Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cztery domy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cztery domy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział XIII

Beta wróciła!


Wylądowali przed gruzami bramy Hogwartu. Czekał tam na nich komitet powitalny: Minerva, Filch z kotką i Slughorn. Sentis myślała, że ją krew zaleje, a Severus zastanawiał się nad szybkim odwrotem. Nawet nie próbowali ukryć swojego niezadowolenia.
Na brodę Merlina! Więc to jednak prawda! – Slughorn o mało nie padł na zawał z zachwytu na widok Snape'a. Chciał do niego podejść i uściskać, niczym wujek dawno nie widzianego siostrzeńca, ale zdenerwowanie wymalowane na twarzy Mistrza Eliksirów skutecznie go od tego odwiodło.
Nie powinniśmy tu tyle stać. Jedźmy już do zamku – zarządziła
Minerva. Wydawała się być niezainteresowana zaistniałą sytuacją, jakby oglądanie żywych trupów atrakcyjnością dorównywało piciu porannej kawy. Reszta ruszyła za nią w milczeniu w stronę wozów zaprzęgniętych w testrale. Bagażami zajęły się skrzaty.
Kiedy jechali, Sentis mogła dokładnie przyjrzeć się zamkowi. Był zniszczony, choć daleko mu było do ruiny. Większość zburzonych elementów została już uprzątnięta, nie zauważyła żadnych stert gruzu czy kamieni, choć ubytki w murach zaskoczyły ją swoimi rozmiarami. Dziwiła się, że zamek nie runął totalnie, z pewnością dzięki zasłudze magii.
Severus był za to mocno zawiedziony. Liczył, że całą tę szkołę trafił jasny szlag i pozostanie tylko zrównać ją z ziemią. Zbyt wiele złych rzeczy się w niej stało. Nie myślał jedynie o sobie. Przypomniał sobie Komnatę Tajemnic razem z pieprzonym bazyliszkiem, bijącą wierzbę, te cholerne chaszcze w szklarni, które Albus kazał hodować, choć wiedział, że mogą pozabijać przynajmniej połowę dzieciaków… I Voldemorta. Wszystko miało swój początek w Hogwarcie, a Snape doczekał się w tym miejscu nawet swojego końca. Ten zamek nie kojarzył mu się z niczym dobrym. Nawet nie wszedł do środka, a już chciał wracać do swojego mieszkania w Londynie.
Swoją drogą nie był do końca pewny, co tak właściwie wywinęły te cztery wariatki, że musiał razem z nimi opuścić swoje lokum. Czyżby kogoś zabiły?
Postanowił, że poszuka w wydaniach Proroka z tego roku. Nie miał nawet zamiaru pytać którejś z nich. Aż tak nisko nie upadł.
Nathalie czekała na nich w korytarzu przy Wielkiej Sali. Wyglądała na nieco zniecierpliwioną i podenerwowaną.
Wybrałam dla nas komnaty niedaleko lochów. Tam są najmniej zniszczone, poza tym blisko z nich do pracowni eliksirów i wyjścia ewakuacyjnego.
Sentis przyjęła to do wiadomości, co zakomunikowała jedynie kiwnięciem głowy.
Rozgośćcie się, moi drodzy. Za godzinę spotkamy się na obiedzie i wspólnie wszystko przedyskutujemy. Póki co odpocznijcie chwilę – powiedziała Minerva uśmiechając się do Nathalie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poprowadziła resztę do kwater.
Zeszli schodami piętro niżej, gdzie teoretycznie znajdowała się kanciapa woźnego, lecz za ukrytymi drzwiami chowały się dobrze przystosowane do ich obecnych potrzeb pokoje.
Duży salon pełnił funkcję korytarza, z niego wchodziło się do każdej z osobnych sypialni, łazienki oraz małej kuchni. Był schludnie urządzony, bez żadnych ozdobników z wyjątkiem zbyt przaśnego żyrandola z kryształków. Reszta została utrzymana w brązowoszarej kolorystyce. Sofa, kilka foteli, regały, półżywa paprotka, stolik, dywan i to wszystko. Tyle dobrego. Kuchnia, a raczej niewielki aneks, składał się z blatu, kilku kubków, szafki z zastawą i czajnika. Posiłki w tym budynku jadało się wyłącznie w Wielkiej Sali, więc nie było potrzeby, aby każde lokum wyposażać w osobną kuchnię.
Severus nie pamiętał, by wcześniej było tu coś takiego. Znał zamek niemal jak własną kieszeń, ale pomieszczeń w tym konkretnym miejscu nie kojarzył. Może przy okazji odbudowy zrobili małą przebudowę? A może ktoś bardzo chciał, żeby Severus nigdy się nie dowiedział o tych komnatach?
Mimo wszystko kwatera przypadła im do gustu. Oczywiście na tyle, na ile ludziom może podobać się miejsce, w którym woleliby nie być.
Myślę, że największą sypialnię powinniśmy zostawić Severusowi – powiedziała Nathalie wskazując dłonią na drzwi naprzeciwko wejścia. – Reszta pokoi jest niemal tej samej wielkości, więc nie ma znaczenia, który wybierzecie dla siebie. Skrzaty przyniosą bagaże po obiedzie. Nie ma sensu rozpakowywać ich dzisiaj, więc możecie zająć się tym jutro.
Dziękuję ci za zgodę, moja droga! Cóż ja bym bez ciebie zrobiła! – zakrzyknęła Sentis z udawanym entuzjazmem. Ilość jadu, jaką zawarła w swojej wypowiedzi mogłaby wybić średniej wielkości mugolskie miasto.
Nie bądź zgryźliwa. Przecież to wszystko dla naszego dobra.
No oczywiście, że tak. Slughorn przy bramie również potrzebny był naszemu dobru. I wspólny obiadek. Nawet woźny musiał nas zobaczyć! Jak nic jutro pojawimy się na pierwszej stronie Proroka! Nie widzę tu pismaków, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nasz profesorek przepuścił okazję do zarobienia kilku knutów.
To akurat nie moja wina. Minerva uparła się, że cały personel w zamku ma wiedzieć, co się dzieje. Ale jest tu tylko kadra nauczycielska i skrzaty.
No to całe szczęście! – jadowicie stwierdziła Ślizgonka. – Już myślałam, że Minerva zrobi z nas atrakcję dla pierwszorocznych.
Jesteś okropna – mruknęła z dezaprobatą Nathalie.
A co z uczniami? – wtrącił się Snape. Bardzo zdziwiła go cisza, jaka panowała w zamku. Spodziewał się raczej bandy szlachetnych Gryfonów odbudowujących mury i garstki Ślizgonów, która za karę za błędy rodziców szorowała podłogi.
Na ten rok Hogwart został zamknięty. Uczniowie albo czekają na wznowienie roku szkolnego, albo uczą się w jakiejś innej szkole w Europie.
Mężczyzna tylko mruknął pod nosem. Udał się do swojej sypialni i jakoś nie zamierzał nikogo informować, że do Wielkiej Sali uda się raczej po swoim trupie. Wspólne ucztowanie za nic w świecie nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie dzisiaj. Ciągle czuł posmak rzygowin w ustach, co chwila drętwiały mu dłonie i obawiał się, że zemdleje. A wolałby tego nie robić przy swoich byłych kolegach z pracy. Wszystko, tylko nie ich troska. Wydawało mu się, że nie prosi o zbyt wiele.
Sentis kątem oka zarejestrowała, jak Severus wychodzi z salonu. Miała nadzieję, że mężczyzna pójdzie spać i przynajmniej jego ominie wątpliwej przyjemności obiadek w gronie starych znajomych. Strasznie nie chciała tam iść.
W ogóle dlaczego jedli obiad niemal w nocy? Z tego co pamiętała, taki posiłek każdy przeciętny człowiek nazywał kolacją. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
Mam nadzieję, że podadzą kurczaka w miodzie. Jesienią prawie zawsze na stole był kurczak w miodzie. I do tego jeszcze surówka z marchwi – rozmarzyła się Lindsay.
Albo ogromny filet z łososia w grubej panierce – dorzuciła od siebie Victoria.
Ja to bym wolała porządny kawał mięcha – stwierdziła Sentis. – Najlepiej jakiś wielki stek. Koniecznie w ciemnym sosie.
A mi to się marzy ciasto dyniowe – powiedziała Nathalie, na co wszystkie westchnęły z aprobatą.
Może mają też Kremowe Piwo.
No pewnie! Najlepiej Ognistą podać do obiadu.
Nie ma dzieci, więc kto wie. Może teraz codziennie ucztują.
Już widzę tego dziada od zaklęć, jak ucztuje i pije wino z pucharka większego od niego samego.
