Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minerva. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minerva. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział XIII

Beta wróciła!


Wylądowali przed gruzami bramy Hogwartu. Czekał tam na nich komitet powitalny: Minerva, Filch z kotką i Slughorn. Sentis myślała, że ją krew zaleje, a Severus zastanawiał się nad szybkim odwrotem. Nawet nie próbowali ukryć swojego niezadowolenia.
– Na brodę Merlina! Więc to jednak prawda! – Slughorn o mało nie padł na zawał z zachwytu na widok Snape'a. Chciał do niego podejść i uściskać, niczym wujek dawno nie widzianego siostrzeńca, ale zdenerwowanie wymalowane na twarzy Mistrza Eliksirów skutecznie go od tego odwiodło.
– Nie powinniśmy tu tyle stać. Jedźmy już do zamku – zarządziła
Minerva. Wydawała się być niezainteresowana zaistniałą sytuacją, jakby oglądanie żywych trupów atrakcyjnością dorównywało piciu porannej kawy. Reszta ruszyła za nią w milczeniu w stronę wozów zaprzęgniętych w testrale. Bagażami zajęły się skrzaty.
Kiedy jechali, Sentis mogła dokładnie przyjrzeć się zamkowi. Był zniszczony, choć daleko mu było do ruiny. Większość zburzonych elementów została już uprzątnięta, nie zauważyła żadnych stert gruzu czy kamieni, choć ubytki w murach zaskoczyły ją swoimi rozmiarami. Dziwiła się, że zamek nie runął totalnie, z pewnością dzięki zasłudze magii.
Severus był za to mocno zawiedziony. Liczył, że całą tę szkołę trafił jasny szlag i pozostanie tylko zrównać ją z ziemią. Zbyt wiele złych rzeczy się w niej stało. Nie myślał jedynie o sobie. Przypomniał sobie Komnatę Tajemnic razem z pieprzonym bazyliszkiem, bijącą wierzbę, te cholerne chaszcze w szklarni, które Albus kazał hodować, choć wiedział, że mogą pozabijać przynajmniej połowę dzieciaków… I Voldemorta. Wszystko miało swój początek w Hogwarcie, a Snape doczekał się w tym miejscu nawet swojego końca. Ten zamek nie kojarzył mu się z niczym dobrym. Nawet nie wszedł do środka, a już chciał wracać do swojego mieszkania w Londynie.
Swoją drogą nie był do końca pewny, co tak właściwie wywinęły te cztery wariatki, że musiał razem z nimi opuścić swoje lokum. Czyżby kogoś zabiły?
Postanowił, że poszuka w wydaniach Proroka z tego roku. Nie miał nawet zamiaru pytać którejś z nich. Aż tak nisko nie upadł.
Nathalie czekała na nich w korytarzu przy Wielkiej Sali. Wyglądała na nieco zniecierpliwioną i podenerwowaną.
– Wybrałam dla nas komnaty niedaleko lochów. Tam są najmniej zniszczone, poza tym blisko z nich do pracowni eliksirów i wyjścia ewakuacyjnego.
Sentis przyjęła to do wiadomości, co zakomunikowała jedynie kiwnięciem głowy.
– Rozgośćcie się, moi drodzy. Za godzinę spotkamy się na obiedzie i wspólnie wszystko przedyskutujemy. Póki co odpocznijcie chwilę – powiedziała Minerva uśmiechając się do Nathalie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poprowadziła resztę do kwater.
Zeszli schodami piętro niżej, gdzie teoretycznie znajdowała się kanciapa woźnego, lecz za ukrytymi drzwiami chowały się dobrze przystosowane do ich obecnych potrzeb pokoje.
Duży salon pełnił funkcję korytarza, z niego wchodziło się do każdej z osobnych sypialni, łazienki oraz małej kuchni. Był schludnie urządzony, bez żadnych ozdobników z wyjątkiem zbyt przaśnego żyrandola z kryształków. Reszta została utrzymana w brązowoszarej kolorystyce. Sofa, kilka foteli, regały, półżywa paprotka, stolik, dywan i to wszystko. Tyle dobrego. Kuchnia, a raczej niewielki aneks, składał się z blatu, kilku kubków, szafki z zastawą i czajnika. Posiłki w tym budynku jadało się wyłącznie w Wielkiej Sali, więc nie było potrzeby, aby każde lokum wyposażać w osobną kuchnię.
Severus nie pamiętał, by wcześniej było tu coś takiego. Znał zamek niemal jak własną kieszeń, ale pomieszczeń w tym konkretnym miejscu nie kojarzył. Może przy okazji odbudowy zrobili małą przebudowę? A może ktoś bardzo chciał, żeby Severus nigdy się nie dowiedział o tych komnatach?
Mimo wszystko kwatera przypadła im do gustu. Oczywiście na tyle, na ile ludziom może podobać się miejsce, w którym woleliby nie być.
– Myślę, że największą sypialnię powinniśmy zostawić Severusowi – powiedziała Nathalie wskazując dłonią na drzwi naprzeciwko wejścia. – Reszta pokoi jest niemal tej samej wielkości, więc nie ma znaczenia, który wybierzecie dla siebie. Skrzaty przyniosą bagaże po obiedzie. Nie ma sensu rozpakowywać ich dzisiaj, więc możecie zająć się tym jutro.
