Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eliksiry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eliksiry. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2018

Rozdział XIV

Ej, 2 lata i 8 miesięcy to nie taka długa przerwa...


Śniadanie było dla niej katorgą. Chciała uciekać, ewentualnie umrzeć, żeby tylko nie musieć siedzieć przy jednym stole z tymi ludźmi. Slughorn bardzo chciał się spotkać z Severusem, nawet próbował się wprosić na herbatkę po posiłku, jednak Sentis zręcznie wymigała się od niechcianej wizyty. Próbowała maksymalnie skrócić czas posiłku. Szybko zjadła jajecznicę i kanapki, a gorącą kawą poparzyła sobie język, jednak nie wypadało jej wyjść z sali, kiedy ludzie wciąż zadawali jej pytania.
Wszystkie cztery były pod obstrzałem. Odpowiadały najogólniej jak się da, jednak nauczyciele nie dawali się zbijać z tropu. Pytali o wszystko.
– Domyślam się, że musiałyście sięgnąć po niesamowicie czarną i brudną magię, aby przywrócić Severusa do żywych. Samo interesowanie się tym działem magii może się źle skończyć dla człowieka, ale tak z czystej, profesorskiej ciekawości...
– Nie – Sentis ukróciła żebrania Slughorna. – Żadnych porad, wymian spostrzeżeń, pożyczania książek. Przez ostatnie dwadzieścia lat ta „czarna i brudna magia” była częścią mojej pracy i nie zamierzam się z tego nikomu zwierzać. To prywatne, a co najważniejsze, groźne dla przeciętnego użytkownika różdżki. Jeszcze wszystkim się zachce ożywiać zmarłych, a z naprawianiem szkód po tym nie damy sobie rady przez następne stulecia.
– Musi profesorowi wystarczyć jedynie tyle, że to cholernie pracochłonne, drogie i wyniszczające zdrowie – dodała szybko Lindsay.
Profesor nie był usatysfakcjonowany tą odpowiedzią. Próbował jeszcze kilka razy je o to podpytywać, ale udawały, że nie słyszą jego próśb. Z Minervą było już gorzej.
– Pomijając fakt, że dokonałyście cudu i to niemal od ręki, to chyba nie myślałyście, że dacie sobie radę same. Nie wierzę, że tak długo zwlekałyście z przybyciem do Hogwartu. Nie wątpię w wasze umiejętności, ale madame Pomfrey jest nieco bardziej obyta w zajmowaniu się wymagającymi opieki ludźmi. To bardzo nierozsądne z waszej strony. Przecież Severus wymaga niemal nieustannej uwagi, a wy chciałyście same dać sobie z tym radę. Nie do pomyślenia!
„Jeśli ona się zaraz nie zamknie, to uciszę ją Avadą raz, a porządnie”  pomyślała Ślizgonka, co wyczytały jej przyjaciółki.
„Nawet nie myśl o takich rzeczach. Jeszcze to usłyszy!” wystraszyła się Nathalie.
– Wydaje mi się, że Poppy powinna obejrzeć Severusa – stwierdziła na koniec Minerva.
– Nie sądzę, żeby Snape ucieszył się z tego pomysłu – odpowiedziała ostrożnie Lindsay. Blondynka spojrzała wymownie na Ślizgonkę, aby ta nie wtrącała się do rozmowy. Gryfonka chciała to rozegrać na spokojnie i bez fajerwerków.
– On nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia! – oburzyła się pielęgniarka, która siedziała tuż obok nauczycielki transmutacji. Wyglądała niemal tak samo, jak dwadzieścia lat temu. Pewnie nawet szpitalną szatę miała tę samą.
– Jest świadomy obecnej sytuacji i nie ma problemów z komunikowaniem się z otoczeniem, więc wydaje mi się, że nie powinniśmy traktować go jak dziecka. Mimo niestabilnego stanu zdrowia Severus wciąż jest dorosłym człowiekiem i sam powinien o sobie decydować.
– Och Lindsay, nie bądź śmieszna! Przecież on jest ledwo żywy! – oburzyła się  Poppy.
– No już bez przesady! – nie wytrzymała Sentis. – Porusza się samodzielnie, wysławia się jak człowiek, a nawet podejmuje świadome i przemyślane decyzje, na przykład jak ta, żeby nie przychodzić na wspólne posiłki, bo może się to dla niego skończyć zapaścią albo zawałem.
Poppy o mało nie zakrztusiła się kompotem. McGonnagall wyglądała, jakby chciała zdzielić ją brudną ścierą w łeb, a Lindsay jakby za wszelką cenę chciała schować się w kanciapie na miotły.
– Panno Gaunt – zaczęła ostro Minerva. – Mimo wszystko, to jest chory człowiek...
– No właśnie! Człowiek! Człowiek, a nie małpa czy inny gumochłon. Poza tym my go ożywiłyśmy, więc i my zajmiemy się jego zdrowiem.
– Co wy możecie wiedzieć o współczesnym lecznictwie?! – oburzyła się pielęgniarka.
– Na pewno nieco więcej niż pani, madame Pomfrey.
– Dobra, spokój! – zarządził profesor Flitwick. – Niech Severus sam o tym zadecyduje. Panna Gaunt poinformuje go o dostępnych możliwościach. Chcę go tu widzieć na obiedzie, jak o własnych siłach wchodzi do sali i je z nami posiłek. Jeśli tak się nie stanie, uznamy, że wymaga on pomocy hogwarckiej pielęgniarki. Czy wszystko jasne?
Sentis nie za bardzo pojęła logikę profesora, ale nie pozostawało jej nic innego, jak tylko mu przytaknąć. Przecież Severus wszedł do zamku na własnych nogach, więc... Zresztą nie ważne. Przyjdzie na ten cholerny obiad i będzie problem z głowy.
Po skończonym posiłku Nathalie poszła pomagać w naprawianiu bariery. Minerva była zachwycona, że jej ulubienica tak poświęca się dla szkoły, a Sentis cieszyła się, że będzie mogła na chwilę odsapnąć od przyjaciółki. Lindsay udała się na spacer do Zakazanego Lasu, a dwie pozostałe dziewczyny wróciły do komnat.
Ślizgonka wzięła dla Snape'a kilka kanapek z serem na śniadanie. Nie była pewna, czy jego żołądek da sobie z nimi radę, ale postanowiła zaryzykować. Najwyżej przez następne kilka dni będzie się żywił herbatnikami i herbatką ziołową.
– Sever! Przyniosłam ci śniadanie! – zawołała od progu brunetka.
Postawiła talerz na stoliku do kawy i poszła wstawić sobie wodę na herbatę. Victoria zaczęła przeglądać dzisiejszą prasę.
– Mam nadzieję, że Minister odpuści sobie nalot na nas. W sumie ma teraz ważniejsze rzeczy na głowie – wyraziła swoją nadzieję przerzucając strony Proroka.
– A co niby teraz robią?
– Próbują się dostać do skrytek martwych śmierciożerców. Niby w celach bezpieczeństwa, ale mi się wydaje, że chcą galeonów. Jak zwykle zresztą.
– Na pewno nie wyjdą z tych skarbców z pustymi kieszeniami. Zawsze mogą przecież powiedzieć, że to w ramach pośmiertnego zadośćuczynienia.
– Zrobią, co zechcą, a ludzie nie będą mieli nic przeciwko. Poza tym Ministerstwo musi jeszcze zadbać o odbudowę Hogwartu i szpitala.
– Za kilka miesięcy sfinansujemy im wymianę laboratorium medycznego i dadzą nam święty spokój – podsumowała Sentis. – Sever! Mam ci to zanieść do łóżka?!
– Daj mu spokój. Pewnie jeszcze śpi.
– Mam nadzieję, że będzie dziś w humorze na wspólne biesiadowanie.
– Nigdy nie będzie na to w wystarczająco dobrym humorze. Ale pewnie wybierze to, niż jakby Poppy miała go zacząć leczyć eliksirem pieprzowym.
– Ta kobieta dyplom z pielęgniarstwa wygrała chyba na loterii.
– Albo znalazła w koszu na śmieci.
– To niech go tam zaniesie z powrotem – stwierdziła Sentis, na co jej przyjaciółka parsknęła śmiechem.
Usiadły na kanapie z kubkami herbaty.
– Severus, do cholery jasnej! Ile ty masz lat?! Pięć?!
Ślizgonka pomarudziła chwilę pod nosem, po czym odstawiła kubek na stolik i poszła do sypialni mężczyzny.
Pokój był pusty. Skotłowana szara pościel leżała na podłodze obok łóżka, wszystkie szafki i szuflady były otwarte. Jego codzienne ubrania wisiały na oparciu krzesła, choć zazwyczaj składał je w kostkę i chował do szafy. Na stoliku nocnym stał pusty dzbanek po ziołowej herbacie.
– Victoria! – zawołała przyjaciółkę Sentis, bo lepszy pomysł nie przyszedł jej w tej chwili do głowy.