Śmiały się i wspominały stare czasy. Dobry nastrój sprawił, że czas w samotności upłynął dużo szybciej niż by tego chciały. Skrzat owinięty w poszewkę od poduszki przyszedł im zakomunikować, że obiad już czeka. Kobiety niechętnie udały się do Wielkiej Sali.
No nareszcie się zjawiłyście! A gdzie Severus? – powitał je radośnie Slughorn. Niestety nie były równie uradowane co on. Facet strasznie się postarzał, osiwiał, a w dodatku dorobił się niewielkiego garba. Gdyby nie nauczycielska szata wyglądałby jak przeciętny mugolski staruszek.
Śpi – skłamała szybko Sentis. Nawet nie zajrzała do jego sypialni przed wyjściem. Brunetka zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od Minervy. Między nimi usiadły pozostałe dziewczyny.
Nauczyciele rozmawiali o bieżących sprawach Hogwartu, a w międzyczasie jedli posiłek. Nathalie przysłuchiwała się wszystkiemu jak zaczarowana, jakby jej jedynym marzeniem było zostać tu na zawsze. Lindsay pochłaniała wszystko, co była w stanie nadziać na widelec, a Victoria wciąż nie mogła się zdecydować na jedną potrawę, bo nie chciała się obżerać przed spaniem. Za to Sentis jadła szybko i byle co. Nie stanowiło to problemu dla jej upodobań kulinarnych, bo w Hogwarcie po prostu nie podawali złego jedzenia. Wszystko smakowało cudownie.
Plan odbudowy Hogwartu w gruncie rzeczy był bardzo prosty. Dotychczasowy personel zamku do końca marca miał zająć się większymi zniszczeniami, czyli murami i brakami w barierze ochronnej. Zajęcie to okazało się być czasochłonne, ponieważ wiele pomieszczeń zostało zburzonych w całości, więc nauczyciele musieli odbudowywać je zgodnie z planami, jakie otrzymali z Ministerstwa. Oczywiście nie trzymali się sztywno tych wytycznych. Zorganizowali kilka ukrytych komnat, schronów, niewielkich sejfów, korytarzy ewakuacyjnych i temu podobnych rzeczy. Chcieli, żeby Hogwart stał się bezpieczniejszy dla nich i dla uczniów. Po zakończeniu tego etapu prac do zamku miała wkroczyć komisja powołana przez Ministra, której zadaniem była ocena, czy zamek nadaje się do użytku. Jeśli tak będzie, w ciągu wakacji skrzaty miały zająć się sprzątaniem i meblowaniem komnat. Według planu do września wszystko powinno być skończone.
To fajnie, że sobie radzicie. Postaramy się wam pomóc, jeśli zaistnieje taka potrzeba, ale póki co dziękuję za obiad. Wrócę już do siebie.
Nie tak szybko panno Gaunt – zagrzmiała Minerva, na co Sentis zamarła w połowie podnoszenia się w ławki. – Chyba jest nam panna winna wyjaśnienia.
Jakie wyjaśnienia? – Sentis udawała głupią
Może to wydarzyło się dwadzieścia lat temu, ale faktem jest, że zniknęła pani wraz z koleżankami bez słowa i to pod koniec roku szkolnego. Mam wobec tego tylko jedno pytanie: po co?
Wyjazd służbowy – odpowiedziała sucho.
Zaraz po tym z trzaśnięciem drzwi opuściła salę i udała się do komnat. Miała dość. Znajdowała się w zamku od zaledwie kilku godzin, a już chciała się stąd wynosić. Jak najdalej od Żelaznej Dziewicy.
Stwierdziła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to dadzą sobie radę bez pomocy nadętej pani profesor. Na Londynie świat się nie kończy. Może i tutaj był ich dom, ale nie zamierzały tu zostawać za wszelką cenę. Jak trzeba będzie to wyniosą się na drugi koniec świata. Etiopia, Grenlandia, Mozambik, Syberia... cokolwiek!
Sentis zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przesadza. Że każdy normalny (albo wcale nie) człowiek na miejscu belferki zadawałby pytania. Pewnie nawet całe mnóstwo. Jednak McGonnagall nie należała do normalnych, a Ślizgonka wątpiła nawet w to, czy była ona człowiekiem. W końcu to przez tę starą raszplę zdecydowała się wyjechać. Zadowalający z Transmutacji! Żeby ją szlag jasny trafił! Gdyby nie to, teraz pewnie spałaby smacznie w swojej willi z basenem na obrzeżach jakiegoś mugolskiego kurortu i kąpałaby się w sławie najlepszej łamaczki klątw na kontynencie. I wcale nie przesadzała. Gaunt doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich zdolności i predyspozycji. Ona była wprost stworzona do tej pracy. Jednak Minerva postanowiła zabawić się we władcę cudzych losów. Szkoda tylko, że wybrała sobie do tego akurat ją.
Brunetka wpadła do komnat jak burza, jednak gwałtownie zatrzymała się w połowie pomieszczenia, kiedy zauważyła, że na kanapie siedzi Severus. Brunet jak gdyby nigdy nic popijał herbatę ziołową i przerzucał strony Proroka.
Obiad nie przypadł ci do gustu?
Ależ skąd. Widzę za to, że zasmakowała ci herbatka.
Zaraz po rzyganiu wszystko smakuje jak ambrozja – stwierdził nie odrywając wzroku od gazety. Czytał jedynie nagłówki artykułów, aby zorientować się pokrótce co się dzieje na świecie.
Kobieta naprędce zaparzyła sobie kawy i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
Slughorn się za tobą stęsknił.
Bez wzajemności.
Ciągle o ciebie pytał. Chyba chce sprzedać do Proroka twoje zdjęcie. Już widzę ten nagłówek: „Podwójny szpieg znów wśród żywych”.
Mam dość zbędnej uwagi i bez tego – mruknął ustawiając pionowo gazetę. Nie był zbyt skory do rozmowy, ale Sentis się nie zniechęciła. W końcu on nigdy nie chciał rozmawiać.
Nie obawiaj się, dostaniesz jej dużo więcej. Będziesz stał w blasku fleszy i twoi starzy znajomi z pracy o to zadbają, jak tak dalej pójdzie.
Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Spojrzał na brunetkę z ukosa.
Co masz na myśli?
Sentis wygodniej usadowiła się w fotelu, po czym założyła nogę na nogę i upiła łyk czarnej niczym smoła kawy. Roztarła językiem napój na podniebieniu. Dawno nie piła tak dobrej i tak mocnej kawy. Ciekawe skąd ją sprowadzali?
Minerva nie była zbyt...
Minerva? – zakpił z satysfakcją Snape. – Przeszłyście już na ty?
Chyba kpisz. Bardziej poprawnie politycznie jest mi mówić o niej per Minerva, niż wredna suka, czy szmata, której nie cierpię. Powracając do tematu, twoja była koleżanka z pracy... – Severus nie omieszkał skwitować tego stwierdzenia znudzonym stęknięciem.
– …jakoś nie specjalnie chciała z nami współpracować, więc o twoim życiu po śmierci wie już cały zamek. Jednak nie powinno to potrwać zbyt długo, bo jak oboje dobrze wiemy, Slughorn ma język długi jak Mur Chiński. Za kilka dni pod bramą Hogwartu będzie się roiło od pismaków, a dziękować za to będziemy nieocenionej profesor McGonnagall.
My? – Uniósł brew. – Myślałem, że będę jedynym pokrzywdzonym.
Oj Żmijko, na tobie świat się nie kończy. Nie byłeś naszym jedynym... dużym przedsięwzięciem. Przynajmniej ostatnimi czasy nasze kontakty z Ministerstwem nieco się pokomplikowały.
Severus ucieszył się w duchu jak dziecko. Wydawało mu się, że kobieta z wiekiem zatraciła swoje buntownicze zapędy. Mylił się, a nie zdarzało mu się to często.
Czyżby obrót nielegalnym towarem? – Nie mógł darować sobie krzty ironii.
Ależ skąd! Po prostu chciałam się dostać do swojego skarbca w banku, ale z jakiegoś powodu w obecnych czasach dziedzic Slytherina nie jest mile widziany w miejscach publicznych.
Chyba bardziej poruszyło ich twoje pokrewieństwo z Voldemortem.
Wiem – odpowiedziała oschle.
Dosyć szybko po opuszczeniu Azkabanu zorientowała się o co Ministerstwo zrobiło tyle krzyku. Tom Riddle był jej kuzynem, synem siostry jej ojca. Z jakiegoś powodu wszyscy pomyśleli, że zjawiła się tu, żeby sfinalizować plany tego psychola. Niedoczekanie.