– Dziękuję ci za zgodę, moja droga! Cóż ja bym bez ciebie zrobiła! – zakrzyknęła Sentis z udawanym entuzjazmem. Ilość jadu, jaką zawarła w swojej wypowiedzi mogłaby wybić średniej wielkości mugolskie miasto.
– Nie bądź zgryźliwa. Przecież to wszystko dla naszego dobra.
– No oczywiście, że tak. Slughorn przy bramie również potrzebny był naszemu dobru. I wspólny obiadek. Nawet woźny musiał nas zobaczyć! Jak nic jutro pojawimy się na pierwszej stronie Proroka! Nie widzę tu pismaków, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nasz profesorek przepuścił okazję do zarobienia kilku knutów.
– To akurat nie moja wina. Minerva uparła się, że cały personel w zamku ma wiedzieć, co się dzieje. Ale jest tu tylko kadra nauczycielska i skrzaty.
– No to całe szczęście! – jadowicie stwierdziła Ślizgonka. – Już myślałam, że Minerva zrobi z nas atrakcję dla pierwszorocznych.
– Jesteś okropna – mruknęła z dezaprobatą Nathalie.
– A co z uczniami? – wtrącił się Snape. Bardzo zdziwiła go cisza, jaka panowała w zamku. Spodziewał się raczej bandy szlachetnych Gryfonów odbudowujących mury i garstki Ślizgonów, która za karę za błędy rodziców szorowała podłogi.
– Na ten rok Hogwart został zamknięty. Uczniowie albo czekają na wznowienie roku szkolnego, albo uczą się w jakiejś innej szkole w Europie.
Mężczyzna tylko mruknął pod nosem. Udał się do swojej sypialni i jakoś nie zamierzał nikogo informować, że do Wielkiej Sali uda się raczej po swoim trupie. Wspólne ucztowanie za nic w świecie nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie dzisiaj. Ciągle czuł posmak rzygowin w ustach, co chwila drętwiały mu dłonie i obawiał się, że zemdleje. A wolałby tego nie robić przy swoich byłych kolegach z pracy. Wszystko, tylko nie ich troska. Wydawało mu się, że nie prosi o zbyt wiele.
Sentis kątem oka zarejestrowała, jak Severus wychodzi z salonu. Miała nadzieję, że mężczyzna pójdzie spać i przynajmniej jego ominie wątpliwej przyjemności obiadek w gronie starych znajomych. Strasznie nie chciała tam iść.
W ogóle dlaczego jedli obiad niemal w nocy? Z tego co pamiętała, taki posiłek każdy przeciętny człowiek nazywał kolacją. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
– Mam nadzieję, że podadzą kurczaka w miodzie. Jesienią prawie zawsze na stole był kurczak w miodzie. I do tego jeszcze surówka z marchwi – rozmarzyła się Lindsay.
– Albo ogromny filet z łososia w grubej panierce – dorzuciła od siebie Victoria.
– Ja to bym wolała porządny kawał mięcha – stwierdziła Sentis. – Najlepiej jakiś wielki stek. Koniecznie w ciemnym sosie.
– A mi to się marzy ciasto dyniowe – powiedziała Nathalie, na co wszystkie westchnęły z aprobatą.
– Może mają też Kremowe Piwo.
– No pewnie! Najlepiej Ognistą podać do obiadu.
– Nie ma dzieci, więc kto wie. Może teraz codziennie ucztują.
– Już widzę tego dziada od zaklęć, jak ucztuje i pije wino z pucharka większego od niego samego.
Śmiały się i wspominały stare czasy. Dobry nastrój sprawił, że czas w samotności upłynął dużo szybciej niż by tego chciały. Skrzat owinięty w poszewkę od poduszki przyszedł im zakomunikować, że obiad już czeka. Kobiety niechętnie udały się do Wielkiej Sali.
– No nareszcie się zjawiłyście! A gdzie Severus? – powitał je radośnie Slughorn. Niestety nie były równie uradowane co on. Facet strasznie się postarzał, osiwiał, a w dodatku dorobił się niewielkiego garba. Gdyby nie nauczycielska szata wyglądałby jak przeciętny mugolski staruszek.
– Śpi – skłamała szybko Sentis. Nawet nie zajrzała do jego sypialni przed wyjściem. Brunetka zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od Minervy. Między nimi usiadły pozostałe dziewczyny.
Nauczyciele rozmawiali o bieżących sprawach Hogwartu, a w międzyczasie jedli posiłek. Nathalie przysłuchiwała się wszystkiemu jak zaczarowana, jakby jej jedynym marzeniem było zostać tu na zawsze. Lindsay pochłaniała wszystko, co była w stanie nadziać na widelec, a Victoria wciąż nie mogła się zdecydować na jedną potrawę, bo nie chciała się obżerać przed spaniem. Za to Sentis jadła szybko i byle co. Nie stanowiło to problemu dla jej upodobań kulinarnych, bo w Hogwarcie po prostu nie podawali złego jedzenia. Wszystko smakowało cudownie.
