Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank gringotta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank gringotta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział XIII

Beta wróciła!


Wylądowali przed gruzami bramy Hogwartu. Czekał tam na nich komitet powitalny: Minerva, Filch z kotką i Slughorn. Sentis myślała, że ją krew zaleje, a Severus zastanawiał się nad szybkim odwrotem. Nawet nie próbowali ukryć swojego niezadowolenia.
Na brodę Merlina! Więc to jednak prawda! – Slughorn o mało nie padł na zawał z zachwytu na widok Snape'a. Chciał do niego podejść i uściskać, niczym wujek dawno nie widzianego siostrzeńca, ale zdenerwowanie wymalowane na twarzy Mistrza Eliksirów skutecznie go od tego odwiodło.
Nie powinniśmy tu tyle stać. Jedźmy już do zamku – zarządziła
Minerva. Wydawała się być niezainteresowana zaistniałą sytuacją, jakby oglądanie żywych trupów atrakcyjnością dorównywało piciu porannej kawy. Reszta ruszyła za nią w milczeniu w stronę wozów zaprzęgniętych w testrale. Bagażami zajęły się skrzaty.
Kiedy jechali, Sentis mogła dokładnie przyjrzeć się zamkowi. Był zniszczony, choć daleko mu było do ruiny. Większość zburzonych elementów została już uprzątnięta, nie zauważyła żadnych stert gruzu czy kamieni, choć ubytki w murach zaskoczyły ją swoimi rozmiarami. Dziwiła się, że zamek nie runął totalnie, z pewnością dzięki zasłudze magii.
Severus był za to mocno zawiedziony. Liczył, że całą tę szkołę trafił jasny szlag i pozostanie tylko zrównać ją z ziemią. Zbyt wiele złych rzeczy się w niej stało. Nie myślał jedynie o sobie. Przypomniał sobie Komnatę Tajemnic razem z pieprzonym bazyliszkiem, bijącą wierzbę, te cholerne chaszcze w szklarni, które Albus kazał hodować, choć wiedział, że mogą pozabijać przynajmniej połowę dzieciaków… I Voldemorta. Wszystko miało swój początek w Hogwarcie, a Snape doczekał się w tym miejscu nawet swojego końca. Ten zamek nie kojarzył mu się z niczym dobrym. Nawet nie wszedł do środka, a już chciał wracać do swojego mieszkania w Londynie.
Swoją drogą nie był do końca pewny, co tak właściwie wywinęły te cztery wariatki, że musiał razem z nimi opuścić swoje lokum. Czyżby kogoś zabiły?
Postanowił, że poszuka w wydaniach Proroka z tego roku. Nie miał nawet zamiaru pytać którejś z nich. Aż tak nisko nie upadł.
Nathalie czekała na nich w korytarzu przy Wielkiej Sali. Wyglądała na nieco zniecierpliwioną i podenerwowaną.
Wybrałam dla nas komnaty niedaleko lochów. Tam są najmniej zniszczone, poza tym blisko z nich do pracowni eliksirów i wyjścia ewakuacyjnego.
Sentis przyjęła to do wiadomości, co zakomunikowała jedynie kiwnięciem głowy.
Rozgośćcie się, moi drodzy. Za godzinę spotkamy się na obiedzie i wspólnie wszystko przedyskutujemy. Póki co odpocznijcie chwilę – powiedziała Minerva uśmiechając się do Nathalie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poprowadziła resztę do kwater.
Zeszli schodami piętro niżej, gdzie teoretycznie znajdowała się kanciapa woźnego, lecz za ukrytymi drzwiami chowały się dobrze przystosowane do ich obecnych potrzeb pokoje.
Duży salon pełnił funkcję korytarza, z niego wchodziło się do każdej z osobnych sypialni, łazienki oraz małej kuchni. Był schludnie urządzony, bez żadnych ozdobników z wyjątkiem zbyt przaśnego żyrandola z kryształków. Reszta została utrzymana w brązowoszarej kolorystyce. Sofa, kilka foteli, regały, półżywa paprotka, stolik, dywan i to wszystko. Tyle dobrego. Kuchnia, a raczej niewielki aneks, składał się z blatu, kilku kubków, szafki z zastawą i czajnika. Posiłki w tym budynku jadało się wyłącznie w Wielkiej Sali, więc nie było potrzeby, aby każde lokum wyposażać w osobną kuchnię.
Severus nie pamiętał, by wcześniej było tu coś takiego. Znał zamek niemal jak własną kieszeń, ale pomieszczeń w tym konkretnym miejscu nie kojarzył. Może przy okazji odbudowy zrobili małą przebudowę? A może ktoś bardzo chciał, żeby Severus nigdy się nie dowiedział o tych komnatach?
Mimo wszystko kwatera przypadła im do gustu. Oczywiście na tyle, na ile ludziom może podobać się miejsce, w którym woleliby nie być.
Myślę, że największą sypialnię powinniśmy zostawić Severusowi – powiedziała Nathalie wskazując dłonią na drzwi naprzeciwko wejścia. – Reszta pokoi jest niemal tej samej wielkości, więc nie ma znaczenia, który wybierzecie dla siebie. Skrzaty przyniosą bagaże po obiedzie. Nie ma sensu rozpakowywać ich dzisiaj, więc możecie zająć się tym jutro.
Dziękuję ci za zgodę, moja droga! Cóż ja bym bez ciebie zrobiła! – zakrzyknęła Sentis z udawanym entuzjazmem. Ilość jadu, jaką zawarła w swojej wypowiedzi mogłaby wybić średniej wielkości mugolskie miasto.
Nie bądź zgryźliwa. Przecież to wszystko dla naszego dobra.
No oczywiście, że tak. Slughorn przy bramie również potrzebny był naszemu dobru. I wspólny obiadek. Nawet woźny musiał nas zobaczyć! Jak nic jutro pojawimy się na pierwszej stronie Proroka! Nie widzę tu pismaków, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nasz profesorek przepuścił okazję do zarobienia kilku knutów.
To akurat nie moja wina. Minerva uparła się, że cały personel w zamku ma wiedzieć, co się dzieje. Ale jest tu tylko kadra nauczycielska i skrzaty.
No to całe szczęście! – jadowicie stwierdziła Ślizgonka. – Już myślałam, że Minerva zrobi z nas atrakcję dla pierwszorocznych.
Jesteś okropna – mruknęła z dezaprobatą Nathalie.
A co z uczniami? – wtrącił się Snape. Bardzo zdziwiła go cisza, jaka panowała w zamku. Spodziewał się raczej bandy szlachetnych Gryfonów odbudowujących mury i garstki Ślizgonów, która za karę za błędy rodziców szorowała podłogi.
Na ten rok Hogwart został zamknięty. Uczniowie albo czekają na wznowienie roku szkolnego, albo uczą się w jakiejś innej szkole w Europie.
Mężczyzna tylko mruknął pod nosem. Udał się do swojej sypialni i jakoś nie zamierzał nikogo informować, że do Wielkiej Sali uda się raczej po swoim trupie. Wspólne ucztowanie za nic w świecie nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie dzisiaj. Ciągle czuł posmak rzygowin w ustach, co chwila drętwiały mu dłonie i obawiał się, że zemdleje. A wolałby tego nie robić przy swoich byłych kolegach z pracy. Wszystko, tylko nie ich troska. Wydawało mu się, że nie prosi o zbyt wiele.
Sentis kątem oka zarejestrowała, jak Severus wychodzi z salonu. Miała nadzieję, że mężczyzna pójdzie spać i przynajmniej jego ominie wątpliwej przyjemności obiadek w gronie starych znajomych. Strasznie nie chciała tam iść.
W ogóle dlaczego jedli obiad niemal w nocy? Z tego co pamiętała, taki posiłek każdy przeciętny człowiek nazywał kolacją. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
Mam nadzieję, że podadzą kurczaka w miodzie. Jesienią prawie zawsze na stole był kurczak w miodzie. I do tego jeszcze surówka z marchwi – rozmarzyła się Lindsay.
Albo ogromny filet z łososia w grubej panierce – dorzuciła od siebie Victoria.
Ja to bym wolała porządny kawał mięcha – stwierdziła Sentis. – Najlepiej jakiś wielki stek. Koniecznie w ciemnym sosie.
A mi to się marzy ciasto dyniowe – powiedziała Nathalie, na co wszystkie westchnęły z aprobatą.
Może mają też Kremowe Piwo.
No pewnie! Najlepiej Ognistą podać do obiadu.
Nie ma dzieci, więc kto wie. Może teraz codziennie ucztują.
Już widzę tego dziada od zaklęć, jak ucztuje i pije wino z pucharka większego od niego samego.
Śmiały się i wspominały stare czasy. Dobry nastrój sprawił, że czas w samotności upłynął dużo szybciej niż by tego chciały. Skrzat owinięty w poszewkę od poduszki przyszedł im zakomunikować, że obiad już czeka. Kobiety niechętnie udały się do Wielkiej Sali.