Rodziny się nie wybiera – zakończyła bez entuzjazmu.
Odstawiła pusty kubek na stolik przy kanapie. Bez słowa udała się do swojej sypialni. Zaraz po tym, jak zamknęła drzwi, usłyszała wchodzące do salonu przyjaciółki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Przynajmniej nie dziś.

Przebrała się w wyciągniętą koszulkę i położyła pod kołdrą, a po chwili spała jak dziecko.

sobota, 2 maja 2015

Rozdział XI

Beta dalej na urlopie.
Dwa rozdziały jednego tygodnia. Wow.
I tak, wiem. Zbezcześciłam Severusa.


Tej nocy Lindsay była zawalona robotą po same uszy. Kierowała pracą Victorii i Nathalie, jednak ta druga nie nadawała się za bardzo do pomocy, bo sama jej potrzebowała. Na czas rytuału jakoś zebrała się w sobie, ale po jego skończeniu kompletnie się rozsypała. Powróciła gorączka, dreszcze, pojawiły się wymioty i skurcze mięśni. Pociła się i gorączkowała tak mocno, że kobiety wsadziły ją do wanny z zimną wodą, a same rozpoczęły czynności pielęgnacyjne na Severusie.
Ułożyły go na łóżku w sypialni. Leżał na poduszkach, kołdrach i kocach, aby jego ciało przyjęło nieco inny układ, niż wtedy, kiedy przez kilka miesięcy leżał w trumnie. Kończyny miał lekko uniesione, aby krew spływała i koncentrowała się w klatce piersiowej. Najważniejsze tej nocy było utrzymanie jego czynności życiowych.
Nie było nawet mowy o tym, żeby zasnął. Stare porzekadło głosiło, że człowiek wyśpi się po śmierci. Severus zazwyczaj, delikatnie mówiąc, nie zgadzał się z mądrościami ludowymi, ale teraz nie miał wyjścia. Był cholernie zmęczony, dalej nie odzyskał kontroli nad swoim ciałem, więc leżał w milczeniu i czekał na cud. O to zaś starały się dwie kobiety, które wlewały, wcierały, rzucały zaklęcia i co tam jeszcze można zrobić, aby zdenerwować Mistrza Eliksirów.
Sam dałbym sobie radę! Bawią się ze mną, jak z dzieckiem. Dam sobie rękę uciąć, że ta blondynka nawet nie wie, czym mnie faszeruję. Pewnie od tego umrę. Znowu! Może mnie uzdrowiły, ale to nie powód, żeby panoszyć się po moim domu i ciele. Kim one w ogóle są?!
Severus podburzał się w myślach przez całą noc. Okropne samopoczucie nie przeszkadzało mu w tym, aby złorzeczyć na kobiety, które pomagały mu bez jego zgody. Niby je kojarzył, ale to dalej obcy dla niego ludzie ingerowali w jego zdrowie i życie. Czuł, że musi zacząć działać. Starał się napinać i rozkurczać mięśnie rąk, co na początku mu się nie udawało, ale nad ranem był w stanie powoli i nieznacznie poruszać palcami u rąk i nóg. Uznał to za marny sukces.
* * *
Sentis obudziła się przez hałas garnków w kuchni i przekleństwa Nathalie, która próbowała zrobić sobie coś do jedzenia.
Kawy? – zapytała Puchonka, kiedy brunetka stanęła na progu pomieszczenia.
Całe wiadro poproszę.
Usiadła na krzesełku tuż przy ścianie, a kubek trzymała na kolanach, gdyż stół był delikatnie mówiąc brudny, żeby nie powiedzieć upieprzony. Leżały na nim bandaże, puste fiolki, słoiki, probówki,sztućce, brudna pościel, ścierki, gąbki, miski i dużo, dużo innych dziwnych rzeczy.
Ślizgonka czuła się jak na ogromnym kacu. Wszystko ją bolało, słyszała nawet oddech Nathalie, choć ta była spokojna i popijała poranną kawę stojąc na drugim końcu kuchni. Sentis zaś nie mogła nic przełknąć, bo żołądek odmówił jej chwilowo posłuszeństwa, więc jedynie wąchała swój napój. Pomagało, aczkolwiek niewiele.
Cudownie was widzieć takie wypoczęte i szczęśliwe! – zawołała z zachwytem wchodząca do pomieszczenia Gryfonka. Miała nieco rozbiegane oczy, bo musiała się wspomagać Eliksirem Bezsenności, ale umysł wciąż miała trzeźwy. – Severus ma się całkiem dobrze. Oddycha, rozumie, co się do niego mówi. Jego skóra jeszcze nie zregenerowała się całkowicie, więc jest kompletnie niewrażliwy na dotyk, mięśnie też nie działają jak należy, więc skończyło się to dosyć... śmierdząco.
Chcesz powiedzieć, że na stole leży osrane prześcieradło?!
Wszystkie podniosły się z miejsc, a po chwili wraz z kawą przeniosły się do salonu, gdzie na kanapie wylegiwała się Victoria.
Wszystko ze stołu, łącznie z nim samym, jest do wyrzucenia, a Victorii nie chciało się iść do kosza na śmieci. Zredukowałam zapach zaklęciem i to tyle. Nie wiem, o co tyle krzyku.
A mówią, że Gryfonki są takie porządne... – skwitowała to krótko Nathalie.
Do rzeczy! Pomimo małego wypadku, o którym sam zainteresowany póki co nie wie, Severus ma się dobrze i myślę, że jutro będziemy mogły zająć się przywracaniem sprawności płuc, a później, w zależności od wyników, wątroby, żołądka, jelit i całej reszty. Jeżeli dalej będzie sobie tak dobrze radził, to do świąt powinien stanąć na nogi.
Próbowałaś rozmawiać z nim poprzez legilimencję? – zapytała Nathalie, pochłaniając resztę jajecznicy, którą naprędce sobie upichciła. Kobieta wyglądała już całkiem dobrze, jej małe załamanie zdradzały jedynie sine wory pod oczami i kilka siniaków na ramionach, których nabawiła się podczas siedzenia w wannie, kiedy to trzęsła się tak bardzo, że obijała się o ścianki.
Myślę, że nie ja powinnam to zrobić.
Sentis poczuła na sobie ich wzrok.
Nie ma mowy.
No chyba żartujesz! Nie po to czyściłam go z gówna, żebyś się teraz na niego obrażała z powodu jakiegoś durnego pytania! Nawet nie masz pewności, czy on wymyślił ten śmieszny system zabezpieczeń. Weź się w garść do cholery! – krzyknęła na nią Victoria, która przy każdym słowie uderzała ręką w stolik do kawy.
Nie twój zasrany interes!
Właśnie, że mój! Włożyłam w to mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, o mało nie zdechłam w Azkabanie, dałam się macać jakiemuś oblechowi tylko po to, żeby zdobyć kilka składników, a ty się na niego obrażasz, bo odpowiedzią na pytanie jakiegoś durnego kamienia była Evans, a nie ty! Dwadzieścia lat srałaś z żalu za nim, a teraz ci się odwidziało?!
Wzór moralny i przykład wszelkich cnót się odezwał! Od kiedy to nie mogę mieć choćby chwili zwątpienia, co?
Od zawsze? – zapytała ironicznie. – Sama udowadniałaś nam, że zwątpienie, kompleksy, smutki, żale i tym podobne należy niwelować, bo...
Bo przeszkadzają w pracy! A jakbyś nie zauważyła, nasza praca nareszcie dobiegła końca i teraz będę się martwić, smucić i płakać ile mi się podoba!
Czyli nie pójdziesz do niego? – Victoria miała ochotę ją ogłuszyć i zaciągnąć za nogi do sypialni Severusa. W jakimś stopniu ją rozumiała, ale z drugiej strony Sentis przekreśliła dwadzieścia lat tęsknoty przez litery wyryte na kamieniu.
Myślę, że i tak powinnyśmy zaczekać z wdzieraniem się w jego myśli. Może od tego postradać zmysły albo dostać zawału. Jutro rano czeka go kuracja oczyszczająca, a po południu regenerująca, więc dopiero wieczorem będziemy mogły zacząć działać w tym zakresie. I jeśli ty tego nie zrobisz – wskazała palcem na Ślizgonkę – to cię wyręczę, ale nie licz na to, że będę za ciebie rozwiązywać sprawy sercowe.
Lindsay wyszła z salonu. Zaczęła sprzątać kuchnię, a zaczęła od nieszczęsnego stołu. Na pomoc ruszyła jej Nathalie. Pozostałe dwie kobiety też nie zamierzały siedzieć bezczynnie, toteż wzięły się za porządkowanie salonu i łazienki. Wolały pracować, niż ze sobą rozmawiać.