Plan odbudowy Hogwartu w gruncie rzeczy był bardzo prosty. Dotychczasowy personel zamku do końca marca miał zająć się większymi zniszczeniami, czyli murami i brakami w barierze ochronnej. Zajęcie to okazało się być czasochłonne, ponieważ wiele pomieszczeń zostało zburzonych w całości, więc nauczyciele musieli odbudowywać je zgodnie z planami, jakie otrzymali z Ministerstwa. Oczywiście nie trzymali się sztywno tych wytycznych. Zorganizowali kilka ukrytych komnat, schronów, niewielkich sejfów, korytarzy ewakuacyjnych i temu podobnych rzeczy. Chcieli, żeby Hogwart stał się bezpieczniejszy dla nich i dla uczniów. Po zakończeniu tego etapu prac do zamku miała wkroczyć komisja powołana przez Ministra, której zadaniem była ocena, czy zamek nadaje się do użytku. Jeśli tak będzie, w ciągu wakacji skrzaty miały zająć się sprzątaniem i meblowaniem komnat. Według planu do września wszystko powinno być skończone.
– To fajnie, że sobie radzicie. Postaramy się wam pomóc, jeśli zaistnieje taka potrzeba, ale póki co dziękuję za obiad. Wrócę już do siebie.
– Nie tak szybko panno Gaunt – zagrzmiała Minerva, na co Sentis zamarła w połowie podnoszenia się w ławki. – Chyba jest nam panna winna wyjaśnienia.
– Jakie wyjaśnienia? – Sentis udawała głupią
– Może to wydarzyło się dwadzieścia lat temu, ale faktem jest, że zniknęła pani wraz z koleżankami bez słowa i to pod koniec roku szkolnego. Mam wobec tego tylko jedno pytanie: po co?
– Wyjazd służbowy – odpowiedziała sucho.
Zaraz po tym z trzaśnięciem drzwi opuściła salę i udała się do komnat. Miała dość. Znajdowała się w zamku od zaledwie kilku godzin, a już chciała się stąd wynosić. Jak najdalej od Żelaznej Dziewicy.
Stwierdziła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to dadzą sobie radę bez pomocy nadętej pani profesor. Na Londynie świat się nie kończy. Może i tutaj był ich dom, ale nie zamierzały tu zostawać za wszelką cenę. Jak trzeba będzie to wyniosą się na drugi koniec świata. Etiopia, Grenlandia, Mozambik, Syberia... cokolwiek!
Sentis zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przesadza. Że każdy normalny (albo wcale nie) człowiek na miejscu belferki zadawałby pytania. Pewnie nawet całe mnóstwo. Jednak McGonnagall nie należała do normalnych, a Ślizgonka wątpiła nawet w to, czy była ona człowiekiem. W końcu to przez tę starą raszplę zdecydowała się wyjechać. Zadowalający z Transmutacji! Żeby ją szlag jasny trafił! Gdyby nie to, teraz pewnie spałaby smacznie w swojej willi z basenem na obrzeżach jakiegoś mugolskiego kurortu i kąpałaby się w sławie najlepszej łamaczki klątw na kontynencie. I wcale nie przesadzała. Gaunt doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich zdolności i predyspozycji. Ona była wprost stworzona do tej pracy. Jednak Minerva postanowiła zabawić się we władcę cudzych losów. Szkoda tylko, że wybrała sobie do tego akurat ją.
Brunetka wpadła do komnat jak burza, jednak gwałtownie zatrzymała się w połowie pomieszczenia, kiedy zauważyła, że na kanapie siedzi Severus. Brunet jak gdyby nigdy nic popijał herbatę ziołową i przerzucał strony Proroka.
– Obiad nie przypadł ci do gustu?
– Ależ skąd. Widzę za to, że zasmakowała ci herbatka.
– Zaraz po rzyganiu wszystko smakuje jak ambrozja – stwierdził nie odrywając wzroku od gazety. Czytał jedynie nagłówki artykułów, aby zorientować się pokrótce co się dzieje na świecie.
Kobieta naprędce zaparzyła sobie kawy i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
– Slughorn się za tobą stęsknił.
– Bez wzajemności.
– Ciągle o ciebie pytał. Chyba chce sprzedać do Proroka twoje zdjęcie. Już widzę ten nagłówek: „Podwójny szpieg znów wśród żywych”.
– Mam dość zbędnej uwagi i bez tego – mruknął ustawiając pionowo gazetę. Nie był zbyt skory do rozmowy, ale Sentis się nie zniechęciła. W końcu on nigdy nie chciał rozmawiać.
– Nie obawiaj się, dostaniesz jej dużo więcej. Będziesz stał w blasku fleszy i twoi starzy znajomi z pracy o to zadbają, jak tak dalej pójdzie.
Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Spojrzał na brunetkę z ukosa.
– Co masz na myśli?
Sentis wygodniej usadowiła się w fotelu, po czym założyła nogę na nogę i upiła łyk czarnej niczym smoła kawy. Roztarła językiem napój na podniebieniu. Dawno nie piła tak dobrej i tak mocnej kawy. Ciekawe skąd ją sprowadzali?
– Minerva nie była zbyt...
– Minerva? – zakpił z satysfakcją Snape. – Przeszłyście już na ty?
– Chyba kpisz. Bardziej poprawnie politycznie jest mi mówić o niej per Minerva, niż wredna suka, czy szmata, której nie cierpię. Powracając do tematu, twoja była koleżanka z pracy... – Severus nie omieszkał skwitować tego stwierdzenia znudzonym stęknięciem.
– …jakoś nie specjalnie chciała z nami współpracować, więc o twoim życiu po śmierci wie już cały zamek. Jednak nie powinno to potrwać zbyt długo, bo jak oboje dobrze wiemy, Slughorn ma język długi jak Mur Chiński. Za kilka dni pod bramą Hogwartu będzie się roiło od pismaków, a dziękować za to będziemy nieocenionej profesor McGonnagall.