– Co się... Gdzie Sever? – zapytała srebrnowłosa oglądając ze dziwieniem sypialnię.
– Myślisz, że uciekł?
– Nawet tak nie myśl! Nie dałby rady. Musi gdzieś tu być.
– Przecież nie schował się pod łóżkiem do cholery!
Sentis zaczynała panikować. Przecież jak wychodziła na śniadanie to słyszała jego krzątaninę w sypialni. Ręczyła głową, że jeszcze godzinę temu tu był cały i prawie zdrowy. Przetrząsnęły pokój w poszukiwaniu jakiś dziwnych rzeczy, które nie powinny się tu znajdować. Zajrzały dokładnie do każdej szafki, skrzyneczki, a nawet kieszeni. Nie znalazły absolutnie nic.
– Przecież się nie rozpłynął w powietrzu do cholery! – krzyczała będąca już na skraju załamania nerwowego Ślizgonka.
Zajrzały jeszcze do pozostałych sypialni. Na końcu weszły do łazienki. Tam zastały istny galimatias. Urwana szafka, potłuczona umywalka szyba od prysznica, porozrzucane ręczniki, kosmetyki i skrzynki z fiolkami. Całe szczęście, że każda taka szkatuła została przez kobiety wcześniej zaopatrzona w zaklęcia antywstrząsowe i te zapobiegające przez potłuczeniem i wypadaniem probówek. Na szczęście nic się nie potłukło, ale na jasnych kafelkach i ręcznikach było widać szkarłatne plamy. Duże czerwone kleksy niesymetrycznie pokrywały losowe części podłogi. Krew skapywała ciężko ze skorup po umywalce i kawałków szkła. Jej smugi znajdowały się również na drzwiach i klamce.
O ile Sentis przestała jasno myśleć, to Victoria wytężyła zmysły i skupiła się na tym, co aktualnie widziała. Przestudiowała dokładnie każdą rzecz w łazience oraz sypialni, przejrzała wszystkie szpargały.
– Szlag! – krzyknęła podnosząc z podłogi jedną ze skrzynek.
Ślizgonka nieco oprzytomniała. Wciąż była w ciężkim szoku, ale zaczynała się uspokajać. Stwierdziła, że nerwy tylko przeszkodzą jej w znalezieniu Severusa.
– Brakuje jednej.
– Pewnie któraś z nas ją wyjęła albo sama zużyła...
– Sentis do cholery, skup się! To był eliksir oczyszczający z wszelkich zaklęć! Jeśli Severus go wypił, to nasza magia już nie pomaga mu w funkcjonowaniu. Wszystkie zaklęcia wspomagające mięśnie, oddychanie, trawienie, wzrok czy nawet bicie serca przestały działać.
Ślizgonka wolała nie słuchać już dalej. Doskonale wiedziała, że to mogło się skończyć dla Snape'a tylko w jeden sposób. Victoria kontynuowała swoją teorię.
– Pewnie myślał, że to eliksir przeciwbólowy.
– Skoczyła mu się ziołowa herbata i zaczął boleć go żołądek – niemal wyszeptała przypominając sobie pusty dzbanek z sypialni.
W tej sytuacji scenariusze były tylko dwa.
Ten najczarniejszy zakładał, że Severus zaraz po wyjściu kobiet na posiłek zaczął szukać czegoś przeciwbólowego. Przetrząsnął całą sypialnię, ale dopiero w łazience znalazł eliksir, który uznał za pospolitą miksturę uśmierzającą ból. Kiedy ją wypił jego ciało niemal od razu odmówiło mu posłuszeństwa. Upadł rozbijając przy tym prysznic i umywalkę. Przycisnął ręcznik do ran i resztkami sił wyczołgał się z łazienki, na co wskazywały ślady na drzwiach, aby szukać pomocy poza komnatami. Teraz pozostawało tylko szukać jego zwłok w jednym z hogwardzkich zaułków.
Bardziej optymistyczna wersja różniła się od poprzedniej jedynie tym, że Snape wypił ten nieszczęsny eliksir nie dalej jak dwadzieścia minut temu. Istniała szansa na jego przeżycie. Nikła, ale zawsze.
Dziewczyny wybiegły z komnaty i udały się w różnych kierunkach. Rozdzieliły się, aby szybciej przeczesać większy teren.
Severus nie mógł się przemieścić zbyt daleko, więc teoretycznie nie powinny mieć problemu z jego znalezieniem, a praktycznie mógł być wszędzie. Szybciej byłoby gdyby poprosiły o pomoc skrzaty, ewentualnie nauczycieli, ale tłumaczenie wszystkiego zajęłoby zbyt wiele czasu. Musiały działać same.
Kiedy brunetka przemykała przez korytarze, w głowie kłębiły jej się różnorakie myśli.
Co za idiota z niego! Równie dobrze mógłby wbić sobie nóż w brzuch albo rzucić się z wieży. Co mu wpadło do głowy, żeby pić eliksiry na ślepo?!
A co, jeśli on nie żyje?
Przecież nie zdążyłam nawet z nim normalnie porozmawiać. Zamieniliśmy jedynie kilka słów na bzdurne tematy. Żadnej konkretnej konwersacji. Nic o przeszłości.. Zmarnowałam od cholery czasu, żeby się nad sobą zamartwiać.
Powinnam mu o wszystkim powiedzieć zaraz po tym, jak odzyskał świadomość.
Że też zawsze muszę się uczyć na własnych błędach! Nie dałoby się chociaż raz na cudzych?!
Usłyszała nawoływania Victorii. Przyjaciółka znajdowała się za rogiem długiego korytarza biegnącego niedaleko wejścia do ich kwatery.
Na podłodze tuż przy jej nogach półsiedział oparty o ścianę Severus. Był koszmarnie blady, zakrwawiony i ledwo żywy. Do prawego boku przyciskał przesiąknięty krwią ręcznik. Nieregularne dreszcze drgały jego ciałem. Oczy miał na wpół otwarte. Próbował się z nimi porozumieć, ale już niemal nie miał siły żeby w jakikolwiek sposób zapanować nad własnym ciałem.
Czuł oddech śmierci na karku. A raczej ciężkie, śmierdzące krwią dyszenie tuż za jego plecami. Wiedział, że nie korzysta się z cudzych eliksirów. Uczyli tego na pierwszym roku w Hogwarcie. Ba! Sam uczył tego swoich uczniów. Wstydził się przed samym sobą, że umrze w tak głupi sposób. Znowu.
Nie wiedział ile konkretnie czasu minęło od zażycia mikstury. Chciał dostać się do Wielkiej Sali, bo wiedział, że potrzebuje pomocy. To był drugi raz w jego życiu, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej bezsilności. Nie cierpiał tego uczucia. Już wolał obrywać Crucio.
Victoria jakby spadła mu z nieba. Nie zarejestrował, kiedy dokładnie się przy nim pojawiła, ale po chwili u jej boku stała już Sentis. Obie wyglądały na spanikowane. Ślizgonce jakby nieco ulżyło na jego widok. Jemu w sumie też zrobiło się lżej na sercu. W końcu był jej coś winien. Nie wypadało mu umierać po raz drugi.
Za pomocą magii przetransportowały go z powrotem do komnat. Ułożyły na łóżku w sypialni Sentis, rozebrały do bielizny i zaczęły naprawiać szkody. Na pierwszy ogień poszły otwarte rany, później podreperowanie poszczególnych narządów, przywrócenie w pełni funkcji życiowych. Uzupełniły mu braki w krwi, nawodniły ciało, podały niezbędne witaminy. Względne przywrócenie go do świata żywych zajęło im ponad dwie godziny. Po wszystkim Severus zasnął jak dziecko.
Brunetka opadła ciężko na fotel w salonie. Oddanie Severusowi kolejnej porcji jej sił życiowych nie miało dla niej dobrych skutków. Czuła się niesamowicie osłabiona. Jakby nie spała od kilku dni. Próbowała nie zasnąć, ale coraz bardziej przegrywała. Powieki miała ciężkie jak z ołowiu, a w oczach jakby całą garść piasku.
Victoria widząc przyjaciółkę w takim stanie od razu zawiadomiła pozostałe dziewczyny. Pokrótce opowiedziała im o dzisiejszych sensacjach.
– A najgorsze jest to, że nie ma nawet cienia szansy, że któreś z nich utrzyma się dziś na własnych nogach. Musimy coś wymyślić przed obiadem.
– No tak. Nie ma nawet mowy, że oddamy Severusa pod opiekę Poppy. Jeszcze by go zabiła... – powiedziała Nathalie, co spotkało się ze zdziwieniem ze strony przyjaciółek.
– Czyżby pokłady twojej miłości do Minervy się skończyły? Jakim cudem? – zadrwiła Krukonka.
– Och przestań. Minerva jest wspaniałym czarodziejem, a teraz dyrektorem Hogwartu, a Pomfrey to bardziej... gumochłon. Nawet kataru nie chciałabym u niej leczyć.