* * *
Severus był na granicy wytrzymałości. Wszystko go bolało, chciało mu się pić, swędziała go stopa, a tamte wiedźmy zamiast mu pomóc, kłóciły się o jakieś kamyki. Wydzierały się na siebie tak głośno, że pewnie sąsiedzi już zadzwonili na policję. Niech je szlag!
Próbował ustalić, jak długo był martwy. W normalnej sytuacji pewnie sprawdziłby datę w „Proroku” lub w ostateczności zapytał kogoś (byle nie którąś z nich!), ale nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Czuł się podle. Nawet nie wiedział, jak ta cała wojna się skończyła. Potter pokonał Voldemorta czy Czarny Pan włada teraz światem czarodziei? Co z Hogwartem? Czy Potter odczytał jego wspomnienia, które mu przekazał? To ostatnie było głupie. Mógł mu tylko pokazać część z Dumbledorem, a nie rozwodzić się nad jego matką. To było dawno temu i powinien o tym zapomnieć. Poczucie winy związane z jej śmiercią nie było dla niego żadnym problemem, bo na nie zasłużył, ale ten sentyment powinien odrzucić już lata temu. Pałanie emocjami względem nieżyjącej od lat kobiety to chory wymysł, który tylko przeszkadzał mu w pracy. Gdyby nie ta... słabość, troska o gówniarza nie wchodziłaby w grę, a co za tym idzie, rozpracowałby Voldemorta już wieki temu.
A może wojna wcale się nie skończyła? Może ten popapraniec kazał go ożywić i teraz będzie go torturował za zdradę?
Jego przemyślenia przerwała blondynka. Sprawdziła, czy w wszystko z nim w porządku, napoiła go, poprawiła poduszki i wyszła. Była zestresowana i z jakiegoś powodu nie odezwała się nawet słowem. Wcześniej chociaż mruczała coś pod nosem.
Tej nocy zasnął na kilka godzin. Nie był to przyjemny odpoczynek, bo obudził się z ogromnym bólem w klatce piersiowej. Okazało się wtedy, że jego struny głosowe zaczęły zdrowieć, bo z gardła wydobył się rozdzierający wrzask.
* * *
Coś ty mu zrobiła?! – krzyczała na blondynkę Nathalie, która próbowała jakoś pomóc Severusowi, ale nie wiedziała nawet co mu jest.
Przecież ci mówię, że nic! Pewnie to płuca samoistnie zaczęły działać i teraz nasza magia tłumi jego odruchy bezwarunkowe.
A jak się usuwa nasze zaklęcia wspomagające?
Skąd mam to wiedzieć?! Ja jestem od opieki i podawania leków, a zaklęcie rzucała Victoria.
To zawołaj ją!
Wyszła na zakupy ponad godzinę temu.
Żeby ją... To wołaj Sentis!
Sama ją sobie wołaj!
Severus cierpiał coraz bardziej. Krzyczał i rzucał się na łóżku, nie mógł złapać oddechu i trwało to dłuższą chwilę, póki brunetka nie poszła po pomoc.
Sentis początkowo bardzo się opierała. Nie była jeszcze gotowa, aby stanąć twarzą w twarz z przytomnym Snape'em, a przynajmniej tak jej się wydawało. Najpierw zrugała Nathalie, że ta nie przestudiowała dokładniej zaklęć wchodzących w skład rytuału. Reprymenda pewnie trwała by dłużej, gdyby nie to, że Severus był bliski powrotu na tamten świat.
Kiedy obie wpadły do sypialni, Lindsay właśnie próbowała przytrzymać mężczyznę na łóżku. Trząsł się i rzucał tak mocno, że mógł sobie coś przez to połamać. Puchonka pomogła koleżance, a w tym czasie Sentis zaczęła rzucać zaklęcie.
Inkantacja nie była zbyt długa, jednak wymagała dużo skupienia. Po zaledwie minucie było już po wszystkim.
Severus opadł na łóżko z wyraźną ulgą. Oddychał bardzo głęboko i rozglądał się po pokoju. W końcu mógł się poruszać, więc postanowił przyjrzeć się uważniej kobietom, choć on wolał myśleć o nich jako o oprawcach.
Blondynkę widywał najczęściej, bo to ona podawała mu leki i sprawdzała co kilka godzin czy żyje. Ta o ciemniejszej karnacji wydawała mu się być bardzo zdystansowana wobec niego, jakby nie chciała przebywać z nim w tym samym pokoju. Najbliżej niego stała brunetka.
Znam cię – wycharczał bardzo niewyraźnie. Uniósł się na łokciach, żeby lepiej ją widzieć.
Brązowe włosy, zielone oczy, jasna cera z kilkoma bliznami po cięciach i przyjętych na twarz klątwach, wystające kości policzkowe, niezbyt duże usta, smukłe, wysokie ciało. Wiele kobiet dałoby się opisać w ten sposób, ale tylko jedna z taką zaciętością pocierała mały palec u lewej dłoni i drapała kłykcie.
Sentis... Sentis Gaunt – powiedział już bardziej pewnie i wyraźnie. Oddech mu się uspokoił, a ból całkowicie ustał. – Co się z tobą wtedy stało? Zniknęłaś bez słowa i nikt nie chciał mi nic powiedzieć.
Bo nikt nic nie wiedział – odpowiedziała. Dłonie trzęsły się jej niczym przy ataku padaczki, a próby ukrycia tego faktu spełzły na niczym.
Przysiadła na boku łóżka.
Severus nie przestawał się jej przyglądać, a ona wciąż bała spojrzeć mu w oczy. Nie chciała czuć rozczarowania swoimi zawyżonymi oczekiwaniami i nie chodziło tu o wygląd, a o uczucia. Snape może i był zimnokrwistym draniem, ale jeśli dobrze się go znało, to z jego twarzy dało się czytać jak z otwartej księgi. Nie chciała zobaczyć „przyjaźni”. Po prostu na razie wolała nie patrzeć.
Dosyć dobrze to zaplanowałam, więc nawet dyrektor nie wiedział co się ze mną stało. Znalazłam coś ciekawszego do roboty, niż siedzenie w Hogwarcie i czekanie na egzaminy, więc postanowiłam skorzystać, ale to długa historia.
Dlaczego nie dałaś znaku życia? – zapytał, jakby część o nagłym zniknięciu w ogóle go nie interesowała.
Sentis próbowała szukać pomocy w odpowiedzi na to pytanie u koleżanek, ale one ulotniły się z pokoju już jakiś czas temu.
Poczta nie wchodziła w grę, a poza tym to było dosyć ryzykowne i mógłbyś być w niebezpieczeństwie.
Jeszcze większym niż wtedy?
Mężczyzna może i był martwy przez kilka miesięcy, ale nie stracił nawet odrobiny pewności siebie, nie mówiąc już o ciętym języku.
Możesz mi nie uwierzyć, ale jeszcze miesiąc temu nie wiedziałam, że dzieją się tu takie rzeczy.
A jak... jak to się... skończyło? – Próbował udawać obojętny ton.
Lepiej będzie, jak Lucjusz ci o tym opowie.
Wstała z łóżka i bez słowa podała mu fiolkę z fioletowym płynem, po czym wyszła z pokoju.
Rozpoznał mnie.

Stała tuż za drzwiami i zasłaniała usta rękawem. Nie chciała, żeby ktokolwiek słyszał jej szloch, którego nie mogła opanować przez dłuższą chwilę. Później jak gdyby nigdy nic poszła do kuchni udając, że nic się nie stało. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Rozdział IX

Od razu uprzedzam, że rozdział nie był jeszcze betowany. 


Kolejne tygodnie były dla czterech kobiet niezwykle pracowite i to z kilku względów. Po pierwsze, musiały odnowić kontakty z miejscowymi dostawcami, oczywiście tylko z tymi, którzy przeżyli i nie trafili do Azkabanu. Okazało się to dużo trudniejsze, niż początkowo przypuszczały. Siatka przemytników uległa drastycznemu zawężeniu, czym Ministerstwo szczyciło się na łamach „Proroka Codziennego”. Po drugie, zaczęły warzyć niezbędne eliksiry, choć produkować, byłoby trafniejszym określeniem. Sentis naliczyła ponad dwadzieścia pięć różnych eliksirów regenerujących, do tego kilkanaście leczniczych, paręnaście uspokajających, sporo przeciwbólowych, reanimacyjnych, antybakteryjnych i innych, których nawet nie dało się przypisać do konkretnego rodzaju, a były niezbędne do rytuału przed jak i samego ożywiania. Drugie tyle mikstur wymagała pielęgnacja Severusa po wyciągnięciu go z grobu. Po trzecie i ostatnie, musiały schronić się przed wzrokiem Ministra i aurorów. Doskonale wiedziały, że są obserwowane. Starały się być grzeczne, choć swoje właściwe intencje musiały dokładnie ukrywać, a nie było to łatwe.