– My? – Uniósł brew. – Myślałem, że będę jedynym pokrzywdzonym.
– Oj Żmijko, na tobie świat się nie kończy. Nie byłeś naszym jedynym... dużym przedsięwzięciem. Przynajmniej ostatnimi czasy nasze kontakty z Ministerstwem nieco się pokomplikowały.
Severus ucieszył się w duchu jak dziecko. Wydawało mu się, że kobieta z wiekiem zatraciła swoje buntownicze zapędy. Mylił się, a nie zdarzało mu się to często.
– Czyżby obrót nielegalnym towarem? – Nie mógł darować sobie krzty ironii.
– Ależ skąd! Po prostu chciałam się dostać do swojego skarbca w banku, ale z jakiegoś powodu w obecnych czasach dziedzic Slytherina nie jest mile widziany w miejscach publicznych.
– Chyba bardziej poruszyło ich twoje pokrewieństwo z Voldemortem.
– Wiem – odpowiedziała oschle.
Dosyć szybko po opuszczeniu Azkabanu zorientowała się o co Ministerstwo zrobiło tyle krzyku. Tom Riddle był jej kuzynem, synem siostry jej ojca. Z jakiegoś powodu wszyscy pomyśleli, że zjawiła się tu, żeby sfinalizować plany tego psychola. Niedoczekanie.
– Rodziny się nie wybiera – zakończyła bez entuzjazmu.
Odstawiła pusty kubek na stolik przy kanapie. Bez słowa udała się do swojej sypialni. Zaraz po tym, jak zamknęła drzwi, usłyszała wchodzące do salonu przyjaciółki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Przynajmniej nie dziś.

Przebrała się w wyciągniętą koszulkę i położyła pod kołdrą, a po chwili spała jak dziecko.

wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział XII

Wiem, zjebałam. Nie mam nic na swoją obronę. Ale w Wenem tak to już jest, że co jakiś czas zdycha. Nic na to nie poradzę. 
Mam wrażenie, że jakieś to takie pizdowate zaczyna być. Nie chciałam pisać ckliwego romansidła, więc jeszcze nie wiem, jak to się mojemu zombie życie ułoży. Bądźcie cierpliwi. 
XO



 – Całe szczęście, że tak to się skończyło – stwierdził Severus.
Razem z Lucjuszem siedział na kanapie w salonie i popijali herbatę, którą przygotowała dla nich Lindsay. Po pełnym uścisków powitaniu, które Malfoy zaczął, a Snape'owi głupio było zwrócić uwagę, jak niemęskie wydawały mu się tego typu sielankowe sceny, przeszli do konkretów. Lucjusz opowiedział mu o wojnie, opisał jej dokładny przebieg, a na końcu wymienił, kto dokładnie zginął.
Mistrz eliksirów zadumał się na chwilę nad śmiercią jednego z Weasleyów, Lupina i Tonks, jednak dosyć szybko mu przeszło. W końcu on też umarł.
Malfoy przyszedł sam, co na początku bardzo go zaniepokoiło. Okazało się jednak, że Draco zajmuje się nieco schorowaną ostatnio Narcyzą, więc odetchnął z ulgą. Może i gówniarz przysporzył mu wiele kłopotów, ale lubił go.
– Tak, całe szczęście – przytaknął blondyn, który z jakiegoś powodu ominął tę część historii, która mówiła o śledztwie, jakie Ministerstwo prowadziło przeciwko niemu przez ostatnie kilka miesięcy. Na szczęście nic nie znaleźli, za co dziękował i dziękować będzie Narcyzie. Skarb nie kobieta! Gdyby wtedy powiedziała, że Potter żyje, to aż strach pomyśleć, w jak ciasnej celi musiałby teraz siedzieć.
– To niesamowite – dodał po chwili nieco ciszej, wciąż patrząc na Severusa. Wydawało mu się, że przy tym, co zrobiły te cztery dziewczyny, magia nauczana w Hogwarcie to zabawa dla mugoli. – Wróciły i cię ożywiły. Tak po prostu. To znaczy przygotowania zabrały trochę czasu, ale kilka tygodni to i tak mniej niż wieczność. Doprawdy niesamowite!
Severus tylko mruknął niecierpliwie. Zajął się opróżnianiem swojej filiżanki, gdyż nie miał specjalnej ochoty na śpiewanie hymnów ku czci tych czterech wiedźm, które z jakiegoś powodu nie kwapiły się do tego, aby opuścić jego mieszkanie. Póki co nie miał zamiaru ich wyrzucać. W końcu przywróciły go do życia i zajęły się nim, choć w gruncie rzeczy nie było mu to na rękę, więc należy im się choć krztyna wdzięczności. Jednak pewnego dnia będzie miał dosyć i coś czuł, że ten dzień się zbliża.
– Strasznie romantyczna historia – westchnął Lucjusz.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Daj spokój. Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
– Tak się składa, że nie mam fakultetu z jasnowidzenia.
Lucjusz spojrzał na niego pobłażliwie.
– Masz już czterdzieści lat...
– Prawie – wtrącił Severus.
– …a dalej zachowujesz się jak dziewięciolatek. Powiem wprost. – Lucjusz nachylił się w stronę bruneta. – Nie wyciągałaby cię z piachu, gdybyś był dla niej tylko kolegą.