– Kamień z serca. Przynajmniej jedno mamy ustalone. Teraz trzeba wymyślić coś na ten nieszczęsny posiłek.
– Wcale nie trzeba! – Poderwała się z miejsca Nathalie. Jej oczy błyszczały, jakby miała co najmniej walczyć z oddziałem wojska. – Powiemy nauczycielom, że Severus nie jest jeszcze w pełni sprawny i potrzebuje czasu. Jeśli tego nie zrozumieją, to zaczniemy szukać jakiegoś innego lokum. Nie mam zamiaru dłużej tłumaczyć się ze swoich decyzji!
Blondynce niemal opadła szczęka. Dawno nie widziała Nathalie tak zdeterminowanej. Rozsiadły się na łóżku w sypialni jednej z nich, a Victoria w tym czasie przyniosła butelkę Ognistej i trzy szklanki.
– Jak wam powiem, co Minerva dziś wyprawiała, to wam różdżki zwiędną – zaczęła Nathalie, po czym wypiły pierwszą kolejkę.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział XIII

Beta wróciła!


Wylądowali przed gruzami bramy Hogwartu. Czekał tam na nich komitet powitalny: Minerva, Filch z kotką i Slughorn. Sentis myślała, że ją krew zaleje, a Severus zastanawiał się nad szybkim odwrotem. Nawet nie próbowali ukryć swojego niezadowolenia.
– Na brodę Merlina! Więc to jednak prawda! – Slughorn o mało nie padł na zawał z zachwytu na widok Snape'a. Chciał do niego podejść i uściskać, niczym wujek dawno nie widzianego siostrzeńca, ale zdenerwowanie wymalowane na twarzy Mistrza Eliksirów skutecznie go od tego odwiodło.
– Nie powinniśmy tu tyle stać. Jedźmy już do zamku – zarządziła
Minerva. Wydawała się być niezainteresowana zaistniałą sytuacją, jakby oglądanie żywych trupów atrakcyjnością dorównywało piciu porannej kawy. Reszta ruszyła za nią w milczeniu w stronę wozów zaprzęgniętych w testrale. Bagażami zajęły się skrzaty.
Kiedy jechali, Sentis mogła dokładnie przyjrzeć się zamkowi. Był zniszczony, choć daleko mu było do ruiny. Większość zburzonych elementów została już uprzątnięta, nie zauważyła żadnych stert gruzu czy kamieni, choć ubytki w murach zaskoczyły ją swoimi rozmiarami. Dziwiła się, że zamek nie runął totalnie, z pewnością dzięki zasłudze magii.
Severus był za to mocno zawiedziony. Liczył, że całą tę szkołę trafił jasny szlag i pozostanie tylko zrównać ją z ziemią. Zbyt wiele złych rzeczy się w niej stało. Nie myślał jedynie o sobie. Przypomniał sobie Komnatę Tajemnic razem z pieprzonym bazyliszkiem, bijącą wierzbę, te cholerne chaszcze w szklarni, które Albus kazał hodować, choć wiedział, że mogą pozabijać przynajmniej połowę dzieciaków… I Voldemorta. Wszystko miało swój początek w Hogwarcie, a Snape doczekał się w tym miejscu nawet swojego końca. Ten zamek nie kojarzył mu się z niczym dobrym. Nawet nie wszedł do środka, a już chciał wracać do swojego mieszkania w Londynie.
Swoją drogą nie był do końca pewny, co tak właściwie wywinęły te cztery wariatki, że musiał razem z nimi opuścić swoje lokum. Czyżby kogoś zabiły?
Postanowił, że poszuka w wydaniach Proroka z tego roku. Nie miał nawet zamiaru pytać którejś z nich. Aż tak nisko nie upadł.
Nathalie czekała na nich w korytarzu przy Wielkiej Sali. Wyglądała na nieco zniecierpliwioną i podenerwowaną.
– Wybrałam dla nas komnaty niedaleko lochów. Tam są najmniej zniszczone, poza tym blisko z nich do pracowni eliksirów i wyjścia ewakuacyjnego.
Sentis przyjęła to do wiadomości, co zakomunikowała jedynie kiwnięciem głowy.
– Rozgośćcie się, moi drodzy. Za godzinę spotkamy się na obiedzie i wspólnie wszystko przedyskutujemy. Póki co odpocznijcie chwilę – powiedziała Minerva uśmiechając się do Nathalie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poprowadziła resztę do kwater.
Zeszli schodami piętro niżej, gdzie teoretycznie znajdowała się kanciapa woźnego, lecz za ukrytymi drzwiami chowały się dobrze przystosowane do ich obecnych potrzeb pokoje.
Duży salon pełnił funkcję korytarza, z niego wchodziło się do każdej z osobnych sypialni, łazienki oraz małej kuchni. Był schludnie urządzony, bez żadnych ozdobników z wyjątkiem zbyt przaśnego żyrandola z kryształków. Reszta została utrzymana w brązowoszarej kolorystyce. Sofa, kilka foteli, regały, półżywa paprotka, stolik, dywan i to wszystko. Tyle dobrego. Kuchnia, a raczej niewielki aneks, składał się z blatu, kilku kubków, szafki z zastawą i czajnika. Posiłki w tym budynku jadało się wyłącznie w Wielkiej Sali, więc nie było potrzeby, aby każde lokum wyposażać w osobną kuchnię.
Severus nie pamiętał, by wcześniej było tu coś takiego. Znał zamek niemal jak własną kieszeń, ale pomieszczeń w tym konkretnym miejscu nie kojarzył. Może przy okazji odbudowy zrobili małą przebudowę? A może ktoś bardzo chciał, żeby Severus nigdy się nie dowiedział o tych komnatach?
Mimo wszystko kwatera przypadła im do gustu. Oczywiście na tyle, na ile ludziom może podobać się miejsce, w którym woleliby nie być.
– Myślę, że największą sypialnię powinniśmy zostawić Severusowi – powiedziała Nathalie wskazując dłonią na drzwi naprzeciwko wejścia. – Reszta pokoi jest niemal tej samej wielkości, więc nie ma znaczenia, który wybierzecie dla siebie. Skrzaty przyniosą bagaże po obiedzie. Nie ma sensu rozpakowywać ich dzisiaj, więc możecie zająć się tym jutro.
– Dziękuję ci za zgodę, moja droga! Cóż ja bym bez ciebie zrobiła! – zakrzyknęła Sentis z udawanym entuzjazmem. Ilość jadu, jaką zawarła w swojej wypowiedzi mogłaby wybić średniej wielkości mugolskie miasto.
– Nie bądź zgryźliwa. Przecież to wszystko dla naszego dobra.
– No oczywiście, że tak. Slughorn przy bramie również potrzebny był naszemu dobru. I wspólny obiadek. Nawet woźny musiał nas zobaczyć! Jak nic jutro pojawimy się na pierwszej stronie Proroka! Nie widzę tu pismaków, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nasz profesorek przepuścił okazję do zarobienia kilku knutów.
– To akurat nie moja wina. Minerva uparła się, że cały personel w zamku ma wiedzieć, co się dzieje. Ale jest tu tylko kadra nauczycielska i skrzaty.
– No to całe szczęście! – jadowicie stwierdziła Ślizgonka. – Już myślałam, że Minerva zrobi z nas atrakcję dla pierwszorocznych.
– Jesteś okropna – mruknęła z dezaprobatą Nathalie.
– A co z uczniami? – wtrącił się Snape. Bardzo zdziwiła go cisza, jaka panowała w zamku. Spodziewał się raczej bandy szlachetnych Gryfonów odbudowujących mury i garstki Ślizgonów, która za karę za błędy rodziców szorowała podłogi.
– Na ten rok Hogwart został zamknięty. Uczniowie albo czekają na wznowienie roku szkolnego, albo uczą się w jakiejś innej szkole w Europie.
Mężczyzna tylko mruknął pod nosem. Udał się do swojej sypialni i jakoś nie zamierzał nikogo informować, że do Wielkiej Sali uda się raczej po swoim trupie. Wspólne ucztowanie za nic w świecie nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie dzisiaj. Ciągle czuł posmak rzygowin w ustach, co chwila drętwiały mu dłonie i obawiał się, że zemdleje. A wolałby tego nie robić przy swoich byłych kolegach z pracy. Wszystko, tylko nie ich troska. Wydawało mu się, że nie prosi o zbyt wiele.
Sentis kątem oka zarejestrowała, jak Severus wychodzi z salonu. Miała nadzieję, że mężczyzna pójdzie spać i przynajmniej jego ominie wątpliwej przyjemności obiadek w gronie starych znajomych. Strasznie nie chciała tam iść.
W ogóle dlaczego jedli obiad niemal w nocy? Z tego co pamiętała, taki posiłek każdy przeciętny człowiek nazywał kolacją. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
– Mam nadzieję, że podadzą kurczaka w miodzie. Jesienią prawie zawsze na stole był kurczak w miodzie. I do tego jeszcze surówka z marchwi – rozmarzyła się Lindsay.