No nareszcie się zjawiłyście! A gdzie Severus? – powitał je radośnie Slughorn. Niestety nie były równie uradowane co on. Facet strasznie się postarzał, osiwiał, a w dodatku dorobił się niewielkiego garba. Gdyby nie nauczycielska szata wyglądałby jak przeciętny mugolski staruszek.
Śpi – skłamała szybko Sentis. Nawet nie zajrzała do jego sypialni przed wyjściem. Brunetka zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od Minervy. Między nimi usiadły pozostałe dziewczyny.
Nauczyciele rozmawiali o bieżących sprawach Hogwartu, a w międzyczasie jedli posiłek. Nathalie przysłuchiwała się wszystkiemu jak zaczarowana, jakby jej jedynym marzeniem było zostać tu na zawsze. Lindsay pochłaniała wszystko, co była w stanie nadziać na widelec, a Victoria wciąż nie mogła się zdecydować na jedną potrawę, bo nie chciała się obżerać przed spaniem. Za to Sentis jadła szybko i byle co. Nie stanowiło to problemu dla jej upodobań kulinarnych, bo w Hogwarcie po prostu nie podawali złego jedzenia. Wszystko smakowało cudownie.
Plan odbudowy Hogwartu w gruncie rzeczy był bardzo prosty. Dotychczasowy personel zamku do końca marca miał zająć się większymi zniszczeniami, czyli murami i brakami w barierze ochronnej. Zajęcie to okazało się być czasochłonne, ponieważ wiele pomieszczeń zostało zburzonych w całości, więc nauczyciele musieli odbudowywać je zgodnie z planami, jakie otrzymali z Ministerstwa. Oczywiście nie trzymali się sztywno tych wytycznych. Zorganizowali kilka ukrytych komnat, schronów, niewielkich sejfów, korytarzy ewakuacyjnych i temu podobnych rzeczy. Chcieli, żeby Hogwart stał się bezpieczniejszy dla nich i dla uczniów. Po zakończeniu tego etapu prac do zamku miała wkroczyć komisja powołana przez Ministra, której zadaniem była ocena, czy zamek nadaje się do użytku. Jeśli tak będzie, w ciągu wakacji skrzaty miały zająć się sprzątaniem i meblowaniem komnat. Według planu do września wszystko powinno być skończone.
To fajnie, że sobie radzicie. Postaramy się wam pomóc, jeśli zaistnieje taka potrzeba, ale póki co dziękuję za obiad. Wrócę już do siebie.
Nie tak szybko panno Gaunt – zagrzmiała Minerva, na co Sentis zamarła w połowie podnoszenia się w ławki. – Chyba jest nam panna winna wyjaśnienia.
Jakie wyjaśnienia? – Sentis udawała głupią
Może to wydarzyło się dwadzieścia lat temu, ale faktem jest, że zniknęła pani wraz z koleżankami bez słowa i to pod koniec roku szkolnego. Mam wobec tego tylko jedno pytanie: po co?
Wyjazd służbowy – odpowiedziała sucho.
Zaraz po tym z trzaśnięciem drzwi opuściła salę i udała się do komnat. Miała dość. Znajdowała się w zamku od zaledwie kilku godzin, a już chciała się stąd wynosić. Jak najdalej od Żelaznej Dziewicy.
Stwierdziła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to dadzą sobie radę bez pomocy nadętej pani profesor. Na Londynie świat się nie kończy. Może i tutaj był ich dom, ale nie zamierzały tu zostawać za wszelką cenę. Jak trzeba będzie to wyniosą się na drugi koniec świata. Etiopia, Grenlandia, Mozambik, Syberia... cokolwiek!
Sentis zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przesadza. Że każdy normalny (albo wcale nie) człowiek na miejscu belferki zadawałby pytania. Pewnie nawet całe mnóstwo. Jednak McGonnagall nie należała do normalnych, a Ślizgonka wątpiła nawet w to, czy była ona człowiekiem. W końcu to przez tę starą raszplę zdecydowała się wyjechać. Zadowalający z Transmutacji! Żeby ją szlag jasny trafił! Gdyby nie to, teraz pewnie spałaby smacznie w swojej willi z basenem na obrzeżach jakiegoś mugolskiego kurortu i kąpałaby się w sławie najlepszej łamaczki klątw na kontynencie. I wcale nie przesadzała. Gaunt doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich zdolności i predyspozycji. Ona była wprost stworzona do tej pracy. Jednak Minerva postanowiła zabawić się we władcę cudzych losów. Szkoda tylko, że wybrała sobie do tego akurat ją.
Brunetka wpadła do komnat jak burza, jednak gwałtownie zatrzymała się w połowie pomieszczenia, kiedy zauważyła, że na kanapie siedzi Severus. Brunet jak gdyby nigdy nic popijał herbatę ziołową i przerzucał strony Proroka.
Obiad nie przypadł ci do gustu?
Ależ skąd. Widzę za to, że zasmakowała ci herbatka.
Zaraz po rzyganiu wszystko smakuje jak ambrozja – stwierdził nie odrywając wzroku od gazety. Czytał jedynie nagłówki artykułów, aby zorientować się pokrótce co się dzieje na świecie.
Kobieta naprędce zaparzyła sobie kawy i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
Slughorn się za tobą stęsknił.
Bez wzajemności.
Ciągle o ciebie pytał. Chyba chce sprzedać do Proroka twoje zdjęcie. Już widzę ten nagłówek: „Podwójny szpieg znów wśród żywych”.
Mam dość zbędnej uwagi i bez tego – mruknął ustawiając pionowo gazetę. Nie był zbyt skory do rozmowy, ale Sentis się nie zniechęciła. W końcu on nigdy nie chciał rozmawiać.
Nie obawiaj się, dostaniesz jej dużo więcej. Będziesz stał w blasku fleszy i twoi starzy znajomi z pracy o to zadbają, jak tak dalej pójdzie.
Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Spojrzał na brunetkę z ukosa.
Co masz na myśli?
Sentis wygodniej usadowiła się w fotelu, po czym założyła nogę na nogę i upiła łyk czarnej niczym smoła kawy. Roztarła językiem napój na podniebieniu. Dawno nie piła tak dobrej i tak mocnej kawy. Ciekawe skąd ją sprowadzali?
Minerva nie była zbyt...
Minerva? – zakpił z satysfakcją Snape. – Przeszłyście już na ty?
Chyba kpisz. Bardziej poprawnie politycznie jest mi mówić o niej per Minerva, niż wredna suka, czy szmata, której nie cierpię. Powracając do tematu, twoja była koleżanka z pracy... – Severus nie omieszkał skwitować tego stwierdzenia znudzonym stęknięciem.
– …jakoś nie specjalnie chciała z nami współpracować, więc o twoim życiu po śmierci wie już cały zamek. Jednak nie powinno to potrwać zbyt długo, bo jak oboje dobrze wiemy, Slughorn ma język długi jak Mur Chiński. Za kilka dni pod bramą Hogwartu będzie się roiło od pismaków, a dziękować za to będziemy nieocenionej profesor McGonnagall.
My? – Uniósł brew. – Myślałem, że będę jedynym pokrzywdzonym.
Oj Żmijko, na tobie świat się nie kończy. Nie byłeś naszym jedynym... dużym przedsięwzięciem. Przynajmniej ostatnimi czasy nasze kontakty z Ministerstwem nieco się pokomplikowały.
Severus ucieszył się w duchu jak dziecko. Wydawało mu się, że kobieta z wiekiem zatraciła swoje buntownicze zapędy. Mylił się, a nie zdarzało mu się to często.
Czyżby obrót nielegalnym towarem? – Nie mógł darować sobie krzty ironii.
Ależ skąd! Po prostu chciałam się dostać do swojego skarbca w banku, ale z jakiegoś powodu w obecnych czasach dziedzic Slytherina nie jest mile widziany w miejscach publicznych.
Chyba bardziej poruszyło ich twoje pokrewieństwo z Voldemortem.
Wiem – odpowiedziała oschle.
Dosyć szybko po opuszczeniu Azkabanu zorientowała się o co Ministerstwo zrobiło tyle krzyku. Tom Riddle był jej kuzynem, synem siostry jej ojca. Z jakiegoś powodu wszyscy pomyśleli, że zjawiła się tu, żeby sfinalizować plany tego psychola. Niedoczekanie.
Rodziny się nie wybiera – zakończyła bez entuzjazmu.
Odstawiła pusty kubek na stolik przy kanapie. Bez słowa udała się do swojej sypialni. Zaraz po tym, jak zamknęła drzwi, usłyszała wchodzące do salonu przyjaciółki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Przynajmniej nie dziś.

Przebrała się w wyciągniętą koszulkę i położyła pod kołdrą, a po chwili spała jak dziecko.