Severus tylko prychnął głośno i powrócił do picia herbaty. Nie miał ochoty komentować Lucjuszowych insynuacji.
– Nie musisz mi wierzyć. Przecież zawsze możesz ją zapytać.
– O powody? Miała możliwość, więc mnie ożywiła. Wielkie mi halo. Przesadzasz Lucjuszu. Chciałbyś zobaczyć co najmniej operę mydlaną, ale nic z tych rzeczy. Jesteśmy dorosłymi ludźmi.
– No właśnie. Czas leci, drogi przyjacielu. Oboje nie młodniejecie, a starość w samotności to okropna wizja przyszłości. Pamiętam swojego wuja, który nie mógł przeboleć, że nie dane mu było spłodzić potomka. Smutny człowiek i smutny koniec.
Blondyn wstał z kanapy i odstawił filiżankę na stolik. Poprawił włosy, szatę i zaklęciem przywołał swój płaszcz.
– Już wychodzisz? – spytała Sentis, która właśnie przechodziła obok salonu. Cały dzień spędziła kursując między biblioteczką a łazienką, gdzie przygotowywała nowe partie brakujących eliksirów. Severus pochłaniał je niemal wiadrami, gdyż nie wszystkie jego narządy były w pełni sprawne.
– Czas już na mnie moja droga. Miłego dnia wam życzę. – Dygnął lekko w stronę bruneta, a później kobiety, po czym deportował się z trzaskiem.
– Ciekawe czy się wygada, o ile już tego nie zrobił.
– Co masz na myśli?
– No wiesz, ożywianie ludzi nie jest czymś powszechnie znanym. Jeśli Ministerstwo się dowie wcześniej niż powinno, to skutki tego mogą być paskudne dla nas wszystkich.
Brunetka opierała się o framugę. Bawiła się paskiem od białego fartucha, który był ubrudzony plamami we wszystkich kolorach tęczy. Włosy miała luźno upięte tuż powyżej karku, żeby nie przeszkadzały jej przy pracy.
– No tak – odpowiedział lakonicznie, po czym sięgnął po nowy numer „Proroka”, który leżał na stoliku.
Sentis już miała wycofywać się z powrotem do łazienki, kiedy do domu wpadła Victoria.
– Niech to szlag! – zawołała już od progu, trzaskając drzwiami.
– Dementorzy? – zapytała żartobliwie Nathalie wychodząc razem z Lindsay z kuchni.
– Gorzej! Minister!
Krukonka weszła do salonu, a zaraz za nią reszta kobiet. Snape przyglądał im się w milczeniu, kiedy pospiesznie siadały na kanapie i fotelach. Victoria nawet nie zdjęła płaszcza, tylko od razu przeszła do rzeczy.
– Byłam u Borgina po kilka pierdół do eliksirów, kiedy akurat miał dostawę z niekoniecznie legalnego źródła, ale nie w tym rzecz. Przemytnik twierdzi, że Ministerstwo szykuje się na grubszą akcję. Podobno Kingsley nie może znieść upokorzenia, jakie mu zgotowałyśmy i chce zemsty. Aurorzy złapali kilku mało rozgarniętych dostawców i dowiedzieli się od nich, że ostatnimi czasy dosyć często zaopatrywałyśmy się u innych przemytników. Myślę, że w ciągu najbliższych kilku dni będą chcieli... złożyć nam wizytę. Jakieś pomysły, jak tego uniknąć?
Sentis zaczęła drapać kłykcie, co oznaczało, że nie było dobrze. Victoria patrzyła pytająco na swoje przyjaciółki, bo sama nie widziała wyjścia z tej sytuacji.
– To co powiem może wam się nie spodobać, ale najważniejsze jest teraz ukrycie Severusa i nasza regeneracja, więc jedynym słusznym posunięciem będzie skrycie się w Hogwarcie.
– Nie ma mowy! – stwierdziła Setnis ze Snape'em w tym samym momencie.
Nathalie tylko wywróciła oczami. Wstała, bo miała nadzieję, że patrząc z góry zrobi na nich nieco większe wrażenie i zawierzą jej autorytetowi.
– Minerva o wszystkim wie i obecała...
– Co? – przerwała jej Sentis, którą na samą myśl o współpracy z Żelazną Dziewicą szlag jasny trafiał. – Kto ci w ogóle pozwolił jej cokolwiek powiedzieć?
– Nie żartuj sobie. Miałam cię prosić o pozwolenie? Może jeszcze na kolanach?
– Och, dajcie spokój – próbowała opanować sytuację Lindsay.
– Zamknij się! – warknęła Sentis wstają z kanapy. – Miałaś ją tylko podpytać o pogrzeb, a nie zwierzać się jej przy herbatce.
– Mogłaś sama do niej pójść!
– Jeszcze czego!
Severus obserwował kłótnie w milczeniu. Nie miał ochoty się wtrącać, ale nie miał też siły, aby po prostu wyjść z pokoju. Nogi miał odrętwiałe, ręce nieco zesztywniałe, kuło go w boku i przy najmniejszym wysiłku kręciło mu się w głowie. Przez ich krzyki zaczął czuć pulsowanie w skroniach. Chciał dać którejś do zrozumienia, że kłótnia jest bezcelowa, jednak w momencie, w którym otworzył usta wydostało się z nich coś nieco innego od słów. Przechylił się przez podłokietnik kanapy i wyrzucił z siebie treść żołądka na podłogę. Chwilę później zrobiło mu się ciemno przed oczami i przestał cokolwiek słyszeć.