Sentis, jako jedyna cały ten czas spędzała w domu. Zajmowała się przygotowywaniem mieszkania do przyjęcia Severusa, przyrządzaniem eliksirów i przyjmowaniem skrzyń ze składnikami, czyli roślinami, częściami zwierząt, wydzielinami, prochami, pyłami i różnymi innymi rzeczami. Kuchnie przemeblowała na laboratorium, a biblioteczkę na schowek na eliksiry i składniki. Starała się, aby tylko w tych dwóch pomieszczeniach znajdowały się magiczne przedmioty. Do salonu wprowadzała ciekawskich sąsiadów, a takich było sporo, żeby pokazać im, jak postępuje „remont” mieszkania. Wmawiała im, że jest żoną Severusa, a on wyjechał w delegację.
Pierwszą zwiedzającą była oczywiście Pani Mops. Obejrzała każdą najmniejszą pierdołę, jaka znajdowała się w salonie, a nawet wprosiła się do sypialni, gdzie nie znalazła, jak oczekiwała, trupa Severusa, a jedynie stertę prania na łóżku. Napsioczyła trochę na umiejętności Sentis do prowadzenia domu, pokazała palcem kilka zakurzonych półek i nawet „remont” nie był dla niej wystarczającym wytłumaczeniem dla bałaganu w domu.
To jest dom, młoda damo! Dom, a nie burdel, więc powinno tu być czysto. Mam nadzieję, że kiedy wróci twój mąż, to dobitnie ci to wytłumaczy. Pan Snape jest bardzo porządnym człowiekiem, więc nie wydaje mi się, żeby zadowolił go taki bałagan. Wstydź się!
Później „na kawkę” wpadł jakiś mężczyzna po czterdziestce i również chciał się wprosić do sypialni, ale w nieco innym celu.
Kobieta osobiście zaprosiła do mieszkania rodziców wraz ze smarkaczem, który chciał rzucić w nią kamieniem w dniu, kiedy się tu wprowadzała. Ogromny niczym niedźwiedź ojciec i małomówna, lekko otępiała mama zasiedli w salonie zaledwie na kilkanaście minut. Musieli szybciej opuścić sąsiedzką herbatkę, bo ich dziecku wydarzył się mały wypadek. Sentis z takim uporem świdrowała wzrokiem tego małego gnoja, że aż biedaczek narobił w majtki. Krzyki matki na temat „nowych spodni” i „wstydu na całą ulicę” bawiły ją jeszcze bardziej, niż samo zajście.
Pani Mops cały czas wszystko monitorowała. Nie omieszkała co jakiś czas „kontrolnie” wpraszać się na ciastka. Była namolna do tego stopnia, że Sentis zaczęła jej dosypywać do herbaty proszku na rozwolnienie. Mimo to babunia przekraczała próg mieszkania Severusa przynajmniej raz w tygodniu, a gospodyni nie była tym faktem zbyt uradowana.
Produkcja eliksirów szła całkiem sprawnie. Dostawy były dobrze zorganizowane, bo miejsce przejęcia towaru znajdowało się w piwnicy mieszkania Severusa. Sentis wchodziła do niej przez klapę w korytarzu, więc nikt nie miał prawa zauważyć niczego dziwnego. Jedynie przy kupnie smoczych składników wolała się widzieć z przemytnikami na neutralnym gruncie. Ci przedstawiciele branży mieli to do siebie, że lubili dzielić się informacjami o swoich klientach z kolegami włamywaczami. Sentis wolała nie kusić losu i spotykała się z nimi przy moście na ulicy Śmiertelnego Nokturnu.
Dziś właśnie tam się wybierała. Ubrała czarną suknię, zasznurowała trzewiki i zarzucając na plecy ciężki płaszcz wyszła z domu. W pośpiechu rozczesała palcami splątane włosy. Szybkim krokiem weszła w zaułek między dwiema kamienicami, skąd aportowała się na miejsce spotkania.
Nokturn był z natury miejscem obrzydliwym i nawet Ministerstwo nie było w stanie tego zmienić. Zamknęli w Azkabanie większość tutejszych szumowin, ale klimat nie polepszył się nawet odrobinę. Było tu po prostu okropnie. Brzydko, brudno, mokro i zimno nawet w środku lata.
Kobieta schowała się pod mostem i miała zamiar przeliczyć pieniądze. Sięgnęła do kieszeni wewnątrz płaszcza.
Co za...
Idiotka ze mnie” – dokończyła w myślach.
Zapomniała sakiewki! Miała do zabrania tylko tę jedną rzecz i jej nie wzięła. Nie znalazła słów, żeby opisać jak bezsilna poczuła się teraz wobec swojego roztrzepania. Aportowała się z powrotem na ulicę Spinner's End.
Z trzaskiem wylądowała na popękanych płytach chodnika.
Wiedziałam, że nie jesteś normalna.
Pani Mops stała kilka metrów przed nią. Miała na sobie papucie, szlafrok i wałki na włosach. Uśmiechała się do niej obrzydliwie.
Już mi nie uciekniesz – zaskrzeczała poszarpując lekko smyczą, na której trzymała swojego tłustego mopsa. – Dzwonię na policję.
Sentis na początku była dość mocno zszokowana, a nawet przestraszona. Przez swoją nieuwagę dała się zdemaskować jakiejś starej mugolce. Coraz bardziej wstydziła się dziś przed samą sobą.
Babcia już powoli truchtała w stronę swojego mieszkania, aby zadzwonić na policję.
Brunetka na szczęście szybko się otrząsnęła.
Petrificus Totalus – powiedziała wyciągając różdżkę z rękawa i wycelowała nią w staruszkę. Babacia osunęła się na ziemie.
Sentis przesunęła kobietę pod ścianę kamienicy, a sama pobiegła do domu po sakiewkę. Nie bardzo wiedziała, co ma z nią teraz zrobić. Z jednej strony jakiekolwiek postraszenie jej czy lekkie uszkodzenie nie wchodziło w grę, bo Ministerstwo było czujne, a z drugiej strony ona była tak cholernie denerwująca. Przeszkadzała w przygotowywaniu eliksirów, a czas naglił. Musiała być skupiona i dobrze zorganizowana, co było niemożliwe, kiedy staruszka tak często ją nachodziła. Powinna być również w każdej chwili gotowa na przybycie przyjaciółek.
Babcia wciąż leżała nieruchomo pod ścianą, a tłusty mops skakał obok niej i głośno ujadał. Sentis uciszyła go permanentnie szybką Avadą. Wraz z ciałem aportowała się ponownie na ulicę Nokturnu, tym razem w okolice sklepu Borgina i Burkesa.
Wchodząc do środka poczuła, że nie wszystko na tym świecie musi się zmieniać. Wnętrze było obskurne, ciemne i bardzo zakurzone. Rzędy regałów, komód, stolików i gablot pokrytych pajęczynami wskazywały na to, że sklep nie ma się najlepiej. Za ladą krzątał się stary, garbaty mężczyzna.
Witaj Borgin.
Kogo moje piękne oczy widzą! Panna Gaunt! Jak miło mi cię widzieć! No niech no cię...
Won z łapami – ukróciła szybko ckliwe powitanie. – Mam dla ciebie zajęcie. Zaopiekuj się proszę tą panią na czas mojej nieobecności, będę ci bardzo wdzięczna.
Garbaty tylko na nią zerknął i od razu uśmiechnął się złowrogo.
Jak sobie życzysz.
Sentis odczarowała mugolkę, po czym wyszła ze sklepu, nie zaszczycając jej nawet przelotnym spojrzeniem. Idąc chodnikiem słyszała jej błagania i ciche jęki.
Droga do mostu zajęła jej zaledwie kilka minut. Na miejscu był już przemytnik.
Nie toleruję spóźnień – powiedział mężczyzna. Był wysokim, barczystym brunetem o niskim głosie i bladozielonych, niemal żółtych oczach. Odziany w wilcze skóry nie pozostawiał żadnych złudzeń do tego, kim, a raczej czym, konkretnie jest.
Ale galeony tolerujesz aż za dobrze, prawda?
Pokazała mu sakwę wypełnioną monetami, a on podał jej skrzyneczkę wielkości zaciśniętej pięści. Dokładnie obejrzała ukryte w środku łuski.
Wsadź je sobie w dupę – mruknęła odrzucając mu towar.
