po skończeniu pracy zaparzyła cały dzbanek świeżej i mocnej kawy. Lindsy cały czas drzemała na kanapie, przyjmując przy tym coraz to dziwniejsze pozy. Ślizgonka siedziała po ciemku w kuchni z kubkiem w ręku. Rozmyślała nad różnymi rzeczami, sącząc przy tym kawę. Czuła, że musi wykorzystać ten dzień, a raczej noc, na lenistwo, bo następne dni, a nawet tygodnie będą ciężką pracą.
Usłyszała skrzypienie drzwi frontowych, a zaraz potem głosy przyjaciółek. Nathalie weszła do kuchni, zapaliła światło i bez słowa usiadła obok Ślizgonki. W tym czasie Victoria poszła obudzić Lindsay. Po chwili w komplecie zasiadały przy stole.
Zrobiłyśmy małe rozeznanie w terenie – zaczęła Puchonka. – Odwiedziłyśmy starych znajomych, pogadałyśmy nieco z Lucjuszem, a Victoria przeczytała książkę, którą ostatnio kupiłam.
Jestem pod wrażeniem tego ostatniego. Szanujemy twoją chęć rozwoju – zaironizowała wciąż nieco śpiąca Lindsay. – Przybij piątkę! – uniosła do góry otwartą dłoń, ale reszta tylko spojrzała na nią niepewnie, jednak z lekkim rozbawieniem. – Nie ważne.
Krótko mówiąc, zaczęłyśmy się rozglądać za wszystkim, co potrzebne do ożywiania. Jeżeli dobrze pójdzie, to powinnyśmy zdążyć przed końcem października, ale najbardziej prawdopodobną wersją jest środek listopada – dokończyła Nathalie.
Lindsay obudziła się już na tyle, aby poddać w wątpliwość szacowania przyjaciółki.
Połowa listopada? Dobrze by było, gdybyśmy skończyły przed końcem przyszłego roku, więc wstrzymałabym się z tym optymizmem.
A to niby dlaczego? – spytała srebrnowłosa, zdziwiona powątpiewaniami Gryfonki, która zazwyczaj była dobrej myśli.
Myślę, że potrzebujemy trochę więcej czasu na przygotowania, niż te kilka tygodni. Poza tym wyciąganie z grobu zaraz po aferze w banku i ogólne zainteresowanie nami, może się źle skończyć dla Severa i dla nas, przyjmując, że w ogóle zdążymy cokolwiek zrobić w tym kierunku przed tym, jak nas znowu zamkną.
Dziewczyny musiały przyznać jej rację. Bardzo nierozsądnie podeszły do sprawy, bo pośpiech był tu co najmniej niewskazany.
Zaczęły przygotowywać listę rzeczy, które będą przydatne lub potrzebne podczas ożywiania oraz okres rekonwalescencji. Liczba eliksirów oscylowała wokół dwudziestu, z czego każdego z nich potrzebowały przynajmniej dwie porcje. Do przygotowania jednej mikstury niezbędne było średnio dwunaście składników, z czego cztery były do pozyskania jedynie na czarnym rynku, a resztę można było opisać jako trudno dostępne. Należało też pomyśleć o nowej aparaturze, czyli kociołkach, ampułkach, probówkach, łychach, rękawicach, palnikach, trójnogach i masie innych rzeczy. Przydałby się również nowy strój, a najlepiej dwa, pościel, poduszki, fotel, aby Severus miał gdzie siedzieć po wstaniu z łóżka, bo te w mieszkaniu nadawały się na drapak dla kotów. Oprócz wszystkich materialnych spraw potrzebowały spokoju. Wiązało się to z narzuceniem na mieszkanie, a najlepiej na całą kamienicę, ogromnej ilości zaklęć obronnych, ochronnych, antywłamaniowych... Lista była naprawdę długa. Wizja szybkiego zakończenia sprawy wydawała się bardzo odległa.
Na brodę Merlina! Ile jest potrzebne tego cholerstwa, to się w głowie nie mieści! – podzieliła się swoją refleksją Victoria.
Nie będzie łatwo. Powinnyśmy zacząć przygotowania już od jutra – zaproponowała Sentis.
Tak będzie najlepiej – podchwyciła Nathalie, po czym zaczęła rozdzielać obowiązki. – Sentis i Victoria pójdą do Banku Gringotta, a później zajmiecie się kompletowaniem sprzętu, Lindsay skontaktuje się z naszymi dostawcami i sprawdzi stan zapasów w mieszkaniu i naszych kufrach.
A ty? – zapytała Sentis.
Zacznę szukać grobu.
Zaraz, zaraz. To my nie wiemy, gdzie on leży?
Lindsay jak zwykle była najmniej poinformowana i jak zwykle obwiniała za to wszystkich, tylko nie samą siebie.
W książce podają, że podczas pogrzebu był obecny tylko grabarz i Minerva.
Jaka Minerva? – zapytała Sentis.
Twoja ulubiona nauczycielka z Hogwartu.
Całe szczęście! – zakrzyknęła z ulgą.
Z czego się tak cieszysz?
Że to nie ja będę z nią rozmawiać. Miłej pogawędki przy herbatce. Pozdrów ją ode mnie i zapytaj, czy w końcu straciła cnotę.
Chociaż po tylu latach mogłaby byś milsza. Pomagała przy wojnie i... – próbowała bronić swoją opiekunkę Gryfonka.
Po tym, jak mocnym kopniakiem zatrzasnęła przede mną drzwi do kariery łamacza klątw czarnomagicznych, to jedyne co mogę dla niej zrobić, to pokazać jej środkowy palec, o ile pozostajemy przy najmniej obelżywej wersji! – Sentis w napadzie furii poderwała się z miejsca, a następnie opuściła pomieszczenie przy akompaniamencie trzaskających drzwi.
Mi się wydaje, że trochę przesadza – stwierdziła spokojnie blondynka. – Na pewno nie było aż tak źle.
Przecież doskonale znasz tę historię – westchnęła Puchonka, również wychodząc z kuchni.
No właśnie nie!
Na mądrą Rowenę! McGonagall wystawiła jej Zadowalający na koniec szóstej klasy z transmutacji, bo po wykonaniu wszystkich zadań praktycznych i teoretycznych odpowiedziała jej na „niezobowiązujące” pytanie.
– „Jakie jest pani zdanie na temat zastosowania transmutacji w życiu codziennym?”.
I?
Odpowiedziała, że ostatnio użyła jej do przetransmutowania wiadra w szklankę do whiskey i rękawiczki w prezerwatywę.
Żartujesz?!
Mówię na serio. Tylko Żelazna Dziewica nie złapała żartu. Obniżyła jej ocenę za lekceważący stosunek do przedmiotu.
A co na to Sentis?
Kilka miesięcy później uciekłyśmy razem z nią z Hogwartu. Strach pomyśleć, co by się z nami śmiało, gdyby nasza żmijka dostała wtedy Wybitny.
Pewnie każda nas pracowałaby z Ministerstwie...

Po moim trupie – zakończyła rozmowę Victoria.
Mrs Black bajkowe-szablony