– Dalej masz wątpliwości co do mojego planu? – spytała niezbyt uprzejmie Nathalie. Kobieta spojrzała przy tym na biednego Severusa, który przelewał się przez ręce Victorii i Lindsay, choć za wszelką cenę próbowały one przenieść go do sypialni. Mężczyzna wciąż był przytomny, lecz nie koniecznie zdolny do utrzymywania kontaktu z otoczeniem. Wił się i próbował oswobodzić, co trzymającym go kobietom nie było specjalnie na rękę.
Sentis skapitulowała.
– Napisz do niej, że będziemy jeszcze dziś w nocy.
– Lepiej będzie, jeżeli pójdę od razu do Hogwartu. Przetransportuję się tam siecią Fiuu i wybiorę odpowiednie komnaty.
– Jak chcesz. Ale tylko ona ma o nas wiedzieć – zaznaczyła, po czym udała się do sypialni.
Severus już całkowicie odzyskał przytomność, ale zaczął częściej i obficiej wymiotować. Nathalie podtrzymywała go, aby nie spadł z łóżka, a Gryfonka ewakuowała się z pomieszczenia. Mogła znieść bardzo wiele, krew, łzy, rozkład, odór, ale nie wymiociny.
Postawiły go do pionu przy pomocy kilku eliksirów, okładów na klatkę piersiową i kubka ziołowej herbaty. Snape uznał, że już kocie siki smakują lepiej, jednak dosyć szybko odgonił od siebie myśl, w jakich okolicznościach musiał je spożywać.
– Dobra, to ja idę nas pakować, Victoria spakuje sprzęt i składniki, a ty podaj mu więcej herbaty, powinno wystarczyć – rzuciła przez ramię Gryfonka wychodząc z pokoju.
Sentis usiadła na łóżku obok Severusa.
– Ale chce mi się palić – mruknęła sama do siebie.
– Nie podejrzewałbym cię o mugolskie rozrywki.
– Jakbyś sam nigdy nie palił.
– To było w ramach eksperymentu, więc się nie liczy.
Snape powoli i bardzo niechętnie dopijał herbatę. Starał się nie zerkać na brunetkę, ale strasznie go ciekawiło, jak się zmieniła przez te lata. Jedyne, co zdążył zauważyć, to mnóstwo małych i dużych blizn na ciele i twarzy, których nie starała się nawet ukrywać.
Sam się sobie dziwił, że po tylu latach ją rozpoznał. Po zniknięciu martwił się najwyżej miesiąc, a później przestał o niej myśleć. Może to za sprawą Voldemorta, Dumbledore'a albo śmierci Lily. Nie miał pojęcia. Przez chwilę nawet poczuł się winny, że tak szybko zapomniał o swojej dobrej przyjaciółce z czasów szkolnych. Może i była najbardziej aspołeczną dziewczyną w szkole, ale za to potrafiła przesiedzieć z nim w bibliotece całą noc, dość dobrze znała się na eliksirach, a jeśli chodzi o Czarną Magię, to nie miała sobie równych. Oboje nie byli skorzy do zwierzeń, jednak ona znała jego sytuację rodzinną, a on wiedział, jak wiele przykrości spotykało ją przez wzgląd na nazwisko. Minerva nie dawała jej spokoju, dyrektor traktował jak małe dziecko, a reszta nauczycieli próbowała udawać, że jej rodzice wcale nie siedzą w Azkabanie. Oboje nie mieli łatwego życia.
Przemyślenia przerwał mu nagły skurcz ramion i pleców.
– Eliksir rozgrzewający powinien załatwić sprawę – stwierdziła kobieta wyciągając ze stojącej przy łóżku skrzynki odpowiedni słoiczek.
– Za długo trzeba czekać na efekty – wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby.
– Nie, jeżeli się go wciera.
Kilkoma ruchami pozbawiła go czarnego swetra i położyła na brzuchu. Oczywiście opierał się przy tym i narzekał jak małe dziecko, ale Sentis udawała, że go nie słyszy.
Wmawiała też sobie, że robi to wyłącznie ze względów zdrowotnych. Nie miała w tym absolutnie żadnych prywatnych celów, takich jak obejrzenie jego ciała, czy dotknięcie go. Nic z tych rzeczy!
Roztarła intensywnie pachnącą ciecz w dłoniach, po czym położyła je na jego plecy. Zaczęła go masować kolistymi ruchami, na początku powoli i delikatnie, póki nie wyczuła, że jego mięśnie się rozluźniają. Mogła już przestać po kilku chwilach, bo eliksir zdążył w tym czasie zadziałać, ale Severus nie protestował, więc kontynuowała.
– Kiedy to się w końcu skończy? – zapytał cicho Snape, a Sentis szybko zabrała dłonie z jego pleców. – Nie o tym mówię.
Kobieta zaśmiała się cicho i ponowiła masaż.
– Myślałem raczej o tych ciągłych skurczach, wymiotach, omdleniach, atakach kaszlu, dusznościach i temu podobnych.
– Minie jeszcze trochę czasu – odpowiedziała wciąż go masując. Zaczęła rysować palcami wymyślne wzory. – Nie potrafię określić ile, bo to zależy od organizmu. Ale całkiem dobrze sobie radzisz.