O co ci do cholery chodzi? Miały być łuski rogogona, więc je przyniosłem! Zbieraj je i dawaj pieniądze! – zagrzmiał z niezadowoleniem .
Nie żartuj sobie ze mnie, gumochłonie. To nawet koło smoka nie leżało! Przynosisz mi jakieś jaszczurze podróbki i myślisz, że dam się nabrać. Jeżeli jeszcze raz zmarnujesz mój czas, to załatwię ci randkę z dementorem i to do ręki.
Kobieta obróciła się gwałtownie i zaczęła oddalać się od mostu.
Dobra, żartowałem! Mam to, co zamawiałaś – mruknął wyraźnie poirytowany wilkołak. Był widocznie niezadowolony z faktu, że nie udał mu się przekręt.
Sentis obejrzała zawartość kolejnej skrzyneczki i tym razem nie miała już żadnych zastrzeżeń.
150 galeonów.
Chyba cię jednorożec kopnął. Dostaniesz 90.
Nie rób z siebie idiotki. Dobrze wiesz ile takie rzeczy kosztują. Poproszę moje pieniądze – niemal wymruczał mężczyzna, jakby chciał z nią flirtować. Standartowa zagrywka przemytników. Nigdy nie działała, ale wciąż ją stosowali, co było dla Sentis prawdziwą zagadką.
Byłeś dla mnie niemiły, próbowałeś wcisnąć parszywy towar, a w dodatku śmierdzi ci z gęby. 110 galeonów i ani knuta więcej.
Mężczyzna kiwnął aprobująco głową, a brunetka rzuciła mu sakiewkę. Zakupiony towar schowała do kieszeni płaszcza. Odwrócili się w przeciwne strony, po czym szybko opuścili miejsce spotkania.
Kobieta wróciła do sklepu.
Borgin! – zawołała, gdyż mężczyzny nie było przy kasie. Nikt się nie odzywał. – Borgin, do cholery jasnej! Wyłaź!
Cisza.
Zaczęła przechadzać się po sklepie. Krążąc między półkami zauważyła kilka ciekawych ksiąg, które postanowiła kupić w najbliższym czasie, znalazła również sporo ładnych czaszek różnych zwierząt i od razu zapragnęła je kupić. Miałby one pełnić funkcję jedynie dekoracyjną, ale strasznie się jej spodobały. Już miała sięgnąć po jedną z nich, kiedy poczuła, jak bardzo ciężkie i gęste jest powietrze wokół nich. Klątwa. Zapewne niezbyt szkodliwa, bo kości stały na wierzchu i to w zasięgu wzroku. Chciała się dowiedzieć, co konkretnie zostało rzucone na te piękności, więc postanowiła, że zapyta Borgina, jak się w końcu znajdzie.
Wybrała kilka kruczych piór, po czym położyła je na ladzie. Czekała jeszcze kilka minut, ale mężczyzna się nie pojawiał. Weszła więc na zaplecze.
Zobaczyła mnóstwo nieotworzonych, zbitych gwoździami skrzyń i klatek z najróżniejszymi żyjątkami. W oddali słyszała trzask rozpalanego kominka.
Gdzie ty się podziewasz? – zapytała wchodząc do pomieszczenia na tyłach zaplecza. Borgin siedział przy kominku i wrzucał do wiszącego nad nim kotła ogromne ilości ziół.
W pokoju strasznie śmierdziało stęchlizną, kurzem i palonymi piórami.
Kończyłem paczkę dla pana Malfoya i twoje zlecenie.
Jakie moje zlecenie? Gdzie ta staruszka, którą ci przyprowadziłam.
Mężczyzna tylko uśmiechnął się szeroko i wskazał jej duże, metalowe opakowanie. Kobieta na początku nie wiedziała o co chodzi, ale po chwili rozjaśniło jej się w głowie. Wewnątrz puszki znalazła szary proch, jeszcze ciepły. Nie wiedziała co powiedzieć.
W sumie wydała na babcie taki wyrok zaraz po tym, jak zostawiła ją samą z Borginem. Mogła się tego spodziewać. Kiwnęła tylko głową w podzięce. Razem przeszli do sklepu, gdzie przy ladzie czekał zniecierpliwiony młody blondyn.
No nareszcie! Ile można na ciebie czekać?
Właśnie kończyłem pana zamówienie, paniczu Malfoy.
Sentis spojrzała na młodzieńca. Wykapany Lucjusz! Niemal białe włosy, blada cera, szare oczy, nieprzyjazne, zimne spojrzenie. Nie mogła się mylić.
Dobry wieczór pani Gaunt – skinął jej na powitanie. Ciekawe skąd ją znał? Pewnie widział ją, kiedy pomieszkiwała w Malfoy Manor. Tylko dlaczego się wtedy nie przywitał?
Wystarczy Sentis.
Chłopak uśmiechnął się lekko. Zapłacił Borginowi, a ten dał mu kilka książek owiniętych w szary papier. Później sprzedawca policzył pióra i przyniósł klatkę z białym krukiem, o którego poprosiła tuż przed zapłaceniem.
Blondyn jakby na nią czekał. Nie zbliżał się do wyjścia, tylko stał zaraz obok niej. Sentis zapłaciła, a on złapał za klatkę i otworzył jej drzwi. Wychodząc na zewnątrz powiedział tylko:
Wysłały mnie po ciebie, bo zaczęły się niecierpliwić. Powiedziały, że to już tej nocy.
Nie odpowiedziała nic, tylko wraz z nim aportowała się przed kamienicą. W mieszkaniu czekały już jej przyjaciółki oraz Lucjusz z Narcyzą.
Przygotowywali narzędzia i eliksiry przez całą noc. Narcyza zajęła się porządkowaniem ziół, Nathalie wraz z Draco przenosili wybrane eliksiry do sypialni, aby w razie potrzeby były pod ręką. Pozostali przygotowywali eliksiry.
Napięcie aż było czuć w powietrzu. Pracowali w ciszy, a z każdą chwilą dłonie Sentis trzęsły się coraz bardziej. Wszystko przez jej myśli.
A co, jeśli ja to sobie wymyśliłam? Jeśli nie pokocham go tak bardzo, jak to sobie wmawiałam przez te wszystkie lata? Albo co gorsza, jeśli on mnie nie zaakceptuje lub nawet nie rozpozna.
A jeżeli jestem za słaba i ożywianie się nie uda? Co zrobię, jeżeli przez brak siły podniosę z martwych jedynie ciało, a umysł przepadnie na zawsze? Przecież nie mam pewności, że proces się powiedzie. Możliwe jest nawet, że zginę w trakcie jego trwania. Nie ma szans na oszacowanie, ile energii będzie potrzebne Severusowi, aby go wskrzesić, więc może potrzebować jej dosłownie odrobinę albo wyssać wszystko, co posiadam.
Jeżeli nie dam...
Przerwała jej Victoria. Położyła na stole dwie szklanki i butelkę zimnej wódki.
Twoje myślowe lamenty słychać aż w łazience.
Siwowłosa napełniła szkło do połowy.
Nawet dla mnie to trochę za dużo – powiedziała Sentis spoglądając na porcję trunku.
Dla ciebie może i tak, ale dla twoich nerwów będzie w sam raz.
Opróżniły naczynia, po czym wróciły do swoich obowiązków.
Od razu lepiej. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

VIII

Padam na ryj – stwierdziła Victoria kładąc się na kanapie w salonie. Dziewczyna nawet nie miała siły pójść pod prysznic, czy zdjąć brudnych ubrań. Sentis tylko narzuciła na nią koc, a Krukonka niemal od razu zasnęła, cicho pochrapując.
Ślizgonka zdjęła z siebie brudną, zakrwawioną i podartą sukienkę, po czym poszła do kuchni, aby obmyć się przy zlewie, gdyż łazienkę zajmowała Gryfonka. Napełniła miskę ciepłą wodą i wylała ją na siebie. Następnie zaczęła się namydlać i szorować, z czym bardzo się spieszyła, bo pragnęła jak najszybciej położyć się do łóżka.
Krwawisz – usłyszała za plecami głos Nathalie.
Co? Skąd? – zapytała zdezorientowana.
Ze szramy na twarzy. Pewnie rana otworzyła się pod wpływem ciepłej wody. Powinnaś to sobie wyleczyć albo chociaż opatrzyć.
Puchonka usiadła przy stole. Miała na sobie tylko bieliznę i kapcie, a w dłoni trzymała czystą koszulę, która służyła jej za piżamę. Kobieta przyglądała się przyjaciółce. Ślizgonka wyglądała naprawdę źle. Prawa połowa jej twarzy spuchła i stała się fioletowa, a po przekątnej przecinała ją czerwona, głęboka, krwawiąca rana. Oczy miała napuchnięte i zaczerwienione.