poniedziałek, 2 lutego 2015

VIII

Padam na ryj – stwierdziła Victoria kładąc się na kanapie w salonie. Dziewczyna nawet nie miała siły pójść pod prysznic, czy zdjąć brudnych ubrań. Sentis tylko narzuciła na nią koc, a Krukonka niemal od razu zasnęła, cicho pochrapując.
Ślizgonka zdjęła z siebie brudną, zakrwawioną i podartą sukienkę, po czym poszła do kuchni, aby obmyć się przy zlewie, gdyż łazienkę zajmowała Gryfonka. Napełniła miskę ciepłą wodą i wylała ją na siebie. Następnie zaczęła się namydlać i szorować, z czym bardzo się spieszyła, bo pragnęła jak najszybciej położyć się do łóżka.
Krwawisz – usłyszała za plecami głos Nathalie.
Co? Skąd? – zapytała zdezorientowana.
Ze szramy na twarzy. Pewnie rana otworzyła się pod wpływem ciepłej wody. Powinnaś to sobie wyleczyć albo chociaż opatrzyć.
Puchonka usiadła przy stole. Miała na sobie tylko bieliznę i kapcie, a w dłoni trzymała czystą koszulę, która służyła jej za piżamę. Kobieta przyglądała się przyjaciółce. Ślizgonka wyglądała naprawdę źle. Prawa połowa jej twarzy spuchła i stała się fioletowa, a po przekątnej przecinała ją czerwona, głęboka, krwawiąca rana. Oczy miała napuchnięte i zaczerwienione.
Wyglądasz jak gówno.
Dzięki, zawsze chciałam usłyszeć coś takiego od własnej przyjaciółki – odparła ironicznie Sentis.
Czarnowłosa uniosła w rozbawieniu kąciki ust, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Po chwili usłyszały skrzypienie drzwi od łazienki i kroki Lindsay. Gryfonka weszła do kuchni i kiwnęła w stronę przyjaciółki, aby ta poszła pod prysznic. Sama zaraz ulotniła się do salonu, gdzie dzieliła kanapę razem z Krukonką.
Ślizgonka umyła się do końca, a następnie zaczęła szukać apteczki. Severus musiał mieć coś takiego, bo w końcu sam nierzadko kaleczył sobie palce podczas przygotowywania eliksirów. Przynajmniej tak było jeszcze kilkanaście lat temu i choć Sentis podejrzewała, że mężczyzna miał tego typu wypadki coraz rzadziej, to nie wątpiła w jego przezorność. W jednej z szafek w salonie znalazła kilka opakowań gazy, bandaż i plastry. Weszła jeszcze do sypialni, gdzie w etażerce urządził sobie barek, aby wziąć butelkę wódki. Przy okazji zgarnęła z kufra jakąś koszulkę do spania i ciepłe skarpety. Z całym ekwipunkiem udała się z powrotem do kuchni. Rozstawiła wszystko przy zlewie, aby nie zachlapać krwią całego pomieszczenia podczas zakładania opatrunku, co było bardzo prawdopodobne, pomimo środków ostrożności. Na początku wyjęła z szafki niewielki słoik, zapewne po musztardzie lub innym sosie, opłukała go wodą, a następnie napełniła do połowy wódką. Otwierała właśnie opakowanie gazy, kiedy do kuchni weszła Lindsay.
Nawet mi nie mów, że zamierzasz teraz pić – powiedziała beznamiętnym głosem zszokowana dziewczyna. Powoli zbliżała się do przyjaciółki i starała się nie spuszczać jej z oczu nawet na sekundę. Przemieszczała się na tyle nieudolnie, że przewróciła stojące za nią krzesło, a huk z tym związany przyciągnął do kuchni kończącą właśnie prysznic Nathalie.
Chyba cię pogięło – warknęła od progu Puchonka.
Tak! Jestem już w tym stadium alkoholizmu, że zamierzam wchłaniać wódkę przez skórę i zaraz wyleję sobie zawartość tej szklanki na twarz. A że jestem popieprzoną sadomasochistką, to uczynię to na tej pokiereszowanej stronie. Jeszcze jakieś pytania? – Spojrzała złowrogo na przyjaciółki, a kiedy milczały, otworzyła opakowanie tej nieszczęsnej gazy i wrzuciła ją do naczynia z alkoholem.
Co ty do cholery wyprawiasz?! – zirytowała się Lindsay. Już nie wiedziała, co ma teraz zrobić.
Zamierzam opatrzyć sobie obity ryj!
Wódką? – spytała z niedowierzaniem i szczerym zainteresowaniem Nathalie.
Nie wiem, czy wiesz, ale alkohol dezynfekuje rany. Pomóż mi z tym, bo coś czuje, że krew się będzie lała jak Ognista na święta w Hogwarcie.
To ja już podziękuję – rzuciła szybko Gryfonka, wycofując się z pomieszczenia. – Mam dość ekscesów na dzisiaj. Miłej zabawy!
Cykor – mruknęła cicho Sentis. – Ty też uciekasz, czy pobawisz się ze mną w magomedyka?
Nathalie zmrużyła złowrogo oczy, jednak po chwili uśmiechnęła się delikatnie i podeszła bliżej przyjaciółki. Najpierw dokładnie wyszorowała ręce mydłem, aby nie przenieść do rany żadnych brudów. Ślizgonka zrobiła to samo, choć w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia, bo obie założyły lateksowe rękawiczki, które przetransmutowały sobie z opakowania po gazie. Nathalie oblała dłonie wódką, a następnie wyciągnęła ze szklanki nasiąknięty alkoholem pęczek gazy, po czym lekko go wycisnęła.
Domyślam się, że będzie cię to piekło jak jasna cholera, ale uprzedzam, żebyś nie wydzierała się zbyt głośno, bo niestety, ale nie mieszkamy w domku jednorodzinnym. Gotowa?
Sentis tylko mruknęła zniecierpliwiona, choć chciała już zrezygnować z opatrunku i po prostu położyć się spać.
Może lepiej usiądź na krześle.
Brunetka posłusznie usiadła. Odwróciła wzrok w drugą stronę, aby nie widzieć, co Nathalie wyczynia z jej twarzą. Czuła, jak dziewczyna ściera nieco już zaschniętą krew z szyi i policzka. Później było już tylko gorzej. Czuła lekkie szczypanie, kiedy Puchonka przecierała napuchnięte miejsca, a o mało nie spadła z krzesła podczas czyszczenia mniejszych zadrapań.
To chyba nie był dobry pomysł – stwierdziła Sentis.
Za późno.
Nathalie oblała wódką otwartą ranę, szybko przycisnęła do niej świeżą, czystą gazę, a później przykleiła całość plastrami i owinęła dla pewności bandażem. Brunetka już kurczowo trzymała się oparcia. Niewiele jej brakowało do utraty przytomności, ale dała radę. Nie wydała z siebie nawet najcichszego dźwięku, mimo że miała ochotę bluzgać i rzucać klątwami z bólu. Druga tylko odgarnęła czarne włosy z twarzy. Sprzątała z blatu wszystkie zakrwawione i teraz już zbędne pierdoły, przy akompaniamencie ciężkiego oddechu Sentis, która o dziwo wyglądała gorzej niż przed założeniem opatrunku.
Idziemy spać – zarządziła po skończeniu porządków. – Wstaniesz sama, czy ci pomóc?
Ty mi już lepiej w niczym nie pomagaj...
Obie przeszły powoli do sypialni, gdzie szybko zasnęły, mimo narzekań brunetki i głośnego chrapania Victorii w pokoju tuż obok.
Wszystkie spały bardzo długo, bo obudziły się późnym popołudniem następnego dnia, kiedy na ulicach zapalały się lampy, a matki wołały swoje pociechy ma obiad. Wieczór zapowiadał się na spokojny, pogoda dopisywała. Słońce leniwie oświetlało kamienicę ostatnimi promieniami, aby za jakiś czas zajść za nieboskłon. Wszystko wydawało się takie sielankowe.
Wypoczęta Sentis siedziała na schodkach przed kamienicą, popijała kawę i oglądała obraz nędzy i rozpaczy, jakim było podwórko oraz płynąca nieopodal rzeka. O tej porze roku robiło się już chłodno, co dotyczyło także tego wieczora, ale Ślizgonka zdawała się tym nie przejmować, bo siedziała ubrana w jeansy i szarą koszulkę. Miała bose stopy, które bardziej niż reszta jej ciała, odczuwały chłód.
Dziewczyna rozkoszowała się ciszą oraz w miarę świeżym powietrzem. Nie czuła ścieków, ani odoru śmieci, co można było uznać za mały sukces. Niebo było bezchmurne, lekko pomarańczowe od zachodzącego Słońca. Sentis czuła się jak przeciętna mugolka. Liczyła się tylko ona, jej bliscy i nic więcej. Żadnym ogólnoświatowych problemów, epidemii smoczej ospy, napadów czarnoksiężników, czarnej jak hogwardzkie lochy magi, ani nic z tych rzeczy. Tylko ona i kawa.