– Albo ogromny filet z łososia w grubej panierce – dorzuciła od siebie Victoria.
– Ja to bym wolała porządny kawał mięcha – stwierdziła Sentis. – Najlepiej jakiś wielki stek. Koniecznie w ciemnym sosie.
– A mi to się marzy ciasto dyniowe – powiedziała Nathalie, na co wszystkie westchnęły z aprobatą.
– Może mają też Kremowe Piwo.
– No pewnie! Najlepiej Ognistą podać do obiadu.
– Nie ma dzieci, więc kto wie. Może teraz codziennie ucztują.
– Już widzę tego dziada od zaklęć, jak ucztuje i pije wino z pucharka większego od niego samego.
Śmiały się i wspominały stare czasy. Dobry nastrój sprawił, że czas w samotności upłynął dużo szybciej niż by tego chciały. Skrzat owinięty w poszewkę od poduszki przyszedł im zakomunikować, że obiad już czeka. Kobiety niechętnie udały się do Wielkiej Sali.
– No nareszcie się zjawiłyście! A gdzie Severus? – powitał je radośnie Slughorn. Niestety nie były równie uradowane co on. Facet strasznie się postarzał, osiwiał, a w dodatku dorobił się niewielkiego garba. Gdyby nie nauczycielska szata wyglądałby jak przeciętny mugolski staruszek.
– Śpi – skłamała szybko Sentis. Nawet nie zajrzała do jego sypialni przed wyjściem. Brunetka zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od Minervy. Między nimi usiadły pozostałe dziewczyny.
Nauczyciele rozmawiali o bieżących sprawach Hogwartu, a w międzyczasie jedli posiłek. Nathalie przysłuchiwała się wszystkiemu jak zaczarowana, jakby jej jedynym marzeniem było zostać tu na zawsze. Lindsay pochłaniała wszystko, co była w stanie nadziać na widelec, a Victoria wciąż nie mogła się zdecydować na jedną potrawę, bo nie chciała się obżerać przed spaniem. Za to Sentis jadła szybko i byle co. Nie stanowiło to problemu dla jej upodobań kulinarnych, bo w Hogwarcie po prostu nie podawali złego jedzenia. Wszystko smakowało cudownie.
Plan odbudowy Hogwartu w gruncie rzeczy był bardzo prosty. Dotychczasowy personel zamku do końca marca miał zająć się większymi zniszczeniami, czyli murami i brakami w barierze ochronnej. Zajęcie to okazało się być czasochłonne, ponieważ wiele pomieszczeń zostało zburzonych w całości, więc nauczyciele musieli odbudowywać je zgodnie z planami, jakie otrzymali z Ministerstwa. Oczywiście nie trzymali się sztywno tych wytycznych. Zorganizowali kilka ukrytych komnat, schronów, niewielkich sejfów, korytarzy ewakuacyjnych i temu podobnych rzeczy. Chcieli, żeby Hogwart stał się bezpieczniejszy dla nich i dla uczniów. Po zakończeniu tego etapu prac do zamku miała wkroczyć komisja powołana przez Ministra, której zadaniem była ocena, czy zamek nadaje się do użytku. Jeśli tak będzie, w ciągu wakacji skrzaty miały zająć się sprzątaniem i meblowaniem komnat. Według planu do września wszystko powinno być skończone.
– To fajnie, że sobie radzicie. Postaramy się wam pomóc, jeśli zaistnieje taka potrzeba, ale póki co dziękuję za obiad. Wrócę już do siebie.
– Nie tak szybko panno Gaunt – zagrzmiała Minerva, na co Sentis zamarła w połowie podnoszenia się w ławki. – Chyba jest nam panna winna wyjaśnienia.
– Jakie wyjaśnienia? – Sentis udawała głupią
– Może to wydarzyło się dwadzieścia lat temu, ale faktem jest, że zniknęła pani wraz z koleżankami bez słowa i to pod koniec roku szkolnego. Mam wobec tego tylko jedno pytanie: po co?
– Wyjazd służbowy – odpowiedziała sucho.
Zaraz po tym z trzaśnięciem drzwi opuściła salę i udała się do komnat. Miała dość. Znajdowała się w zamku od zaledwie kilku godzin, a już chciała się stąd wynosić. Jak najdalej od Żelaznej Dziewicy.
Stwierdziła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to dadzą sobie radę bez pomocy nadętej pani profesor. Na Londynie świat się nie kończy. Może i tutaj był ich dom, ale nie zamierzały tu zostawać za wszelką cenę. Jak trzeba będzie to wyniosą się na drugi koniec świata. Etiopia, Grenlandia, Mozambik, Syberia... cokolwiek!
Sentis zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przesadza. Że każdy normalny (albo wcale nie) człowiek na miejscu belferki zadawałby pytania. Pewnie nawet całe mnóstwo. Jednak McGonnagall nie należała do normalnych, a Ślizgonka wątpiła nawet w to, czy była ona człowiekiem. W końcu to przez tę starą raszplę zdecydowała się wyjechać. Zadowalający z Transmutacji! Żeby ją szlag jasny trafił! Gdyby nie to, teraz pewnie spałaby smacznie w swojej willi z basenem na obrzeżach jakiegoś mugolskiego kurortu i kąpałaby się w sławie najlepszej łamaczki klątw na kontynencie. I wcale nie przesadzała. Gaunt doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich zdolności i predyspozycji. Ona była wprost stworzona do tej pracy. Jednak Minerva postanowiła zabawić się we władcę cudzych losów. Szkoda tylko, że wybrała sobie do tego akurat ją.
Brunetka wpadła do komnat jak burza, jednak gwałtownie zatrzymała się w połowie pomieszczenia, kiedy zauważyła, że na kanapie siedzi Severus. Brunet jak gdyby nigdy nic popijał herbatę ziołową i przerzucał strony Proroka.
– Obiad nie przypadł ci do gustu?
– Ależ skąd. Widzę za to, że zasmakowała ci herbatka.
– Zaraz po rzyganiu wszystko smakuje jak ambrozja – stwierdził nie odrywając wzroku od gazety. Czytał jedynie nagłówki artykułów, aby zorientować się pokrótce co się dzieje na świecie.
Kobieta naprędce zaparzyła sobie kawy i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
– Slughorn się za tobą stęsknił.
– Bez wzajemności.
– Ciągle o ciebie pytał. Chyba chce sprzedać do Proroka twoje zdjęcie. Już widzę ten nagłówek: „Podwójny szpieg znów wśród żywych”.
– Mam dość zbędnej uwagi i bez tego – mruknął ustawiając pionowo gazetę. Nie był zbyt skory do rozmowy, ale Sentis się nie zniechęciła. W końcu on nigdy nie chciał rozmawiać.
– Nie obawiaj się, dostaniesz jej dużo więcej. Będziesz stał w blasku fleszy i twoi starzy znajomi z pracy o to zadbają, jak tak dalej pójdzie.
Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Spojrzał na brunetkę z ukosa.
– Co masz na myśli?
Sentis wygodniej usadowiła się w fotelu, po czym założyła nogę na nogę i upiła łyk czarnej niczym smoła kawy. Roztarła językiem napój na podniebieniu. Dawno nie piła tak dobrej i tak mocnej kawy. Ciekawe skąd ją sprowadzali?
– Minerva nie była zbyt...
– Minerva? – zakpił z satysfakcją Snape. – Przeszłyście już na ty?
– Chyba kpisz. Bardziej poprawnie politycznie jest mi mówić o niej per Minerva, niż wredna suka, czy szmata, której nie cierpię. Powracając do tematu, twoja była koleżanka z pracy... – Severus nie omieszkał skwitować tego stwierdzenia znudzonym stęknięciem.
– …jakoś nie specjalnie chciała z nami współpracować, więc o twoim życiu po śmierci wie już cały zamek. Jednak nie powinno to potrwać zbyt długo, bo jak oboje dobrze wiemy, Slughorn ma język długi jak Mur Chiński. Za kilka dni pod bramą Hogwartu będzie się roiło od pismaków, a dziękować za to będziemy nieocenionej profesor McGonnagall.
– My? – Uniósł brew. – Myślałem, że będę jedynym pokrzywdzonym.
– Oj Żmijko, na tobie świat się nie kończy. Nie byłeś naszym jedynym... dużym przedsięwzięciem. Przynajmniej ostatnimi czasy nasze kontakty z Ministerstwem nieco się pokomplikowały.
Severus ucieszył się w duchu jak dziecko. Wydawało mu się, że kobieta z wiekiem zatraciła swoje buntownicze zapędy. Mylił się, a nie zdarzało mu się to często.
– Czyżby obrót nielegalnym towarem? – Nie mógł darować sobie krzty ironii.
– Ależ skąd! Po prostu chciałam się dostać do swojego skarbca w banku, ale z jakiegoś powodu w obecnych czasach dziedzic Slytherina nie jest mile widziany w miejscach publicznych.
– Chyba bardziej poruszyło ich twoje pokrewieństwo z Voldemortem.