– Pewnie ożywianie trupów to dla ciebie codzienność.
– Bez przesady. Ryzyko jest za duże, żeby traktować to jak kawę do śniadania. Myślę, że do pełnej sprawności wrócisz za koło rok, ale tego typu dolegliwości miną za kilka miesięcy.
Sever jak zwykle tylko mruknął niezadowolony.
– Nie marudź! Nie po to wyciągałam cię z piachu, żebyś teraz marudził, że boli cię brzuch.
– A po co? – zapytał odwracając się twarzą w jej stronę.
Przekręcił się na plecy, przy okazji ją z nich zrzucając. Usiedli na łóżku naprzeciwko siebie, a ona znów zaczęła drapać kłykcie.
– To chyba moja sprawa – mruknęła nawet na niego nie patrząc.
– Dotyczy też mnie, więc nie byłbym tego taki pewien.
– Zrobiłam co chciałam. Nie musisz mnie z tego rozliczać.
– Jednak chciałbym wiedzieć, czy mam dług do spłacenia.
– Wolałabym dozgonną wdzięczność. Raczej trudno będzie ci się odwdzięczyć za powrót do żywych. Z tego co wiem pensje w Hogwarcie są raczej marne, Riddle ci nie płacił, a nawet gdyby, to pieniądze za tego typu „przysługę” to słaba rekompensata. Po prostu bądź cierpliwy.
Wyszła z pokoju z przeczuciem, że mimo usilnych starań dała się ponieść emocją i powiedziała o kilka słów za dużo. Niby nic o uczuciach, ale o tych sprawach czyta się raczej między wierszami. Pozostawało jej jedynie mieć nadzieję, że mózg Severusa nie powrócił jeszcze do pełnej sprawności.
Kiedy brunetka pomagała przyjaciółkom w spakowaniu całego bajzlu z powrotem do kufrów, Severus postanowił na nowo poznać swoje mieszkanie, a raczej sypialnię. Próbował przypomnieć sobie wszystkie skrytki, jakie wykombinował w sobie tylko znanym celu. Było ich multum, z czego większość kompletnie nieprzydatna. Ale w tym momencie interesowała go jedna.
Schował w niej najbardziej osobiste rzeczy. Nie chodziło o szczoteczkę do zębów i ulubione majtki, a o zdjęcia. Nie posiadał ich zbyt wiele. Prawie dwadzieścia lat temu dokonał surowej selekcji i zniszczył większość swoich rodzinnych i prywatnych pamiątek. Ograniczył się jedynie do małego albumu, który schował gdzieś w tej sypialni, ale za cholerę nie pamiętał gdzie. Nie chodziło oczywiście o to, że szwankowała mu pamięć. Severus zaraz po schowaniu swoich skarbów rzucił na siebie zaklęcie tłumiące, które nie usuwało z pamięci tego wydarzenia, a jedynie dość mocno je wytłumiało. Przypomnienie sobie tej informacji było możliwe, ale niekoniecznie łatwe.
A czasu miał mało.
Słyszał, jak kobiety ganiały po całym mieszkaniu w poszukiwaniu co ważniejszych rzeczy, ich ciche pokrzykiwania, pytania, prośby, rozkazy, bluzgi. Był strasznie chaotyczne w swoich przedsięwzięciach, co kazało się zastanowić mężczyźnie, jakim cudem nie wstał z martwych jedynie połową ciała.
Myślał. Dużo i intensywnie, nawet jak na niego. Chodził po pokoju, macał ściany, mruczał pod nosem, choć nie było ku temu powodów, bo nigdy nie zrobił skrytki uruchamianej głosem.
Nie poddał się bez walki, ale koniec końców skapitulował po tym, jak po raz trzeci obmacał każdy centymetr pomieszczenia. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie schował albumu w jakimś innym pokoju albo go nie wyrzucił. Rozważył wszystkie opcje, jakie przyszły mu do głowy. Nawet te absurdalne, jak przekazanie komuś tych zdjęć.
Pozostawało mu jedynie pogodzić się ze stratą.
– Sever! Wstawaj! Spadamy stąd! – zawołała Lindsay.
Kiedy Ślizgon wszedł do salonu czekały tam już na niego trzy kobiety oraz stos kufrów i skrzynek na eliksiry. Sentis pomogła mu założyć płaszcz, po czym wyszli z mieszkania.
Lało jak z cebra, było zimno, ciemno i pochmurno. Severus pomyślał, że bardziej londyńskiej pogody jeszcze nie widział. Udali się do zaułka kilka kamienic dalej.
Jeszcze wczoraj zarówno Snape jak i Gaunt powiedzieliby, że prędzej zdechną, niż wrócą do Hogwartu.
– Niech to szlag – mruknęła cicho Ślizgonka, a po chwili w ciemnym i śmierdzącym zaułku zostało po nich tylko dudniące echo cichego trzasku po teleportacji. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

VIII

– Padam na ryj – stwierdziła Victoria kładąc się na kanapie w salonie. Dziewczyna nawet nie miała siły pójść pod prysznic, czy zdjąć brudnych ubrań. Sentis tylko narzuciła na nią koc, a Krukonka niemal od razu zasnęła, cicho pochrapując.