Rozkoszowała się ciszą dopóki jej ciało nie odrętwiało z zimna. Kawa skończyła się dużo wcześniej, jednak oglądanie zachodu Słońca było bardziej kuszące niż dolewka napoju.
Aż sama się sobie dziwiła, że po tylu przejściach potrafiła się jak gdyby nigdy nic odprężyć i odpocząć. Cieszyła się wtedy błahostkami, a w zachowaniu przypominała małe dziecko.
Wróciła do mieszkania, kiedy na dworze było już ciemno. W salonie zastała drzemiącą jeszcze Lindsay, która najwyraźniej uznała, że nie spała wystarczająco długo. Pozostałe przyjaciółki gdzieś się ulotniły.
Sentis postanowiła wziąć się za porządki. Nie wiedziała, jak długo przyjdzie im tu mieszkać, ale było pewne, że to tutaj będą pielęgnowały Severusa aż do jego pełnego wyzdrowienia. Musiała odkurzyć całe mieszkanie i odkazić kuchnię oraz łazienkę, bo tam zamierzała przygotowywać potrzebne im eliksiry. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej skłaniała się do wersji, że powinna sporządzić ich listę. Brakowało jej wielu składników, powinna rozejrzeć się również za nowym kociołkiem. Niby nic w tym trudnego, wystarczyło przecież wybrać pieniądze z banku i wybrać się na zakupy. Niedawne wydarzenia sprawiały jednak, że to z pozoru proste rozwiązanie stawało się niemal niewykonalne. A co jeśli znowu je zamkną w Azkabanie? Tym razem mogło się obejść bez procesu. Minister byłby do tego skłonny, szczególnie po atrakcjach, jakie przeżył w swoim gabinecie.
Zaczęła od sypialni. Na początku otworzyła okno, bo unoszący się w powietrzu zapach stęchlizny był nie do zniesienia, szczególnie po długim pobycie na dworze. Zabrała się za porządkowanie rzeczy z szafy i etażerek przy łóżku, których zawartość nie była liczna. Trochę ubrań, stare pióra, pergaminy, puste butelki, kilka podartych ręczników, jakieś bibeloty i mnóstwo kurzu. Szary pył unosił się wszędzie. Nieprzyjemnie wchodził w oczy brunetki i osiadał na jej rzęsach. Uporządkowanie pokoju zajęło jej niespełna godzinę, ale kolejne dwie poświęciła na wycieranie kurzu oraz mycie podłogi. Wszystko robiła ręcznie. Z jakiegoś powodu nie chciała używać magi, to wydawało jej się za proste.
Po skończeniu pracy zaparzyła cały dzbanek świeżej i mocnej kawy. Lindsy cały czas drzemała na kanapie, przyjmując przy tym coraz to dziwniejsze pozy. Ślizgonka siedziała po ciemku w kuchni z kubkiem w ręku. Rozmyślała nad różnymi rzeczami, sącząc przy tym kawę. Czuła, że musi wykorzystać ten dzień, a raczej noc, na lenistwo, bo następne dni, a nawet tygodnie będą ciężką pracą.
Usłyszała skrzypienie drzwi frontowych, a zaraz potem głosy przyjaciółek. Nathalie weszła do kuchni, zapaliła światło i bez słowa usiadła obok Ślizgonki. W tym czasie Victoria poszła obudzić Lindsay. Po chwili w komplecie zasiadały przy stole.
Zrobiłyśmy małe rozeznanie w terenie – zaczęła Puchonka. – Odwiedziłyśmy starych znajomych, pogadałyśmy nieco z Lucjuszem, a Victoria przeczytała książkę, którą ostatnio kupiłam.
Jestem pod wrażeniem tego ostatniego. Szanujemy twoją chęć rozwoju – zaironizowała wciąż nieco śpiąca Lindsay. – Przybij piątkę! – uniosła do góry otwartą dłoń, ale reszta tylko spojrzała na nią niepewnie, jednak z lekkim rozbawieniem. – Nie ważne.
Krótko mówiąc, zaczęłyśmy się rozglądać za wszystkim, co potrzebne do ożywiania. Jeżeli dobrze pójdzie, to powinnyśmy zdążyć przed końcem października, ale najbardziej prawdopodobną wersją jest środek listopada – dokończyła Nathalie.
Lindsay obudziła się już na tyle, aby poddać w wątpliwość szacowania przyjaciółki.
Połowa listopada? Dobrze by było, gdybyśmy skończyły przed końcem przyszłego roku, więc wstrzymałabym się z tym optymizmem.
A to niby dlaczego? – spytała srebrnowłosa, zdziwiona powątpiewaniami Gryfonki, która zazwyczaj była dobrej myśli.
Myślę, że potrzebujemy trochę więcej czasu na przygotowania, niż te kilka tygodni. Poza tym wyciąganie z grobu zaraz po aferze w banku i ogólne zainteresowanie nami, może się źle skończyć dla Severa i dla nas, przyjmując, że w ogóle zdążymy cokolwiek zrobić w tym kierunku przed tym, jak nas znowu zamkną.
Dziewczyny musiały przyznać jej rację. Bardzo nierozsądnie podeszły do sprawy, bo pośpiech był tu co najmniej niewskazany.
Zaczęły przygotowywać listę rzeczy, które będą przydatne lub potrzebne podczas ożywiania oraz okres rekonwalescencji. Liczba eliksirów oscylowała wokół dwudziestu, z czego każdego z nich potrzebowały przynajmniej dwie porcje. Do przygotowania jednej mikstury niezbędne było średnio dwunaście składników, z czego cztery były do pozyskania jedynie na czarnym rynku, a resztę można było opisać jako trudno dostępne. Należało też pomyśleć o nowej aparaturze, czyli kociołkach, ampułkach, probówkach, łychach, rękawicach, palnikach, trójnogach i masie innych rzeczy. Przydałby się również nowy strój, a najlepiej dwa, pościel, poduszki, fotel, aby Severus miał gdzie siedzieć po wstaniu z łóżka, bo te w mieszkaniu nadawały się na drapak dla kotów. Oprócz wszystkich materialnych spraw potrzebowały spokoju. Wiązało się to z narzuceniem na mieszkanie, a najlepiej na całą kamienicę, ogromnej ilości zaklęć obronnych, ochronnych, antywłamaniowych... Lista była naprawdę długa. Wizja szybkiego zakończenia sprawy wydawała się bardzo odległa.
Na brodę Merlina! Ile jest potrzebne tego cholerstwa, to się w głowie nie mieści! – podzieliła się swoją refleksją Victoria.
Nie będzie łatwo. Powinnyśmy zacząć przygotowania już od jutra – zaproponowała Sentis.
Tak będzie najlepiej – podchwyciła Nathalie, po czym zaczęła rozdzielać obowiązki. – Sentis i Victoria pójdą do Banku Gringotta, a później zajmiecie się kompletowaniem sprzętu, Lindsay skontaktuje się z naszymi dostawcami i sprawdzi stan zapasów w mieszkaniu i naszych kufrach.
A ty? – zapytała Sentis.
Zacznę szukać grobu.
Zaraz, zaraz. To my nie wiemy, gdzie on leży?
Lindsay jak zwykle była najmniej poinformowana i jak zwykle obwiniała za to wszystkich, tylko nie samą siebie.
W książce podają, że podczas pogrzebu był obecny tylko grabarz i Minerva.
Jaka Minerva? – zapytała Sentis.
Twoja ulubiona nauczycielka z Hogwartu.
Całe szczęście! – zakrzyknęła z ulgą.
Z czego się tak cieszysz?
Że to nie ja będę z nią rozmawiać. Miłej pogawędki przy herbatce. Pozdrów ją ode mnie i zapytaj, czy w końcu straciła cnotę.
Chociaż po tylu latach mogłaby byś milsza. Pomagała przy wojnie i... – próbowała bronić swoją opiekunkę Gryfonka.
Po tym, jak mocnym kopniakiem zatrzasnęła przede mną drzwi do kariery łamacza klątw czarnomagicznych, to jedyne co mogę dla niej zrobić, to pokazać jej środkowy palec, o ile pozostajemy przy najmniej obelżywej wersji! – Sentis w napadzie furii poderwała się z miejsca, a następnie opuściła pomieszczenie przy akompaniamencie trzaskających drzwi.
Mi się wydaje, że trochę przesadza – stwierdziła spokojnie blondynka. – Na pewno nie było aż tak źle.
Przecież doskonale znasz tę historię – westchnęła Puchonka, również wychodząc z kuchni.
No właśnie nie!
Na mądrą Rowenę! McGonagall wystawiła jej Zadowalający na koniec szóstej klasy z transmutacji, bo po wykonaniu wszystkich zadań praktycznych i teoretycznych odpowiedziała jej na „niezobowiązujące” pytanie.