– Wiem – odpowiedziała oschle.
Dosyć szybko po opuszczeniu Azkabanu zorientowała się o co Ministerstwo zrobiło tyle krzyku. Tom Riddle był jej kuzynem, synem siostry jej ojca. Z jakiegoś powodu wszyscy pomyśleli, że zjawiła się tu, żeby sfinalizować plany tego psychola. Niedoczekanie.
– Rodziny się nie wybiera – zakończyła bez entuzjazmu.
Odstawiła pusty kubek na stolik przy kanapie. Bez słowa udała się do swojej sypialni. Zaraz po tym, jak zamknęła drzwi, usłyszała wchodzące do salonu przyjaciółki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Przynajmniej nie dziś.

Przebrała się w wyciągniętą koszulkę i położyła pod kołdrą, a po chwili spała jak dziecko.

sobota, 2 maja 2015

Rozdział XI

Beta dalej na urlopie.
Dwa rozdziały jednego tygodnia. Wow.
I tak, wiem. Zbezcześciłam Severusa.


Tej nocy Lindsay była zawalona robotą po same uszy. Kierowała pracą Victorii i Nathalie, jednak ta druga nie nadawała się za bardzo do pomocy, bo sama jej potrzebowała. Na czas rytuału jakoś zebrała się w sobie, ale po jego skończeniu kompletnie się rozsypała. Powróciła gorączka, dreszcze, pojawiły się wymioty i skurcze mięśni. Pociła się i gorączkowała tak mocno, że kobiety wsadziły ją do wanny z zimną wodą, a same rozpoczęły czynności pielęgnacyjne na Severusie.
Ułożyły go na łóżku w sypialni. Leżał na poduszkach, kołdrach i kocach, aby jego ciało przyjęło nieco inny układ, niż wtedy, kiedy przez kilka miesięcy leżał w trumnie. Kończyny miał lekko uniesione, aby krew spływała i koncentrowała się w klatce piersiowej. Najważniejsze tej nocy było utrzymanie jego czynności życiowych.
Nie było nawet mowy o tym, żeby zasnął. Stare porzekadło głosiło, że człowiek wyśpi się po śmierci. Severus zazwyczaj, delikatnie mówiąc, nie zgadzał się z mądrościami ludowymi, ale teraz nie miał wyjścia. Był cholernie zmęczony, dalej nie odzyskał kontroli nad swoim ciałem, więc leżał w milczeniu i czekał na cud. O to zaś starały się dwie kobiety, które wlewały, wcierały, rzucały zaklęcia i co tam jeszcze można zrobić, aby zdenerwować Mistrza Eliksirów.
Sam dałbym sobie radę! Bawią się ze mną, jak z dzieckiem. Dam sobie rękę uciąć, że ta blondynka nawet nie wie, czym mnie faszeruję. Pewnie od tego umrę. Znowu! Może mnie uzdrowiły, ale to nie powód, żeby panoszyć się po moim domu i ciele. Kim one w ogóle są?!
Severus podburzał się w myślach przez całą noc. Okropne samopoczucie nie przeszkadzało mu w tym, aby złorzeczyć na kobiety, które pomagały mu bez jego zgody. Niby je kojarzył, ale to dalej obcy dla niego ludzie ingerowali w jego zdrowie i życie. Czuł, że musi zacząć działać. Starał się napinać i rozkurczać mięśnie rąk, co na początku mu się nie udawało, ale nad ranem był w stanie powoli i nieznacznie poruszać palcami u rąk i nóg. Uznał to za marny sukces.
* * *
Sentis obudziła się przez hałas garnków w kuchni i przekleństwa Nathalie, która próbowała zrobić sobie coś do jedzenia.
– Kawy? – zapytała Puchonka, kiedy brunetka stanęła na progu pomieszczenia.
– Całe wiadro poproszę.
Usiadła na krzesełku tuż przy ścianie, a kubek trzymała na kolanach, gdyż stół był delikatnie mówiąc brudny, żeby nie powiedzieć upieprzony. Leżały na nim bandaże, puste fiolki, słoiki, probówki,sztućce, brudna pościel, ścierki, gąbki, miski i dużo, dużo innych dziwnych rzeczy.
Ślizgonka czuła się jak na ogromnym kacu. Wszystko ją bolało, słyszała nawet oddech Nathalie, choć ta była spokojna i popijała poranną kawę stojąc na drugim końcu kuchni. Sentis zaś nie mogła nic przełknąć, bo żołądek odmówił jej chwilowo posłuszeństwa, więc jedynie wąchała swój napój. Pomagało, aczkolwiek niewiele.
– Cudownie was widzieć takie wypoczęte i szczęśliwe! – zawołała z zachwytem wchodząca do pomieszczenia Gryfonka. Miała nieco rozbiegane oczy, bo musiała się wspomagać Eliksirem Bezsenności, ale umysł wciąż miała trzeźwy. – Severus ma się całkiem dobrze. Oddycha, rozumie, co się do niego mówi. Jego skóra jeszcze nie zregenerowała się całkowicie, więc jest kompletnie niewrażliwy na dotyk, mięśnie też nie działają jak należy, więc skończyło się to dosyć... śmierdząco.
– Chcesz powiedzieć, że na stole leży osrane prześcieradło?!
Wszystkie podniosły się z miejsc, a po chwili wraz z kawą przeniosły się do salonu, gdzie na kanapie wylegiwała się Victoria.
– Wszystko ze stołu, łącznie z nim samym, jest do wyrzucenia, a Victorii nie chciało się iść do kosza na śmieci. Zredukowałam zapach zaklęciem i to tyle. Nie wiem, o co tyle krzyku.
– A mówią, że Gryfonki są takie porządne... – skwitowała to krótko Nathalie.
– Do rzeczy! Pomimo małego wypadku, o którym sam zainteresowany póki co nie wie, Severus ma się dobrze i myślę, że jutro będziemy mogły zająć się przywracaniem sprawności płuc, a później, w zależności od wyników, wątroby, żołądka, jelit i całej reszty. Jeżeli dalej będzie sobie tak dobrze radził, to do świąt powinien stanąć na nogi.
– Próbowałaś rozmawiać z nim poprzez legilimencję? – zapytała Nathalie, pochłaniając resztę jajecznicy, którą naprędce sobie upichciła. Kobieta wyglądała już całkiem dobrze, jej małe załamanie zdradzały jedynie sine wory pod oczami i kilka siniaków na ramionach, których nabawiła się podczas siedzenia w wannie, kiedy to trzęsła się tak bardzo, że obijała się o ścianki.
– Myślę, że nie ja powinnam to zrobić.
Sentis poczuła na sobie ich wzrok.
– Nie ma mowy.
– No chyba żartujesz! Nie po to czyściłam go z gówna, żebyś się teraz na niego obrażała z powodu jakiegoś durnego pytania! Nawet nie masz pewności, czy on wymyślił ten śmieszny system zabezpieczeń. Weź się w garść do cholery! – krzyknęła na nią Victoria, która przy każdym słowie uderzała ręką w stolik do kawy.
– Nie twój zasrany interes!
– Właśnie, że mój! Włożyłam w to mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, o mało nie zdechłam w Azkabanie, dałam się macać jakiemuś oblechowi tylko po to, żeby zdobyć kilka składników, a ty się na niego obrażasz, bo odpowiedzią na pytanie jakiegoś durnego kamienia była Evans, a nie ty! Dwadzieścia lat srałaś z żalu za nim, a teraz ci się odwidziało?!
– Wzór moralny i przykład wszelkich cnót się odezwał! Od kiedy to nie mogę mieć choćby chwili zwątpienia, co?
– Od zawsze? – zapytała ironicznie. – Sama udowadniałaś nam, że zwątpienie, kompleksy, smutki, żale i tym podobne należy niwelować, bo...
– Bo przeszkadzają w pracy! A jakbyś nie zauważyła, nasza praca nareszcie dobiegła końca i teraz będę się martwić, smucić i płakać ile mi się podoba!
– Czyli nie pójdziesz do niego? – Victoria miała ochotę ją ogłuszyć i zaciągnąć za nogi do sypialni Severusa. W jakimś stopniu ją rozumiała, ale z drugiej strony Sentis przekreśliła dwadzieścia lat tęsknoty przez litery wyryte na kamieniu.
– Myślę, że i tak powinnyśmy zaczekać z wdzieraniem się w jego myśli. Może od tego postradać zmysły albo dostać zawału. Jutro rano czeka go kuracja oczyszczająca, a po południu regenerująca, więc dopiero wieczorem będziemy mogły zacząć działać w tym zakresie. I jeśli ty tego nie zrobisz – wskazała palcem na Ślizgonkę – to cię wyręczę, ale nie licz na to, że będę za ciebie rozwiązywać sprawy sercowe.
Lindsay wyszła z salonu. Zaczęła sprzątać kuchnię, a zaczęła od nieszczęsnego stołu. Na pomoc ruszyła jej Nathalie. Pozostałe dwie kobiety też nie zamierzały siedzieć bezczynnie, toteż wzięły się za porządkowanie salonu i łazienki. Wolały pracować, niż ze sobą rozmawiać.