Wyglądasz jak gówno.
Dzięki, zawsze chciałam usłyszeć coś takiego od własnej przyjaciółki – odparła ironicznie Sentis.
Czarnowłosa uniosła w rozbawieniu kąciki ust, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Po chwili usłyszały skrzypienie drzwi od łazienki i kroki Lindsay. Gryfonka weszła do kuchni i kiwnęła w stronę przyjaciółki, aby ta poszła pod prysznic. Sama zaraz ulotniła się do salonu, gdzie dzieliła kanapę razem z Krukonką.
Ślizgonka umyła się do końca, a następnie zaczęła szukać apteczki. Severus musiał mieć coś takiego, bo w końcu sam nierzadko kaleczył sobie palce podczas przygotowywania eliksirów. Przynajmniej tak było jeszcze kilkanaście lat temu i choć Sentis podejrzewała, że mężczyzna miał tego typu wypadki coraz rzadziej, to nie wątpiła w jego przezorność. W jednej z szafek w salonie znalazła kilka opakowań gazy, bandaż i plastry. Weszła jeszcze do sypialni, gdzie w etażerce urządził sobie barek, aby wziąć butelkę wódki. Przy okazji zgarnęła z kufra jakąś koszulkę do spania i ciepłe skarpety. Z całym ekwipunkiem udała się z powrotem do kuchni. Rozstawiła wszystko przy zlewie, aby nie zachlapać krwią całego pomieszczenia podczas zakładania opatrunku, co było bardzo prawdopodobne, pomimo środków ostrożności. Na początku wyjęła z szafki niewielki słoik, zapewne po musztardzie lub innym sosie, opłukała go wodą, a następnie napełniła do połowy wódką. Otwierała właśnie opakowanie gazy, kiedy do kuchni weszła Lindsay.
Nawet mi nie mów, że zamierzasz teraz pić – powiedziała beznamiętnym głosem zszokowana dziewczyna. Powoli zbliżała się do przyjaciółki i starała się nie spuszczać jej z oczu nawet na sekundę. Przemieszczała się na tyle nieudolnie, że przewróciła stojące za nią krzesło, a huk z tym związany przyciągnął do kuchni kończącą właśnie prysznic Nathalie.
Chyba cię pogięło – warknęła od progu Puchonka.
Tak! Jestem już w tym stadium alkoholizmu, że zamierzam wchłaniać wódkę przez skórę i zaraz wyleję sobie zawartość tej szklanki na twarz. A że jestem popieprzoną sadomasochistką, to uczynię to na tej pokiereszowanej stronie. Jeszcze jakieś pytania? – Spojrzała złowrogo na przyjaciółki, a kiedy milczały, otworzyła opakowanie tej nieszczęsnej gazy i wrzuciła ją do naczynia z alkoholem.
Co ty do cholery wyprawiasz?! – zirytowała się Lindsay. Już nie wiedziała, co ma teraz zrobić.
Zamierzam opatrzyć sobie obity ryj!
Wódką? – spytała z niedowierzaniem i szczerym zainteresowaniem Nathalie.
Nie wiem, czy wiesz, ale alkohol dezynfekuje rany. Pomóż mi z tym, bo coś czuje, że krew się będzie lała jak Ognista na święta w Hogwarcie.
To ja już podziękuję – rzuciła szybko Gryfonka, wycofując się z pomieszczenia. – Mam dość ekscesów na dzisiaj. Miłej zabawy!
Cykor – mruknęła cicho Sentis. – Ty też uciekasz, czy pobawisz się ze mną w magomedyka?
Nathalie zmrużyła złowrogo oczy, jednak po chwili uśmiechnęła się delikatnie i podeszła bliżej przyjaciółki. Najpierw dokładnie wyszorowała ręce mydłem, aby nie przenieść do rany żadnych brudów. Ślizgonka zrobiła to samo, choć w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia, bo obie założyły lateksowe rękawiczki, które przetransmutowały sobie z opakowania po gazie. Nathalie oblała dłonie wódką, a następnie wyciągnęła ze szklanki nasiąknięty alkoholem pęczek gazy, po czym lekko go wycisnęła.
Domyślam się, że będzie cię to piekło jak jasna cholera, ale uprzedzam, żebyś nie wydzierała się zbyt głośno, bo niestety, ale nie mieszkamy w domku jednorodzinnym. Gotowa?
Sentis tylko mruknęła zniecierpliwiona, choć chciała już zrezygnować z opatrunku i po prostu położyć się spać.
Może lepiej usiądź na krześle.
Brunetka posłusznie usiadła. Odwróciła wzrok w drugą stronę, aby nie widzieć, co Nathalie wyczynia z jej twarzą. Czuła, jak dziewczyna ściera nieco już zaschniętą krew z szyi i policzka. Później było już tylko gorzej. Czuła lekkie szczypanie, kiedy Puchonka przecierała napuchnięte miejsca, a o mało nie spadła z krzesła podczas czyszczenia mniejszych zadrapań.
To chyba nie był dobry pomysł – stwierdziła Sentis.
Za późno.
Nathalie oblała wódką otwartą ranę, szybko przycisnęła do niej świeżą, czystą gazę, a później przykleiła całość plastrami i owinęła dla pewności bandażem. Brunetka już kurczowo trzymała się oparcia. Niewiele jej brakowało do utraty przytomności, ale dała radę. Nie wydała z siebie nawet najcichszego dźwięku, mimo że miała ochotę bluzgać i rzucać klątwami z bólu. Druga tylko odgarnęła czarne włosy z twarzy. Sprzątała z blatu wszystkie zakrwawione i teraz już zbędne pierdoły, przy akompaniamencie ciężkiego oddechu Sentis, która o dziwo wyglądała gorzej niż przed założeniem opatrunku.
Idziemy spać – zarządziła po skończeniu porządków. – Wstaniesz sama, czy ci pomóc?
Ty mi już lepiej w niczym nie pomagaj...
Obie przeszły powoli do sypialni, gdzie szybko zasnęły, mimo narzekań brunetki i głośnego chrapania Victorii w pokoju tuż obok.
Wszystkie spały bardzo długo, bo obudziły się późnym popołudniem następnego dnia, kiedy na ulicach zapalały się lampy, a matki wołały swoje pociechy ma obiad. Wieczór zapowiadał się na spokojny, pogoda dopisywała. Słońce leniwie oświetlało kamienicę ostatnimi promieniami, aby za jakiś czas zajść za nieboskłon. Wszystko wydawało się takie sielankowe.
Wypoczęta Sentis siedziała na schodkach przed kamienicą, popijała kawę i oglądała obraz nędzy i rozpaczy, jakim było podwórko oraz płynąca nieopodal rzeka. O tej porze roku robiło się już chłodno, co dotyczyło także tego wieczora, ale Ślizgonka zdawała się tym nie przejmować, bo siedziała ubrana w jeansy i szarą koszulkę. Miała bose stopy, które bardziej niż reszta jej ciała, odczuwały chłód.
Dziewczyna rozkoszowała się ciszą oraz w miarę świeżym powietrzem. Nie czuła ścieków, ani odoru śmieci, co można było uznać za mały sukces. Niebo było bezchmurne, lekko pomarańczowe od zachodzącego Słońca. Sentis czuła się jak przeciętna mugolka. Liczyła się tylko ona, jej bliscy i nic więcej. Żadnym ogólnoświatowych problemów, epidemii smoczej ospy, napadów czarnoksiężników, czarnej jak hogwardzkie lochy magi, ani nic z tych rzeczy. Tylko ona i kawa.
Rozkoszowała się ciszą dopóki jej ciało nie odrętwiało z zimna. Kawa skończyła się dużo wcześniej, jednak oglądanie zachodu Słońca było bardziej kuszące niż dolewka napoju.
Aż sama się sobie dziwiła, że po tylu przejściach potrafiła się jak gdyby nigdy nic odprężyć i odpocząć. Cieszyła się wtedy błahostkami, a w zachowaniu przypominała małe dziecko.
Wróciła do mieszkania, kiedy na dworze było już ciemno. W salonie zastała drzemiącą jeszcze Lindsay, która najwyraźniej uznała, że nie spała wystarczająco długo. Pozostałe przyjaciółki gdzieś się ulotniły.