– „Jakie jest pani zdanie na temat zastosowania transmutacji w życiu codziennym?”.
I?
Odpowiedziała, że ostatnio użyła jej do przetransmutowania wiadra w szklankę do whiskey i rękawiczki w prezerwatywę.
Żartujesz?!
Mówię na serio. Tylko Żelazna Dziewica nie złapała żartu. Obniżyła jej ocenę za lekceważący stosunek do przedmiotu.
A co na to Sentis?
Kilka miesięcy później uciekłyśmy razem z nią z Hogwartu. Strach pomyśleć, co by się z nami śmiało, gdyby nasza żmijka dostała wtedy Wybitny.
Pewnie każda nas pracowałaby z Ministerstwie...

Po moim trupie – zakończyła rozmowę Victoria.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

V

Jestem głodna – marudziła Lindsay.
Nie wkurzaj mnie – syknęła, a raczej wycharczała, Sentis.
Dziewczyny znajdowały się obecnie w celi określanej przez aurorów mianem „cholernej dziury” albo „pokoju z widokiem na dożywocie”. Obie nazwy pasowały idealnie. Okrągłe pomieszczenie zostało wykonane z gładkiej skały, a jedyne wyjście, a zarazem wejście, znajdowało się w wysokim na pięć metrów suficie. Zakratowany otwór stanowił również jedyne źródło, jakże nikłego oraz bladego, światła. Wewnątrz nie działała deportacja. Jedynie kilku aurorów z odpowiednimi pozwoleniami i po przejściu specjalnych kursów mogło wewnątrz używać różdżki, choć wyłącznie do obrony własnej.
Do celi można się było dostać jedynie przez klatkę imitującą windę, która przez otwór była opuszczana na dół. Tak też było w tym przypadku. Każdą kobietę osobno, pod eskortą trzech aurorów, transportowano na dół, gdzie przy pomocy magicznych łańcuchów przykuwano do ściany za ręce i nogi. Łańcuchy miały długość mniej więcej metra, więc mogły wstać, usiąść oraz zrobić krok w przód. Nic poza tym.
Na pomieszczenie rzucono również kilka silnych zaklęć ochronnych i antywłamaniowych w razie, gdyby ktoś chciał im pomóc w ucieczce.
Najgorzej zamknięcie znosiła Victoria. Trzęsła się z zimna i pocierała nerwowo dłonie, jednak to nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Jej skóra widocznie poszarzała i niemal zbliżyła się kolorem do odcienia jej włosów, które już nie połyskiwały jak zazwyczaj. Krukonka zrobiła się szara i matowa.
Nieco lepiej miała się Lindsay, której głównym problemem był głód. Piekielnie chciało jej się jeść, bo nie miała niczego w ustach od... właściwie to nie wiedziała od jak dawna. W celi nie sposób było zmierzyć upływ czasu. Była głodna i odrętwiała, gdyż nie potrafiła przyjąć wygodnej pozycji, mając do dyspozycji jedynie kamienny mur i kawałek podłogi. Wierciła się niemiłosiernie, przy okazji brzęcząc łańcuchami.
Uspokój się wreszcie! – Victoria była już na skraju wytrzymałości. – Próbuję zasnąć, do jasnej cholery.
Ja też, ale tu jest tak strasznie niewygodnie... – pożaliła się dziewczyna.
A czego się spodziewałaś po Azkabanie? – wtrąciła zmęczona Sentis.
Choć trochę ludzkich odruchów, ewentualnie poduszki – mruknęła Gryfonka. Jej blond włosy były brudne od kurzu i teraz przypominały bardziej starą stertę siana, niż zadbaną czuprynę.
Victoria tylko prychnęła z dezaprobatą. Obróciła się twarzą do ściany i ponownie próbowała zasnąć. Dłonie miała zaciśnięte na łańcuchu.
Czy wy musicie aż tak głośno marudzić? Zbudziłybyście ze snu nawet niedźwiedzia – powiedziała Nathalie z wyraźną pretensją w głosie.
Ewentualnie wilka – mruknęła Krukonka, nie odwracając się nawet do dziewczyny.
Ta udawała, że nie usłyszała. Dziewczyna oparła się plecami o ścianę, podkuliła nogi pod siebie, a ręce położyła na kolanach. Spojrzała na Sentis, która przyjęła mniej elegancją pozycję – położyła się na podłodze z nogami zgiętymi lekko w kolanach malowniczo opartymi o mur. Sukienka nie zdołała pokonać praw fizyki i zsunęła się, ukazując przy tym w całości długie i pokiereszowane nogi brunetki.
Ja wiem, że jesteśmy w więzieniu, ale bez przesady! – oburzyła się Puchonka.
Nie odstawiaj takiej cnotki. Poza tym, będę siedziała, jak mi wygodnie.
Sprzeczkę przerwał dźwięk odsuwanej w suficie kraty.
No do jasnej cholery! – krzyknęła zdenerwowana Victoria.
To nie ja! – oburzyła się Gryfonka.
A kto?
Dzień dobry miłe panie! Czas rozprostować kości – usłyszały wesoły głos z góry.
Po chwili do pomieszczenia została opuszczona klatka, w której stało trzech mężczyzn. Jeden chudy, wysoki i z gęstą, czarną brodą; drugi niski z blond loczkami, jak u baranka; a trzeci umięśniony i groźnie wyglądający..
Z uwagi na bezpieczeństwo nasze i wasze, dyrekcja Azkabanu postanowiła przedsięwziąć odpowiednie środki ostrożności. Nie powinny być one dla was specjalnie uciążliwe, prosimy również o zachowanie spokoju. Transport odbędzie się w ten sam sposób, jak to miało miejsce ostatnio – wyrecytował niczym regułkę brodacz. Podczas przemowy żaden z mężczyzn nawet nie zbliżył się do drzwi klatki. Wyszli z niej dopiero po nałożeniu na głowę i twarz kominiarek wykonanych z grubej, łuskowatej skóry, zapewne smoczej.
Dziewczyny przyglądały się im uważnie. Już teraz czuły się nieswojo, ale kiedy jeden z aurorów odpiął od paska długi bat z metalową końcówką, zrozumiały, że coś tu jest nie tak. Przecież nikogo nie zabiły... przynajmniej nie w Londynie. Nie rozumiały, skąd te „środki ostrożności”, ani dlaczego traktowali je jak zwierzęta.
Jako pierwszą postanowili przetransportować Victorię. Nic dziwnego, dziewczyna przedstawiała bardziej obraz nędzy i rozpaczy, niż osoby, która chciałaby się wyrywać i utrudniać im pracę. Mężczyźni nie traktowali jej zbyt delikatnie. Krukonka współpracowała na tyle, na ile starczało jej sił. W pewnym momencie po prostu osunęła się na ziemię. Dwóch mężczyzn szarpnęło ją za ramiona w górę, a trzeci podniósł głowę za włosy, po czym nałożył na nią coś na kształt hełmu, który unieruchamiał jej szyję. Nie mogła obrócić głową ani o milimetr, a świat oglądała zza grubego drutu, którym były przewleczone otwory na oczy i usta.
Sentis nie mogła patrzeć z pokorą na cierpienie swojej przyjaciółki, toteż postanowiła interweniować. Choć trochę.
Może delikatniej? – rzuciła sarkastycznie, powoli zmieniając pozycję na siedzącą.
Ani drgnij! – krzyknął na nią facet z batem. – Bo rozwalę ci łeb!
Na twoim miejscu dopierałabym słowa nieco uważniej...
Milcz! – krzyknął chudzielec wymachując wojowniczo bronią.
Z tego co wiem, to w Azkabanie nie ma zakazu mów... – Dziewczyna nie dokończyła. Straciła przytomność zaraz po tym, jak mężczyzna uderzył ją batem w twarz. Nie poskąpił przy tym swojej siły. Nie skąpili jej też pozostali dwaj aurorzy, którzy ciągnęli ledwie świadomą Victorię do klatki.
Kolejna była niemal sparaliżowana strachem Gryfonka, następnie opanowana, choć nieco zdenerwowana i zmieszana Nathalie. Na końcu skuli wciąż nieprzytomną Ślizgonkę i wrzucili ją do środka. Jak zwierzęce truchło.
Brunetka ocknęła się za sprawą wiadra lodowatej wody wylanego prosto na jej głowę. Wiadro cholernie zimnej, jakby zaczerpniętej prosto z Morza Arktycznego wody, która przyprawiła ją o lekki szok termiczny, bo aż podskoczyła na krześle i zaczęła trząść się, niczym galareta.
Imię i nazwisko – usłyszała. Słowa wypowiadał siedzący za ogromnym biurkiem, siwiejący mężczyzna, zapewne emerytowany auror. Miał na sobie mundur podobny do tych, które nosili mężczyźni wyciągający dziewczyny z celi.