* * *
Severus był na granicy wytrzymałości. Wszystko go bolało, chciało mu się pić, swędziała go stopa, a tamte wiedźmy zamiast mu pomóc, kłóciły się o jakieś kamyki. Wydzierały się na siebie tak głośno, że pewnie sąsiedzi już zadzwonili na policję. Niech je szlag!
Próbował ustalić, jak długo był martwy. W normalnej sytuacji pewnie sprawdziłby datę w „Proroku” lub w ostateczności zapytał kogoś (byle nie którąś z nich!), ale nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Czuł się podle. Nawet nie wiedział, jak ta cała wojna się skończyła. Potter pokonał Voldemorta czy Czarny Pan włada teraz światem czarodziei? Co z Hogwartem? Czy Potter odczytał jego wspomnienia, które mu przekazał? To ostatnie było głupie. Mógł mu tylko pokazać część z Dumbledorem, a nie rozwodzić się nad jego matką. To było dawno temu i powinien o tym zapomnieć. Poczucie winy związane z jej śmiercią nie było dla niego żadnym problemem, bo na nie zasłużył, ale ten sentyment powinien odrzucić już lata temu. Pałanie emocjami względem nieżyjącej od lat kobiety to chory wymysł, który tylko przeszkadzał mu w pracy. Gdyby nie ta... słabość, troska o gówniarza nie wchodziłaby w grę, a co za tym idzie, rozpracowałby Voldemorta już wieki temu.
A może wojna wcale się nie skończyła? Może ten popapraniec kazał go ożywić i teraz będzie go torturował za zdradę?
Jego przemyślenia przerwała blondynka. Sprawdziła, czy w wszystko z nim w porządku, napoiła go, poprawiła poduszki i wyszła. Była zestresowana i z jakiegoś powodu nie odezwała się nawet słowem. Wcześniej chociaż mruczała coś pod nosem.
Tej nocy zasnął na kilka godzin. Nie był to przyjemny odpoczynek, bo obudził się z ogromnym bólem w klatce piersiowej. Okazało się wtedy, że jego struny głosowe zaczęły zdrowieć, bo z gardła wydobył się rozdzierający wrzask.
* * *
– Coś ty mu zrobiła?! – krzyczała na blondynkę Nathalie, która próbowała jakoś pomóc Severusowi, ale nie wiedziała nawet co mu jest.
– Przecież ci mówię, że nic! Pewnie to płuca samoistnie zaczęły działać i teraz nasza magia tłumi jego odruchy bezwarunkowe.
– A jak się usuwa nasze zaklęcia wspomagające?
– Skąd mam to wiedzieć?! Ja jestem od opieki i podawania leków, a zaklęcie rzucała Victoria.
– To zawołaj ją!
– Wyszła na zakupy ponad godzinę temu.
– Żeby ją... To wołaj Sentis!
– Sama ją sobie wołaj!
Severus cierpiał coraz bardziej. Krzyczał i rzucał się na łóżku, nie mógł złapać oddechu i trwało to dłuższą chwilę, póki brunetka nie poszła po pomoc.
Sentis początkowo bardzo się opierała. Nie była jeszcze gotowa, aby stanąć twarzą w twarz z przytomnym Snape'em, a przynajmniej tak jej się wydawało. Najpierw zrugała Nathalie, że ta nie przestudiowała dokładniej zaklęć wchodzących w skład rytuału. Reprymenda pewnie trwała by dłużej, gdyby nie to, że Severus był bliski powrotu na tamten świat.
Kiedy obie wpadły do sypialni, Lindsay właśnie próbowała przytrzymać mężczyznę na łóżku. Trząsł się i rzucał tak mocno, że mógł sobie coś przez to połamać. Puchonka pomogła koleżance, a w tym czasie Sentis zaczęła rzucać zaklęcie.
Inkantacja nie była zbyt długa, jednak wymagała dużo skupienia. Po zaledwie minucie było już po wszystkim.
Severus opadł na łóżko z wyraźną ulgą. Oddychał bardzo głęboko i rozglądał się po pokoju. W końcu mógł się poruszać, więc postanowił przyjrzeć się uważniej kobietom, choć on wolał myśleć o nich jako o oprawcach.
Blondynkę widywał najczęściej, bo to ona podawała mu leki i sprawdzała co kilka godzin czy żyje. Ta o ciemniejszej karnacji wydawała mu się być bardzo zdystansowana wobec niego, jakby nie chciała przebywać z nim w tym samym pokoju. Najbliżej niego stała brunetka.
– Znam cię – wycharczał bardzo niewyraźnie. Uniósł się na łokciach, żeby lepiej ją widzieć.
Brązowe włosy, zielone oczy, jasna cera z kilkoma bliznami po cięciach i przyjętych na twarz klątwach, wystające kości policzkowe, niezbyt duże usta, smukłe, wysokie ciało. Wiele kobiet dałoby się opisać w ten sposób, ale tylko jedna z taką zaciętością pocierała mały palec u lewej dłoni i drapała kłykcie.
– Sentis... Sentis Gaunt – powiedział już bardziej pewnie i wyraźnie. Oddech mu się uspokoił, a ból całkowicie ustał. – Co się z tobą wtedy stało? Zniknęłaś bez słowa i nikt nie chciał mi nic powiedzieć.
– Bo nikt nic nie wiedział – odpowiedziała. Dłonie trzęsły się jej niczym przy ataku padaczki, a próby ukrycia tego faktu spełzły na niczym.
Przysiadła na boku łóżka.
Severus nie przestawał się jej przyglądać, a ona wciąż bała spojrzeć mu w oczy. Nie chciała czuć rozczarowania swoimi zawyżonymi oczekiwaniami i nie chodziło tu o wygląd, a o uczucia. Snape może i był zimnokrwistym draniem, ale jeśli dobrze się go znało, to z jego twarzy dało się czytać jak z otwartej księgi. Nie chciała zobaczyć „przyjaźni”. Po prostu na razie wolała nie patrzeć.
– Dosyć dobrze to zaplanowałam, więc nawet dyrektor nie wiedział co się ze mną stało. Znalazłam coś ciekawszego do roboty, niż siedzenie w Hogwarcie i czekanie na egzaminy, więc postanowiłam skorzystać, ale to długa historia.
– Dlaczego nie dałaś znaku życia? – zapytał, jakby część o nagłym zniknięciu w ogóle go nie interesowała.
Sentis próbowała szukać pomocy w odpowiedzi na to pytanie u koleżanek, ale one ulotniły się z pokoju już jakiś czas temu.
– Poczta nie wchodziła w grę, a poza tym to było dosyć ryzykowne i mógłbyś być w niebezpieczeństwie.
– Jeszcze większym niż wtedy?
Mężczyzna może i był martwy przez kilka miesięcy, ale nie stracił nawet odrobiny pewności siebie, nie mówiąc już o ciętym języku.
– Możesz mi nie uwierzyć, ale jeszcze miesiąc temu nie wiedziałam, że dzieją się tu takie rzeczy.
– A jak... jak to się... skończyło? – Próbował udawać obojętny ton.
– Lepiej będzie, jak Lucjusz ci o tym opowie.
Wstała z łóżka i bez słowa podała mu fiolkę z fioletowym płynem, po czym wyszła z pokoju.
Rozpoznał mnie.

Stała tuż za drzwiami i zasłaniała usta rękawem. Nie chciała, żeby ktokolwiek słyszał jej szloch, którego nie mogła opanować przez dłuższą chwilę. Później jak gdyby nigdy nic poszła do kuchni udając, że nic się nie stało. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział X

Beta dalej na urlopie, więc uprasza się o nie bicie autorki. 



 – Victoria, do ciężkiej cholery, po co ty się malujesz?! Idziemy ożywiać trupa, a nie szukać sponsora! – krzyczała stojąca w korytarzu Nathalie. – Pospiesz się!
Krukonka zgarnęła z salonu swój podręczny kufer i niemal biegiem udała się do swojej zirytowanej przyjaciółki. W pośpiechu wiązała porządne, militarne buty, które nijak nie pasowały jej do zwiewnej, długiej sukienki. W tym czasie Lindsay stała przy komodzie z listą w ręku i sprawdzała, czy zapakowała do swojej torby wszystkie potrzebne rzeczy. Mruczała cicho pod nosem i wyglądała, jakby była w transie.
– Chyba mamy za mało esencji z krwi węża morskiego – wycharczała Sentis stojąca na progu kuchni. Wyglądała jak obłąkana. Rozczochrane włosy i wymięta szata upodobniały ją do Bellatrix, skąd można wydedukować, że nie prezentowała się najlepiej.
– A tej to by się przydał makijaż. – Gryfonka podniosła wzrok znad listy, ale po chwili powróciła po swojego zajęcia.
– Jaki makijaż? Nie będę paradować po ulicy.