Sentis postanowiła wziąć się za porządki. Nie wiedziała, jak długo przyjdzie im tu mieszkać, ale było pewne, że to tutaj będą pielęgnowały Severusa aż do jego pełnego wyzdrowienia. Musiała odkurzyć całe mieszkanie i odkazić kuchnię oraz łazienkę, bo tam zamierzała przygotowywać potrzebne im eliksiry. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej skłaniała się do wersji, że powinna sporządzić ich listę. Brakowało jej wielu składników, powinna rozejrzeć się również za nowym kociołkiem. Niby nic w tym trudnego, wystarczyło przecież wybrać pieniądze z banku i wybrać się na zakupy. Niedawne wydarzenia sprawiały jednak, że to z pozoru proste rozwiązanie stawało się niemal niewykonalne. A co jeśli znowu je zamkną w Azkabanie? Tym razem mogło się obejść bez procesu. Minister byłby do tego skłonny, szczególnie po atrakcjach, jakie przeżył w swoim gabinecie.
Zaczęła od sypialni. Na początku otworzyła okno, bo unoszący się w powietrzu zapach stęchlizny był nie do zniesienia, szczególnie po długim pobycie na dworze. Zabrała się za porządkowanie rzeczy z szafy i etażerek przy łóżku, których zawartość nie była liczna. Trochę ubrań, stare pióra, pergaminy, puste butelki, kilka podartych ręczników, jakieś bibeloty i mnóstwo kurzu. Szary pył unosił się wszędzie. Nieprzyjemnie wchodził w oczy brunetki i osiadał na jej rzęsach. Uporządkowanie pokoju zajęło jej niespełna godzinę, ale kolejne dwie poświęciła na wycieranie kurzu oraz mycie podłogi. Wszystko robiła ręcznie. Z jakiegoś powodu nie chciała używać magi, to wydawało jej się za proste.
Po skończeniu pracy zaparzyła cały dzbanek świeżej i mocnej kawy. Lindsy cały czas drzemała na kanapie, przyjmując przy tym coraz to dziwniejsze pozy. Ślizgonka siedziała po ciemku w kuchni z kubkiem w ręku. Rozmyślała nad różnymi rzeczami, sącząc przy tym kawę. Czuła, że musi wykorzystać ten dzień, a raczej noc, na lenistwo, bo następne dni, a nawet tygodnie będą ciężką pracą.
Usłyszała skrzypienie drzwi frontowych, a zaraz potem głosy przyjaciółek. Nathalie weszła do kuchni, zapaliła światło i bez słowa usiadła obok Ślizgonki. W tym czasie Victoria poszła obudzić Lindsay. Po chwili w komplecie zasiadały przy stole.
Zrobiłyśmy małe rozeznanie w terenie – zaczęła Puchonka. – Odwiedziłyśmy starych znajomych, pogadałyśmy nieco z Lucjuszem, a Victoria przeczytała książkę, którą ostatnio kupiłam.
Jestem pod wrażeniem tego ostatniego. Szanujemy twoją chęć rozwoju – zaironizowała wciąż nieco śpiąca Lindsay. – Przybij piątkę! – uniosła do góry otwartą dłoń, ale reszta tylko spojrzała na nią niepewnie, jednak z lekkim rozbawieniem. – Nie ważne.
Krótko mówiąc, zaczęłyśmy się rozglądać za wszystkim, co potrzebne do ożywiania. Jeżeli dobrze pójdzie, to powinnyśmy zdążyć przed końcem października, ale najbardziej prawdopodobną wersją jest środek listopada – dokończyła Nathalie.
Lindsay obudziła się już na tyle, aby poddać w wątpliwość szacowania przyjaciółki.
Połowa listopada? Dobrze by było, gdybyśmy skończyły przed końcem przyszłego roku, więc wstrzymałabym się z tym optymizmem.
A to niby dlaczego? – spytała srebrnowłosa, zdziwiona powątpiewaniami Gryfonki, która zazwyczaj była dobrej myśli.
Myślę, że potrzebujemy trochę więcej czasu na przygotowania, niż te kilka tygodni. Poza tym wyciąganie z grobu zaraz po aferze w banku i ogólne zainteresowanie nami, może się źle skończyć dla Severa i dla nas, przyjmując, że w ogóle zdążymy cokolwiek zrobić w tym kierunku przed tym, jak nas znowu zamkną.
Dziewczyny musiały przyznać jej rację. Bardzo nierozsądnie podeszły do sprawy, bo pośpiech był tu co najmniej niewskazany.
Zaczęły przygotowywać listę rzeczy, które będą przydatne lub potrzebne podczas ożywiania oraz okres rekonwalescencji. Liczba eliksirów oscylowała wokół dwudziestu, z czego każdego z nich potrzebowały przynajmniej dwie porcje. Do przygotowania jednej mikstury niezbędne było średnio dwunaście składników, z czego cztery były do pozyskania jedynie na czarnym rynku, a resztę można było opisać jako trudno dostępne. Należało też pomyśleć o nowej aparaturze, czyli kociołkach, ampułkach, probówkach, łychach, rękawicach, palnikach, trójnogach i masie innych rzeczy. Przydałby się również nowy strój, a najlepiej dwa, pościel, poduszki, fotel, aby Severus miał gdzie siedzieć po wstaniu z łóżka, bo te w mieszkaniu nadawały się na drapak dla kotów. Oprócz wszystkich materialnych spraw potrzebowały spokoju. Wiązało się to z narzuceniem na mieszkanie, a najlepiej na całą kamienicę, ogromnej ilości zaklęć obronnych, ochronnych, antywłamaniowych... Lista była naprawdę długa. Wizja szybkiego zakończenia sprawy wydawała się bardzo odległa.
Na brodę Merlina! Ile jest potrzebne tego cholerstwa, to się w głowie nie mieści! – podzieliła się swoją refleksją Victoria.
Nie będzie łatwo. Powinnyśmy zacząć przygotowania już od jutra – zaproponowała Sentis.
Tak będzie najlepiej – podchwyciła Nathalie, po czym zaczęła rozdzielać obowiązki. – Sentis i Victoria pójdą do Banku Gringotta, a później zajmiecie się kompletowaniem sprzętu, Lindsay skontaktuje się z naszymi dostawcami i sprawdzi stan zapasów w mieszkaniu i naszych kufrach.
A ty? – zapytała Sentis.
Zacznę szukać grobu.
Zaraz, zaraz. To my nie wiemy, gdzie on leży?
Lindsay jak zwykle była najmniej poinformowana i jak zwykle obwiniała za to wszystkich, tylko nie samą siebie.
W książce podają, że podczas pogrzebu był obecny tylko grabarz i Minerva.
Jaka Minerva? – zapytała Sentis.
Twoja ulubiona nauczycielka z Hogwartu.
Całe szczęście! – zakrzyknęła z ulgą.
Z czego się tak cieszysz?
Że to nie ja będę z nią rozmawiać. Miłej pogawędki przy herbatce. Pozdrów ją ode mnie i zapytaj, czy w końcu straciła cnotę.
Chociaż po tylu latach mogłaby byś milsza. Pomagała przy wojnie i... – próbowała bronić swoją opiekunkę Gryfonka.
Po tym, jak mocnym kopniakiem zatrzasnęła przede mną drzwi do kariery łamacza klątw czarnomagicznych, to jedyne co mogę dla niej zrobić, to pokazać jej środkowy palec, o ile pozostajemy przy najmniej obelżywej wersji! – Sentis w napadzie furii poderwała się z miejsca, a następnie opuściła pomieszczenie przy akompaniamencie trzaskających drzwi.
Mi się wydaje, że trochę przesadza – stwierdziła spokojnie blondynka. – Na pewno nie było aż tak źle.
Przecież doskonale znasz tę historię – westchnęła Puchonka, również wychodząc z kuchni.
No właśnie nie!
Na mądrą Rowenę! McGonagall wystawiła jej Zadowalający na koniec szóstej klasy z transmutacji, bo po wykonaniu wszystkich zadań praktycznych i teoretycznych odpowiedziała jej na „niezobowiązujące” pytanie.
– „Jakie jest pani zdanie na temat zastosowania transmutacji w życiu codziennym?”.
I?
Odpowiedziała, że ostatnio użyła jej do przetransmutowania wiadra w szklankę do whiskey i rękawiczki w prezerwatywę.
Żartujesz?!
Mówię na serio. Tylko Żelazna Dziewica nie złapała żartu. Obniżyła jej ocenę za lekceważący stosunek do przedmiotu.
A co na to Sentis?
Kilka miesięcy później uciekłyśmy razem z nią z Hogwartu. Strach pomyśleć, co by się z nami śmiało, gdyby nasza żmijka dostała wtedy Wybitny.
Pewnie każda nas pracowałaby z Ministerstwie...

Po moim trupie – zakończyła rozmowę Victoria.
Mrs Black bajkowe-szablony