Ślizgonka rozejrzała się po pomieszczeniu. Było dosyć duże i puste. Znajdowała się w nim tylko Sentis siedząca na chwiejącym się krześle i siwy pan oraz biurkiem. Poza tym kilka kinkietów stylizowanych na pochodnie. To wszystko. Od kamiennych ścian bił niesamowity chłód, który był obecny w całym budynku, jako że składał się on wyłącznie z ciemnoszarego kamienia.
Pytałem o coś!
Tak czystko teoretycznie rzecz ujmując, to nie było pytani... – Kolejna porcja lodowatej wody spadła na jej ramiona, za sprawą zaklęcia rzuconego przez mężczyznę za biurkiem.
No więc?!
Dziewczyna stwierdziła, że kolejna dawka jadu z jej strony nie jest warta zimnego prysznica, więc odpowiedziała na pytanie.
Sentis Penelopa Gaunt.
Data urodzenia?
Trzynasty lipca 1960.
Niech ci będzie – burknął pod nosem. – Dobra, to już była ostatnia! Zabrać ją! – krzyknął odwracając się za siebie. Za jego plecami zmaterializowały się drzwi, przez które weszło dwóch aurorów w maskach. Jeden z nich niósł hełm, jaki zakładali w celi Victorii.
Sentis chciała zaprotestować, ale napuchnięta i piekąca szrama na policzku przypomniała jej, jak to było, kiedy ostatnio próbowała postawić na swoim. Postanowiła schować dumę do kieszeni i w milczeniu znieść wszystkie te nieludzkie procedury. Nie wiedziała, przed czym innych ludzi miał chronić kask na jej głowie. Może myśleli, że wzrokiem zmienia w kamień? Albo ma wściekliznę i przegryzie im krtanie? Im więcej miała tego typu przypuszczeń, tym głupsze się jej wydawały.
Mężczyźni założyli jej na głowę wspomniany hełm, a ręce za plecami przytrzymali dwoma bransoletkami na nadgarstkach, które bardzo mocno się przyciągały, przez co dziewczyna nie mogła ich rozłączyć. Jej ciało od pasa w górę było unieruchomione, nienaturalnie sztywne i wyprostowane. Owinięta łańcuchem w pasie, który trzymał jeden z aurorów, powoli kroczyła przez ciemne korytarze Azkabanu. Co dziwne, nie czuła się tu niekomfortowo. Niepokoiła ją sama sytuacja, a niei miejsce, w jakim obecnie się znajdowała. Zdawała sobie jednak sprawę, że była raczej w tych odczuciach osamotniona, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie miał żadnych dobrych skojarzeń z Azkabanem.
Mężczyźni zaprowadzili ją do dużej sali, w której więźniowie dowiadywali się o wyrokach jakie zapadły w ich sprawie. Sentis znała to miejsce. Kiedyś za wcześnie przyszła na odwiedziny do rodziców i nikt nie mógł się nią zająć, więc posadzili ją na widowni, żeby nikomu nie przeszkadzała.
Pomieszczenie wyglądało niczym teatr. Naprzeciwko drzwi znajdowało się podwyższenie, przed nim ustawiono wysokie biurko, a za nim znajdowały się niezliczone rzędy ławek dla zainteresowanych. W większości widownię stanowili kandydaci na aurorów, a pozostałą część rodziny osadzonych i przyszłych skazańców. W przeciwieństwie do reszty Azkabanu, sala była mocno oświetlona. Aż za mocno. Sentis już od progu przestała cokolwiek widzieć, jedynie białe plamy, przez co zaczęła boleć ją głowa. Poczuła jedynie, jak aurorzy wnoszą ją na podwyższenie, a następnie sadzają na wyjątkowo niewygodnym krześle. Oczywiście nie obyło się bez przykucia łańcuchami.
Dopiero po kilku minutach dziewczyna odzyskała wzrok. Nie mogła się obrócić, ale kątem oka zauważyła, że jej przyjaciółki również tu są i zostały potraktowane w podobny sposób. Popatrzyła przed siebie. Widownia była pełna, jednak nikt nie odezwał się nawet słowem. Miejsca za biurkiem były zajęte przez wysoko postawionych urzędników Ministerstwa, za wyjątkiem tego na środku. Czekali na Ministra Magii. Sentis zdała sobie sprawę, że nie wie jak nazywa się osoba obecnie piastująca ten urząd. Może znała tego człowieka? Na samą myśl, że mógłby to być jeden z jej rówieśników, tyle że z Gryffindoru, mocno ją zemdliło. Za szkolnych czasów nie dogadywała się praktycznie z nikim, jej grono znajomych ograniczało się do pięciu osób i nawet im całkowicie nie ufała. Od innych ludzi trzymała się z daleka, ale zawsze znalazł się jakiś chojrak, który postanowił sobie z niej pożartować. Gryfoni cenili sobie każdą okazję do pokazania reszcie świata swojej domniemanej wyższości nad złymi i okrutnymi Ślizgonami.
Widownia zaczynała się niecierpliwić. Ludzie zaczynali coś szeptać między sobą, choć robili to bardzo cicho. Po sali rozchodziły się szmery i dźwięk przesuwającego się po papierze pióra. Szychy za biurkiem również trwały w nerwowym oczekiwaniu. Większość ludzi w sali wyglądała na znudzoną, ale też podekscytowaną, a aurorzy jako jedyni się nie nudzili. Cały czas rzucali coraz to nowe i mocniejsze zaklęcia na łańcuchy, bransoletki oraz hełmy, które unieruchamiały dziewczyny.
Przy zamkniętych do tej pory drzwiach zaczęli gromadzić się funkcjoanriusze. Kilku z nich pozostało na scenie przy kobietach, a reszta podeszła do wejścia. Po paru minutach szeptów, wymianie poleceń i informacji między urzędnikami a aurorami, wrota się otworzyły.
Proszę o włączenie zabezpieczeń – powiedział głośno jeden z mężczyzn siedzących za biurkiem.
Aurorzy zeszli ze sceny. Do sali wszedł mężczyzna w mundurze, tyle że purpurowym, a nie granatowym jak pozostali. Był niezbyt wysokim brunetem z okrągłymi okularami na nosie. Wyglądał na dosyć zdenerwowanego, jego kroki były niepewne, a tempo nierówne. Sprawiał wrażenie, jakby nie chciał tu być.
Podszedł do sceny z różdżką w dłoni, po czym wymienił porozumiewawcze spojrzenie z urzędnikami. Zaczął mruczeć pod nosem inkantacje, z podłogi wystrzeliły cztery słupy światła, które uniosły dziewczyny wraz z krzesłami, po czym z sufitu na każdą z nich spadła stalowa klatka w kształcie kuli, najeżona kolcami ze wszystkich możliwych stron i zamknęła je wewnątrz. Po wszystkim mężczyzna usiadł na widowni w pierwszym rzędzie. Tuzin aurorów stanęło w rzędzie przed biurkiem przodem do sceny.
Dobrze – mruknął z aprobatą wcześniej wydający rozkaz mężczyzna. – Wprowadźcie Ministra.
Sentis spodziewała się wejścia z pompą, pokazu władzy i mocy, czegoś hucznego, co widzów wgniecie w fotel, a ją nieco rozśmieszy. Minister zawsze kojarzył jej się z podstarzałym facetem, który żąda od innych szacunku. Całe Ministerstwo przywoływało jej na myśl cyrkowców, myślących, że są aktorami, a ich miejsce jest w teatrze.
Stało się zupełnie inaczej. Czarnoskóry mężczyzna w skromnej, lecz schludnej, czarnej szacie szybkim krokiem przemierzył salę, a kiedy zbliżył się do biurka, urzędnicy wstali, aby zrobić dla niego przejście. Wszystko odbyło się szybko i bez zbędnych ozdobników. Sentis była pod wrażeniem.
Gdy mężczyźni już zajęli swoje miejsca, po sali przeszedł szmer przewracanych kartek. Urzędnicy cicho się naradzali i przekazywali Ministrowi coraz to nowe akta, dokumenty, dzielili się też z nim swoimi spostrzeżeniami. Ten słuchał ich w milczeniu, oglądał przekazane mu pergaminy i kartki, wyglądał na skupionego.
Lindsay nie mogła przestać mu się przyglądać. Próbowała sobie przypomnieć jego imię, choć nie było to łatwe. Kojarzyła twarz, zapewne jeszcze z Hogwartu, toteż trudno jej było rozpoznać, kim jest. Trochę zaniepokoiła ją obecność akurat tego mężczyzny na sali, choć za żadne skarby świata nie mogła skojarzyć jego imienia.
Kiedy rozmowy ucichły z krzesła podniósł się urzędnik, którego zadaniem było przemawianie oraz pilnowanie teoretycznego porządku rozprawy.