– Tylko po cmentarzu – dokończyła Victoria.
– Tam nie ma żadnego cmentarza – sprostowała Nathalie. – To dość... oryginalne miejsce, nawet jak na Severusa.
– Nie rozumiem, czemu nie dał się pochować w jakimś normalnym, łatwo dostępnym miejscu, tylko na jakimś wygwizdowie. Aż takim samotnikiem to chyba nie był – narzekała Victoria.
– Przecież już wam tłumaczyłam – zniecierpliwiła się Puchonka. – Nie chciał bohaterskiego pogrzebu, a domyślał się, że chcieliby mu tak urządzić. Szczególnie Potter. Pragnął, żeby chociaż po śmierci wszyscy dali mu święty spokój, więc o miejscu jego pochówku nie wie nikt. Na pogrzebie była tylko Minerva i grabarz, a po uroczystości Granger obojgu wyczyściła pamięć.
– Kto to Granger? – spytała Victoria, jednak nie doczekała się odpowiedzi, a jedynie gromiących ją spojrzeń.
– Długo tego spokoju nie zaznał – stwierdziła Sentis narzucając płaszcz.
Kobiety wyszły z mieszkania. Każda z nich niosła torbę lub kuferek, w których znajdowały się niezbędne składniki i eliksiry potrzebne do wykonania Eliksiru Wskrzeszenia. Wydawało im się, że są przygotowane na każdą ewentualność.
Dopiero zmierzchało, więc światła w niektórych domach jeszcze nie pogasły. Sentis zdawała się tym nie przejmować. Jej przyjaciółki zerkały nerwowo w stronę jednej konkretnej kamienicy, jakby z jej drzwi miała wyskoczyć co najmniej akromantula.
– Myślę, że niepotrzebnie idziemy przez całą ulicę. Równie dobrze mogłybyśmy deportować się z zaułka między kamienicami. – Victoria wciąż obracała się nerwowo. Wyobraziła sobie Panią Mops z różowym szlafroczku, która biegnie za nimi z tłuczkiem do ziemniaków i grozi mocnym laniem.
– Dziwnie by to wyglądało, gdybyśmy tam weszły i nie wychodziły przez całą noc, a później jak gdyby nigdy nic znalazły się w mieszkaniu. Mugole wbrew pozorom nie są aż tacy głupi – wyjaśniła spokojnie Lindsay. Była aż nadto opanowana, przynajmniej jak na nią w takich sytuacjach.
– Pani Mops nie będzie nas już więcej niepokoić, więc możecie czuć się bezpiecznie – zapewniła Sentis.
– Skąd ta pewność?
– Po prostu mam takie przeczucie.
Dziewczynom to wystarczyło.
Kiedy już znalazły się poza terenami zamieszkałymi przez mugoli, czyli w obecnie pustym, małym parku, Nathalie wyciągnęła z torby rolkę wymiętego pergaminu. Była to odręcznie narysowana, prowizoryczna mapa. Przedstawiała nienazwaną, małą dolinę znajdującą się, według opisu mapy, w południowych lasach Szkocji. Kobiety przyłożyły różdżki do papieru, a po chwili, za sprawą rozszerzonej magii deportacyjnej połączonej z ideą nielubianych przez nie świstoklików, przeniosły się w widoczne na szkicu miejsce.
Mała polanka leżąca w bardzo głębokiej dolinie, odgrodzona od wiatru i wzroku niepożądanych osób wyglądała bardzo sielsko, ale przy tym też groźnie i imponująco. Na jej środku znajdował się stos kamieni o wielkości ludzkiej czaszki. Była pełnia, więc nie potrzebowały oświetlać sobie drogi za pomocą różdżek. Kobiety zatrzymały się kilka metrów od centrum, odłożyły bagaże i zdjęły płaszcze. Nathalie zakasała rękawy, po czym dotknęła mapę końcem swojej różdżki. Na pergaminie zaczęły pojawiać się nowe linie.
– Z tego co udało mi się złożyć z zrekonstruowanych elementów pamięci grabarza dowiedziałam się, że grób jest pod tą kupką kamieni. W promieniu dwóch metrów od niej działa bariera antywłamaniowa, a w promieniu metra któreś z Zaklęć Niewybaczalnych, nie jestem w stanie określić, które dokładnie. Gdzieś jest tu obejście tych zabezpieczeń, ale facet zemdlał i nie byłam w stanie dalej gmerać mu w pamięci. Jak tu jest gorąco – mruknęła na końcu Puchonka. – Jakieś pomysły?
– Zróbmy podkop! – zakrzyknęła Victoria.
– Mózg sobie podkop. Proponuję pokręcić się trochę po terenie. Mamy jeszcze trochę czasu, więc może coś znajdziemy.
– A jak nic nie znajdziemy?
– To będziemy łamać bariery i rzucać klątwy, ale to w ostateczności.
Zaczęły się przechadzać. Miały jeszcze kilka godzin do północy, a półprodukty do eliksiru były już gotowe, więc postanowiły spróbować. Nathalie co chwilę sprawdzała sobie tętno, trzęsła się i pociła, toteż zajęła się doprowadzaniem swojego ciała do stanu używalności, a dziewczynom zostawiła bawienie się w detektywa. Victoria stąpała drobnymi kroczkami i uważnie przyglądała się wszelkim nierównościom, pojedynczym kamyczkom i wszelkim tego typu drobiazgom. W rzeczywistości jednak bardziej zajęta była powtarzaniem sobie w głowie inkantacji, niż doszukiwaniem się poszlak. Sentis natomiast wciąż zadręczała się pytaniami, na które nie była w stanie sobie odpowiedzieć. Nikt żywy nie był w stanie. Przynajmniej nikt obecnie żywy.
Lindsay jako jedyna skupiła się na zadaniu. Weszła nieco wyżej na wzniesienie, żeby zobaczyć całą dolinę z góry. Wiatr wiał tam zdecydowanie mocniej, aż trudno było jej zachować równowagę. Uważnie przyjrzała się wszystkim elementom, po czym zbiegła na dół do przyjaciółek.
– Tu jest wzór! – krzyczała wciąż jeszcze biegnąc na dół.
– Jaki wzór? – Nathalie oddychała już spokojniej. Trzymała w dłoniach rozłożoną mapę i porównywała ją z tym, co obecnie widziała.
– Te porozrzucane wokół kamienie tworzą konkretny kształt. Najprawdopodobniej trzeba przejść to nich w odpowiedniej kolejności i bariery opadną.
– Ale jaki to kształt? I gdzie się zaczyna? – zapytała już bardziej rzeczowo Puchonka.
Lindsay podeszła to jednego z kamieni.
– Najprawdopodobniej tu. Później trzeba pójść to tego nieco wyżej, a dalej już wężykiem w dół. Przypomina to koślawą literę „S”.
– Sama jesteś koślawa – mruknęła pod nosem Sentis, po czym podeszła do wskazanego przez przyjaciółkę kamienia. – I co teraz?
– Może dotknij go różdżką, czy coś. Nie wiem, nie znam się na zabezpieczeniach. Spróbuj czegokolwiek.
Ślizgonka podążyła za sugestiami, a kiedy dotknęła kamienia, pojawił się na nim napis „NARODZINY”.
– Coś czuję, że bardziej będzie to przypominać konkurs wiedzy niż łamanie bariery magicznej – stwierdziła Nathalie. – Chyba musisz powiedzieć, gdzie i kiedy urodził się Sever.
– Łatwizna – prychnęła Sentis. – Dziewiąty stycznia tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt, Londyn.
Skała zaczęła pulsować jasnozielonym światłem. Kobieta podeszła do kolejnego kamienia. „RODZICE”.
– Eileen Prince i  Tobiasz Snape. Ile jeszcze jest tych skałek?
– Jeszcze siedem. Nie marudź, tylko odpowiadaj! – zakrzyknęła Nathalie, po której już nie było widać ani odrobiny złego samopoczucia. Rozwiązywanie zagadek dobrze na nią działało.
Kolejne pytania również były banalne. „DOM” - Slytherin, „HOBBY” – eliksiry, „RÓŻDŻKA”- buk, włos jednorożca, 13,5 cala.
„KLUB”
– Jaki klub? – spytała Victoria. – W Hogwarcie było jakieś miejsce schadzek?
– Chciałabyś. To było koło wzajemnej adoracji, ale tylko dla kujonów – wytłumaczyła Sentis. – Nic dziwnego, że o nim nie wiesz. Klub Ślimaka.
Następna skała pojaśniała. „KSIĄŻKA” - Tajemnice Najczarniejszej Magii, „ZAKLĘCIE” - Sectumsempra i ostatnie „MIŁOŚĆ”.
– Ups... – wyrwało się Lindsay.
Dziewczyny zmarszczyły brwi. Wiedziały, że odpowiedź na to pytanie może być bardzo satysfakcjonująca dla ich przyjaciółki lub niemal miażdżąca. Sentis albo Lily. Prawda albo fałsz. Slytherin albo Gryfindor.