Proszę o ciszę. Dzisiaj, czyli pierwszego października 1998 roku, o godzinie 13:30 rozpoczynamy rozprawę nad Victorią White, Nathalie Wilde, Sentis Penelopą Gaunt, Lindsay Red oskarżonymi o współpracę z nieżyjącym już Tomem Riddlem oraz przyczynienie się do śmierci wielu czarodziei i osób niemagicznych. Głównym sędzią w sprawie jest Minister Magii – Kingsley Shacklebolt. Organ doradczy stanowi obecna tu ława urzędników Ministerstwa oraz adept Harry Potter.

Gryfonka skarciła się w duchu za swoją głupotę. Jak mogła od razu go nie rozpoznać? Sama nie mogła się sobie nadziwić. Musiała być bardzo otumaniona, skoro nie poznała mężczyzny, w którym była zakochana na zabój w czasach Hogwartu.

poniedziałek, 17 listopada 2014

IV

Następnego dnia dziewczyny postanowiły wdrożyć swój plan w życie. Od samego rana biegały po mieszkaniu, czyściły buty, prasowały zaklęciami suknie, układały włosy, szukały niedziurawych rajstop, a wszystko to z powodu wyjścia do Banku Gringotta. Z pozoru nie było w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że szły tam pierwszy raz od prawie dwudziestu lat, co mogło spotkać się ze zdziwieniem ze strony innych czarodziejów. Miały prawo przypuszczać, że ich wizyta u Gringotta odbije się szerokim echem w świecie czarodziejów.
Wszystkie przyodziały długie suknie w odcieniach szarości i ciężkie, zimowe płaszcze. Choć zima jeszcze nie nadeszła, pogoda nie sprzyjała paradowaniu bez okrycia wierzchniego, a innego chwilowo nie posiadały.– Szlag by trafił tę pogodę – mruknęła pod nosem Nathalie.– Ciesz się, że nie pada – powiedziała Lindsay, wyciągając włosy spod kołnierza.
Victoria jak zwykle była gotowa jako ostatnia. W pośpiechu wiązała botki i szukała swoich ulubionych, skórzanych rękawiczek.– Po cholerę ci one? Przecież nie ma mrozu – zwróciła się do Krukonki blondynka.– To mój znak rozpoznawczy i się odpieprz.
Prawdą było, że Victoria miała fioła na punkcie skórzanych rękawiczek. Posiadała ich około dwustu par; segregowała je kolorami, jakością skóry i krajem pochodzenia, części z nich nawet nadała imiona. Trzymała je na samym dnie kufra w drewnianym pudełku, w którym każda para została włożona do odpowiednio opisanego bawełnianego woreczka, a następnie zmniejszona. Jej ulubione rękawiczki zostały wykonane z niezwykle delikatnej skóry testrala, wyłożone wewnątrz sierścią kuguchara. Dostała je w Rosji za wyleczenie złamanego kręgosłupa małej dziewczynki, której matka ukrywała się przed czarodziejami ze względu na kryminalną przeszłość. Nie mogła zgłosić się do magomedyków, a sama nie potrafiła tego zrobić, jednak Victoria – za niewielką opłatą – uwinęła się z tym w dziesięć minut. O ile za "niewielką opłatę" można uznać rękawiczki warte 1000 galeonów.
Lindsay tylko machnęła ręką.
Więc jeszcze raz – zaczęła już spokojna Nathalie.
Idziemy do Gringotta; nie obejdzie się bez rozpoznawania tożsamości, co w sumie jest nam na rękę, każda udaje się do swojej skrytki, zabiera, co tam jej jest potrzebne. Po wszystkim spotykamy się przed budynkiem i razem idziemy na Nokturn po rzeczy potrzebne do Eliksiru Wskrzeszenia. Z tymi do późniejszej pielęgnacji na razie damy sobie spokój. Wszystko jasne? Jakieś pytania?
A kiedy coś zjemy? – zapytała niepewnie Lindsay.
Przydałoby się kupić coś do jedzenia, ręczniki...– ... i nową firankę do kuchni. Obecna śmierdzi jak stare skarpety – wtrąciła Sentis.
Nathalie tylko westchnęła głośno i potarła skroń wierzchem dłoni. Robiła tak zawsze, kiedy się stresowała, a stresowała się, jeżeli w ostatniej chwili zmieniały plan działania. Lubiła mieć wszystko dopięte na ostatni guzik.
Z zakupami z Nokturnu przyjdziemy tutaj, zostawimy je i pójdziemy coś zjeść. A lodówkę zapełnicie później już same, bo ja pewnie nie będę miała siły.
Po prostu nie lubisz chodzić na targ i tyle. Taki z ciebie mieszczuch – wytknęła jej Lindsay i dała kuksańca w bok.
Koniec tych czułości. Wychodzimy! – zarządziła Sentis.
Dziewczyny posłusznie opuściły mieszanie i ruszyły do zaułku pomiędzy dwoma kamienicami, skąd postanowiły deportować się prosto na Pokątną. Miały w planie dumny przemarsz przez całą ulicę.
Na pewno nikt nas nie widział? – zapytała cicho Lindsay.
Raczej nie. Zresztą, nie ważne – mruknęła w odpowiedzi Sentis.
Wszystkie złapały się za ręce.
Wylądowały przed sklepem z kociołkami, czyli dokładnie na początku ulicy Pokątnej. Były pod wrażeniem, bo otoczenie wydawało się być bardziej zadbane i schludne, fasady budynków czystsze, całość bardziej kolorowa w porównaniu do tego, jak wyglądało, kiedy były tutaj poraz ostatni. Pewnie stało się to za sprawą wojen. Podobno wtedy niemal wszystko obróciło się w ruinę.
Swoją drogą, Sentis dalej nie mogła zrozumieć, dlaczego jeden chuderlawy facet zdołał pociągnąć za sobą rzeszę ludzi i wywrócić świat innych do góry nogami, a to wszystko tuż pod nosem żyjącego jeszcze wtedy Dumbledore'a.
Dziewczyny niespiesznie przemieszczały się w stronę banku. Obserwowały ludzi dookoła, podziwiały nowe budynki, witryny sklepów. Nie przeszkadzały im nawet krzyki przekupek. Wszystko było takie sielskie i spokojne.
Pochód przyciągał spojrzenia nielicznych czarodziejów, jednak ci zainteresowani nie kryli się ze swoim zaciekawieniem. Podążali wzrokiem za kobietami i to wcale nie z powodu ich pociągającego wyglądu. Widok każdej z nich przywracał im w pamięci wspomnienia ze szkoły, skąd znali dziewczyny podobne do nich. Nie było w tym nic dziwnego, bo one też ich rozpoznawały. Kojarzyły większość obserwatorów z Hogwartu z czasów, kiedy jeszcze same do niego uczęszczały.Gdy mijały witrynę księgarni "Esy i Floresy", uwagę Nathalie przyciągnął jeden z tytułów książek leżących na wystawie.
Zaraz wrócę – rzuciła krótko i zniknęła za drzwiami sklepu.
Dziewczyny zdziwiły się, ale postanowiły nie rozdzielać się i poczekać na koleżankę. Puchonka wyszła po kilku minutach, a pod pachą niosła książkę owiniętą w szary papier.
Co to? – zapytała zaciekawiona Victoria.
Pokażę wam w domu. Teraz już chodźmy.
Postanowiły dalej nie drążyć tego tematu.
Po kliku minutach stanęły przed gmachem Banku Gringotta. Budynek należał do tych ogromnych budowli, które owiane są aurą bogactwa i bezpieczeństwa. Nikt do końca nie wiedział, co kryje się w jego podziemiach, gdzie skrytki dorównywały wielkością dużym mieszkaniom, a systemy bezpieczeństwa ocierały się o nielegalność.
Wchodzimy i zobaczymy, co dalej – zarządziła Nathalie, która poczuła się trochę jak kierownik wycieczki.
Obyśmy nie trafiły do Azkabanu... – dodała trochę ciszej.
Budynek, do którego weszły, wyróżniał się wśród innych gmachów, które uległy zniszczeniu w trakcie wojny. Mimo ciężkich prób, na które został wystawiony, nie widać było po nim choćby śladu, że był remontowany. Wnętrze było przepiękne, takie, jakie dziewczyny zapamiętały
Podłoga wyłożona marmurem lśniła czystością, ściany, na przemian ozdobione drewnem i freskami, obecnie były odkurzane przez skrzaty domowe ubrane w czarnobiałe fartuszki. Z sufitu zwisał ogromny, złoty, bogato zdobiony kryształami żyrandol.
Przy ścianach ustawione były ogromne blaty, na których spoczywała niebotyczna wręcz ilość formularzy, papierów, kałamarzy i piór, a pieczę nad tym wszystkim rzeczami sprawowały gobliny, każdy odziany w dobrej jakości, czarny garnitur i białą koszulę. Kolejki do stanowisk nie były zbyt duże, toteż po niespełna kilku minutach przyjaciółki stanęły twarzą w twarz z jednym z pracowników banku. Ów goblin miał wyjątkowo krzywy nos i umieszczone na nim małe, prostokątne okulary. Jedynie przelotnie spojrzał na swoje klientki, zamoczył pióro w kałamarzu i mruknął:
Nazwisko.