– To chyba jakiś żart – syknęła bliska płaczu Ślizgonka.
– Jestem prawie pewna, że to on układał te pytania. Musisz pomyśleć, tak jak on w tamtym momencie.
– Zajebiście mi pomogłaś!
Milczały i patrzyły na nią w napięciu, a ona myślała.
Udawał przede mną, czy przed nią? Czy kłamał tym wszystkim ludziom, w tym dyrektorowi i Potterowi? Co ja mam do cholery zrobić?! Stoję dwa kroki od stosu tych pieprzonych kamieni i jeśli udzielę złej odpowiedzi, to najprawdopodobniej pieprznie mnie Adava.
– Nie chcę nic mówić, ale stoi...
– To się zamknij – przerwała Krukonce Sentis. – Żeby cię szlag jasny trafił Sever! Zawsze robisz mi pod górkę! Zawsze! Po ożywieniu masz ode mnie w pysk! Nienawidzę cię! Lily Evans!
Kamień pojaśniał.
– O kurwa... - wyrwało się Lindsay, jednak już bardziej dosadnie.
Ze stosu powoli znikały kamienie, a kiedy zdematerializował się ostatni, dziewczynom ukazała się jedynie duża i głęboka dziura w ziemi. Po chwili wystrzelił z niej słup białego światła, żeby zaraz zgasnąć. Był jednak na tyle silny, że oślepił dziewczyny na kilka sekund. Kiedy już odzyskały wzrok, w miejscu otworu stała wysoka na ponad dwa metry, czarna, rzeźbiona w różne wzory kolumna. Jego trumna.
– Ja nie chcę się wymądrzać, ale ożywianie faceta, który cię nie kocha to chyba nie najlepszy pomysł – wyszeptała szybko Victoria, jakby bała się, że zaraz oberwie.
– A ja myślę, że to nie twoja sprawa i zamknij gębę – ucięła szybko Ślizgonka. Serce biło jej tak mocno i tak szybko, że słyszały to nawet stojące obok przyjaciółki.
Była wściekła, zrozpaczona i pełna lęku jednocześnie. Pomimo tego, że nie darzył jej miłością, to chciała go skutecznie ożywić, a w stanie tak wielkiego wzburzenia stawało się to coraz mniej prawdopodobne. Mogła go zabić jeszcze bardziej niż jest martwy teraz. Po źle przeprowadzonym ożywianiu nie ma już żadnych szans. Nie ma magii czarniejszej i skuteczniejszej od tej, którą zaraz miały zacząć praktykować.
– Podajcie mi jakiś słaby eliksir uspokajający i zaczynajmy.
Sentis opróżniła niewielką fiolkę z szarawym płynem, a po kilku chwilach jej serce uspokoiło się, lecz nie poczuła otępienia, jak to miało miejsce po spożyciu standardowego eliksiru tego typu. Zaczęła myśleć bardziej racjonalnie i aspekty moralne oraz emocjonalne na ten moment przestały mieć dla niej znaczenie.
Podeszła do sarkofagu, a kiedy go dotknęła, ten zmienił swoje położenie z wertykalnego na horyzontalny i otworzył się.
Severus wyglądał niemal tak, jak go sobie wyobrażała. Blada, niemal zielona skóra, haczykowaty nos, gęste rzęsy i brwi, wąskie usta, mnóstwo zmarszczek na czole, za to ani jednej w okolicy ust. Został pochowany w szacie mistrzowskiej, czyli w czarnym garniturze, zapinanym na guziki kaftanie w kolorze zależnym od dziedziny, w której osiągnął mistrzostwo, czyli w tym wypadku ciemnofioletowej, oraz długiej szacie wierzchniej z szerokimi rękawami. Leżał ze splecionymi na klatce piersiowej dłońmi, a które włożono jego różdżkę. Przy jego nogach leżały wszystkie opublikowane przez niego książki, jakiś medal i koperta wypchana listami, zapewne uczniowie chcieli w ten sposób oddać mu cześć.
– Rozstawcie sprzęt, niech któraś rozpali ogień pod największym kociołkiem. Miejcie wszystko pod ręką, a ty Victorio przeczytaj jeszcze raz inkantacje. Ja zacznę warzyć miksturę, ale skończy ją Nathalie. Lindsay przytrzyma barierę nad całą doliną i zajmie się Severusem po całej akcji. Wszystko jasne? To do roboty.
Przygotowania zajęły ponad godzinę, ale im wydawało się, jakby minęło pięć minut. Spieszyły się, ale uważały, żeby niczego nie przeoczyć, o niczym nie zapomnieć. Chciały mieć wszystko doskonale zorganizowane i chyba im się udało. Długie godziny, a właściwie dni przygotowań nie poszły na marne.
Kiedy nadeszła północ, przystąpiły do działania.
Lindsay stanęła przy dolnej części trumny, Sentis i Nathalie przy jednym boku, a Victora naprzeciwko, gdyż w ten sposób nie przeszkadzały sobie wzajemnie przy pracy.
Na ustalony znak siwowłosa zaczęła wypowiadać słowa inkantacji. Robiła to powoli i bardzo wyraźnie, zataczając różdżką finezyjne okręgi nad twarzą Severusa. Sentis w odpowiednich momentach dorzucała do kociołka coraz to nowe składniki, w drugim kotle podgrzewała smolistą ciecz, tuż obok Puchonka mieszała kilka innych eliksirów w jedną całość. Wszystko było dużo bardziej skomplikowane, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Pozorny spokój skrywał skupienie i nerwowe ruchy, które mimo wszystko, musiały być płynne i precyzyjne.
Twarz Severusa zaczynała nabierać czerwono-sinego koloru. Rytuał dobiegał końca.
Sentis wrzuciła do czerwonej cieczy garść włosów testrala, a kociołek zajął się ogniem. W tym samym momencie Victoria skończyła wypowiadanie inkantacji. Wszystko zostało idealnie zgrane w czasie. Ślizgonka wyjęła różdżkę. Ciesz wypłynęła z kociołka i kilkoma strumieniami popłynęła w stronę Severusa, po czym wdarła się do jego ciała przez nos, uszy i klatkę piersiową, gdzie miała pozostać mu blizna. Zwłoki poczerwieniały. Splecione ręce opadły wzdłuż ciała, a różdżka upadła na trawę. Severus zaczął się trząść, a Victoria rozpoczęła rzucanie zaklęcia. Połączyła ze sobą aurę Snape'a i Gaunt, przez co jej moc mogła przeniknąć do ciała mężczyzny. Był to najniebezpieczniejszy element całego rytuału.
Czuła, jak jej ciało słabnie. Nikt nie mógł oszacować, jak dużo mocy będzie potrzebne, aby pobudzić mózg i serce Severusa do ponownego życia. Możliwe, że wyciągnie z niej wszystko, co do kropli. Była coraz bardziej senna. Nathalie stała zaraz za nią, żeby w razie potrzeby uchronić ją przed upadkiem.
Ciałem Severusa poruszył mocny wstrząs rozpoczynający się od klatki piersiowej. Po chwili kolejny. Drgawki stawały się coraz mocniejsze.
Otworzył oczy.
Drgawki ustały.
Przepływ energii ustał, a Lindsay schowała różdżkę, po czym podeszła do trumny.
Sprawdziła mu tętno, obejrzała źrenice, dłonie. Rozpięła koszulę, na co zareagował niezgrabnymi ruchami rąk i cichym chrypieniem. Wszystko było w stanie jak najbardziej poprawnym.
Jego twarz odzyskała powoli swoją naturalną bladość. Nie był w stanie wydusić z siebie nawet jednej sylaby, ciało było mu posłuszne tylko w niewielkim stopniu. Czuł pieczenie w gardle, dudnienie w głowie i tępy ból w okolicach klatki piersiowej. Nie wiedział, co się przed chwilą stało. Pamiętał jedynie tego przeklętego węża i Pottera. Później tylko ciemność. Po głowie błądziło mu echo wypowiadanych niczym mantra słów w nieznanym mu języku.
Nachylały się nad nim trzy kobiety, które skądś kojarzył, ale nie był w stanie sobie przypomnieć, jak się nazywają. Wielu rzeczy nie mógł sobie teraz przypomnieć.
Blondynka podała mu jakąś miksturę do wypicia, której nie był w stanie sam przełknąć, więc musiała pomóc mu magią. Wszystkie trzy nacierały to różnymi specyfikami, a on chciał tylko wstać. Próbował podnieść się, jednak bardziej przypominało to wicie się dżdżownicy, niż ruchy zdrowego człowieka.
Czyżbym trafił do piekła?
– Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Witamy wśród żywych, Sever – powiedziała blondynka.

Sentis stała kilka kroków dalej, poza zasięgiem jego wzroku. Była osłabiona, ale nie tak, jak się tego spodziewała. Nie potrafiła teraz do niego podejść. Wszystko wirowało jej przed oczami. Usłyszała tylko słowa Lindsay, a chwilę później zemdlała. 
Mrs Black bajkowe-szablony