Gaunt – odpowiedziała dumnie Sentis.
Goblin przyjrzał się dziewczynie uważniej, po czym poprawił zsuwające mu się po nosie okulary. Wyprostował się jak struna, co było dziwne, bo przedstawiciele tej rasy wydają się być permanentnie zgarbieni.
Bez głupich żartów proszę! – oburzył się urzędnik i powtórzył głośniej.
Nazwisko!
Gaunt, idioto! – uniosła się Ślizgonka, dostając przy okazji kuksańca w bok od Nathalie.
Czarodzieje przebywający w sali zaczęli spoglądać w kierunku dziewczyn, szeptać i wskazywać na nie palcami. Niektórzy chichotali pod nosem, choć nie mieli odwagi zrobić tego głośno. Sentis zmierzyła wzrokiem goblina, a jej koleżanki obserwowały gromadzących się tłumnie gapiów, ustawiających się na wysokości drzwi od sali. Victoria ostrożnie podeszła do rozsierdzonej koleżanki, po czym szepnęła jej do ucha:
Zwróciłyśmy na siebie uwagę ludzi, czyli tak, jak było ustalone. Nie wiem jedynie, czy nam się to opłaci.
Co masz na myśli? – mruknęła Ślizgonka, nie odwracając wzroku od goblina, który obecnie debatował z kolegami po fachu.
Większość pracowników siedzących dotychczas na swoich miejscach podbiegła do stanowiska, gdzie razem zaczęli rozmawiać. Początkowo bardzo cicho, ale z każdą sekundą coraz głośniej i gwałtowniej.
Z jakiegoś powodu twoje nazwisko nie zdumiało ich, a bardziej rozwścieczyło. Wiesz, o co może chodzić? – spytała niepewnie Krukonka, która w obecnej sytuacji zaczynała się czuć coraz mniej pewnie.
Teoretycznie spodziewałam się czegoś takiego, choć może nie w aż takiej skali... – zaczęła wykręcać się Sentis.
Gobliny zaczęły wściekle wymachiwać rękami, rzucać w siebie dokumentami i kłócić się zajadle. Nie można było dokładnie usłyszeć ich rozmowy. Do dziewczyn dolatywały jedynie pojedyncze słowa i zdania: "wrócą mroczne czasy", "Czarny Pan", "Hogwart", "Dumbledore już nie żyje", "jesteśmy straceni".
Sentis nie rozumiała, o co tyle szumu. Była ostatnim dziedzicem Slytherina, to prawda, ale chyba to nie powód, żeby myśleć, że wszystkich pozabija. Ślizgoni byli wrednymi gnojami, a nie mordercami. Różnica niby niewielka, ale dosyć znacząca.
Do brunetki powróciły wspomnienia z czasów, kiedy przebywała w Magicznym Domu Dziecka "Patronus", a jej jedynym marzeniem było częstsze widywanie się z rodzicami. Oboje byli osadzeni w Azkabanie, ojciec – Morfin Gaunt – za zabójstwo rodziny, które, jak się później okazało, nie było jego winą, matka – Diana – za kradzieże, pobicia i używanie Zaklęć Niewybaczalnych. Widywała ich jedynie na Boże Narodzenie. Grupka aurorów prowadziła ją wtedy do małej sali, w której czekali na nią przykuci za ręce do ściany rodzice. Nie mogła ich dotykać, dawać prezentów, śmiać się, ani normalnie rozmawiać, bo straż za drzwiami sprawowali dementorzy. Wszystko było szare i smutne, jednak zdecydowanie lepsze od codzienności w domu dziecka. Ciągłe strofowanie przez opiekunkę, rozkazy, sprzątanie, śpiewanie durnych piosenek i kary. Kary za wszystko. Za źle uczesane włosy, niedokładnie pościelone łóżko, niedojedzony obiad. Sentis czuła się tam jak więzień. Pragnęła uciec stamtąd jak najdalej.
Hogwart przyniósł jej ukojenie i spokój. Poznała wielu wspaniałych ludzi, pokochała swój dom i już po pierwszym roku nauki stała się pełnokrwistą Ślizgonką. Kiedy wracała na wakacje, opiekunka wciąż narzekała na Sentis, że stała się bardziej pyskata. Dziewczyna uznała to za komplement.
Najgorzej wspominała moment, w którym otrzymała dwa listy w wieku dwunastu lat. Pierwszy od dyrektora Azkabanu – w dość oschłych słowach dowiedziała się, że jej ojciec nie żyje, a drugi od matki. Słowa rodzicielki były dla niej bolesne, a wyciągnięte z nich wnioski i przekonania zachowała do dzisiaj. Dianę wypuszczono z więzienia, gdyż odsiedziała już swoją karę. Teoretycznie mogła zabrać Sentis z bidula – miała przecież duży dom, pieniądze, a nawet pracę, jednak to nie przekonało Ministerstwa, które uznało, że kobieta jest niereformowalna i, że ze względów wychowawczych córki nie może odzyskać. Właśnie wtedy Sentis znienawidziła wszystko, co związane było z Ministerstwem Magii.
Musimy trzymać się procedur! – przerwał rozmyślania Ślizgonki krzyk jednego z goblinów.
Nie wiem o co chodzi, ale nie wygląda to najlepiej – mruknęła Lindsay łapiąc Nathalie za ramię.
Część pracowników rozbiegła się w różnych kierunkach, a pozostali wyszli na środek. Poruszali się powoli i nim dziewczyny zdążyły się zorientować, utworzyli wokół nich krąg, z którego marna była szansa na ucieczkę.
Nathalie starała się nie wyglądać na przestraszoną. Jej plan nie zakładał żadnych komplikacji, a tym bardziej zatrzymania. Nie wiedziała, co poszło nie tak. Znała całą historię Sentis, łącznie z wczesnym dzieciństwem. Próbowała sobie przypomnieć, czy jakieś wydarzenie z przeszłości mogło doprowadzić do tego, że były ścigane, ale nic takiego nie miało miejsca. Owszem, były cennym łupem, ale wyłącznie dla przemytników, łowców głów i kłusowników. Wszystkim im dały się we znaki.
Zrobiłaś coś, o czym nie wiem? – spytała cicho Victoria. Dziewczyna trzymała w dłoni różdżkę, choć wiedziała, że raczej w niczym jej to nie pomoże.
Dzisiaj rano...
Co dzisiaj zrobiłaś? Zabiłaś kogoś? – syknęła blondynka.– ... zjadłam ostatnią paczkę ciastek.
Ty zdziro! – krzyknęła na koleżankę Krukonka. – Przez ciebie nie miałam nic na przekąskę do kawy. Poważnie się na tobie zawiodłam.
Idiotki – podsumowała krótko Nathalie.
Nie wiem, co was tak bawi w tej sytuacji.
W zasadzie to wszystko – stwierdziła optymistycznie Sentis.
Przez ostatnie dwadzieścia lat przeżyłam tyle okropieństw, że nic nie jest w stanie mnie przestraszyć. Poza tym nie zrobią nam krzywdy, bo tu panuje praworządność, światłość i pokój. W końcu nad wszystkim panuje Ministerstwo.
O wilku mowa – szepnęła Victoria, odwarcając się w stronę drzwi.
Do sali wpadło około dziesięciu mężczyzn w długich, czarnych płaszczach. Rozproszyli się po sali, a trzech z nich stanęło naprzeciwko dziewczyn. Wszyscy celowali w nie różdżkami, ale dla przyjaciółek nie było to specjalną nowością. Zdążyły się zorientować, że panowie byli aurorami, a one najprawdopodobniej mają niemałe kłopoty.
W imieniu Ministra Magii, na mocy prawa magicznego jesteście zatrzymane pod zarzutem współudziału w zbrodniach oraz kolaborację z Tomem Riddlem – wykrztusił z siebie jeden z mężczyzn.
Kobiety rozluźniły się nieco, Victoria schowała różdżkę, na co aurorzy zareagowali lekkim zdumieniem. Oczekiwali płaczu i błagań, ewentualnie pojedynku. Nic z tych rzeczy.
A już myślałam, że zabijam ludzi przez sen – pocieszyła się Nathalie, po czym poprawiła rękawy płaszcza.
A kto to, ten Tom Ri... coś tam? Kojarzę nazwisko. Może to ktoś z Hogwartu? Pamiętasz go, Sentis?
To nie ja sypiałam z wszystkimi chłopakami – stwierdziła Ślizgonka. – Zapytaj Victorię – dodała szybko.
Ty zdziro!
Cisza! – zdenerwował się przemawiający wcześniej mężczyzna.
Radzę nie stawiać oporu. Skuć je łańcuchami – rzucił w stronę aurorów, a Lindsay zdała sobie sprawę, że jej szanse na posiłek są raczej nikłe.
Mrs Black bajkowe-szablony