Ślizgonka zdjęła z siebie brudną, zakrwawioną i podartą sukienkę, po czym poszła do kuchni, aby obmyć się przy zlewie, gdyż łazienkę zajmowała Gryfonka. Napełniła miskę ciepłą wodą i wylała ją na siebie. Następnie zaczęła się namydlać i szorować, z czym bardzo się spieszyła, bo pragnęła jak najszybciej położyć się do łóżka.
– Krwawisz – usłyszała za plecami głos Nathalie.
– Co? Skąd? – zapytała zdezorientowana.
– Ze szramy na twarzy. Pewnie rana otworzyła się pod wpływem ciepłej wody. Powinnaś to sobie wyleczyć albo chociaż opatrzyć.
Puchonka usiadła przy stole. Miała na sobie tylko bieliznę i kapcie, a w dłoni trzymała czystą koszulę, która służyła jej za piżamę. Kobieta przyglądała się przyjaciółce. Ślizgonka wyglądała naprawdę źle. Prawa połowa jej twarzy spuchła i stała się fioletowa, a po przekątnej przecinała ją czerwona, głęboka, krwawiąca rana. Oczy miała napuchnięte i zaczerwienione.
– Wyglądasz jak gówno.
– Dzięki, zawsze chciałam usłyszeć coś takiego od własnej przyjaciółki – odparła ironicznie Sentis.
Czarnowłosa uniosła w rozbawieniu kąciki ust, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Po chwili usłyszały skrzypienie drzwi od łazienki i kroki Lindsay. Gryfonka weszła do kuchni i kiwnęła w stronę przyjaciółki, aby ta poszła pod prysznic. Sama zaraz ulotniła się do salonu, gdzie dzieliła kanapę razem z Krukonką.
Ślizgonka umyła się do końca, a następnie zaczęła szukać apteczki. Severus musiał mieć coś takiego, bo w końcu sam nierzadko kaleczył sobie palce podczas przygotowywania eliksirów. Przynajmniej tak było jeszcze kilkanaście lat temu i choć Sentis podejrzewała, że mężczyzna miał tego typu wypadki coraz rzadziej, to nie wątpiła w jego przezorność. W jednej z szafek w salonie znalazła kilka opakowań gazy, bandaż i plastry. Weszła jeszcze do sypialni, gdzie w etażerce urządził sobie barek, aby wziąć butelkę wódki. Przy okazji zgarnęła z kufra jakąś koszulkę do spania i ciepłe skarpety. Z całym ekwipunkiem udała się z powrotem do kuchni. Rozstawiła wszystko przy zlewie, aby nie zachlapać krwią całego pomieszczenia podczas zakładania opatrunku, co było bardzo prawdopodobne, pomimo środków ostrożności. Na początku wyjęła z szafki niewielki słoik, zapewne po musztardzie lub innym sosie, opłukała go wodą, a następnie napełniła do połowy wódką. Otwierała właśnie opakowanie gazy, kiedy do kuchni weszła Lindsay.
– Nawet mi nie mów, że zamierzasz teraz pić – powiedziała beznamiętnym głosem zszokowana dziewczyna. Powoli zbliżała się do przyjaciółki i starała się nie spuszczać jej z oczu nawet na sekundę. Przemieszczała się na tyle nieudolnie, że przewróciła stojące za nią krzesło, a huk z tym związany przyciągnął do kuchni kończącą właśnie prysznic Nathalie.
– Chyba cię pogięło – warknęła od progu Puchonka.
– Tak! Jestem już w tym stadium alkoholizmu, że zamierzam wchłaniać wódkę przez skórę i zaraz wyleję sobie zawartość tej szklanki na twarz. A że jestem popieprzoną sadomasochistką, to uczynię to na tej pokiereszowanej stronie. Jeszcze jakieś pytania? – Spojrzała złowrogo na przyjaciółki, a kiedy milczały, otworzyła opakowanie tej nieszczęsnej gazy i wrzuciła ją do naczynia z alkoholem.
– Co ty do cholery wyprawiasz?! – zirytowała się Lindsay. Już nie wiedziała, co ma teraz zrobić.
– Zamierzam opatrzyć sobie obity ryj!
– Wódką? – spytała z niedowierzaniem i szczerym zainteresowaniem Nathalie.
– Nie wiem, czy wiesz, ale alkohol dezynfekuje rany. Pomóż mi z tym, bo coś czuje, że krew się będzie lała jak Ognista na święta w Hogwarcie.
– To ja już podziękuję – rzuciła szybko Gryfonka, wycofując się z pomieszczenia. – Mam dość ekscesów na dzisiaj. Miłej zabawy!
– Cykor – mruknęła cicho Sentis. – Ty też uciekasz, czy pobawisz się ze mną w magomedyka?
Nathalie zmrużyła złowrogo oczy, jednak po chwili uśmiechnęła się delikatnie i podeszła bliżej przyjaciółki. Najpierw dokładnie wyszorowała ręce mydłem, aby nie przenieść do rany żadnych brudów. Ślizgonka zrobiła to samo, choć w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia, bo obie założyły lateksowe rękawiczki, które przetransmutowały sobie z opakowania po gazie. Nathalie oblała dłonie wódką, a następnie wyciągnęła ze szklanki nasiąknięty alkoholem pęczek gazy, po czym lekko go wycisnęła.
– Domyślam się, że będzie cię to piekło jak jasna cholera, ale uprzedzam, żebyś nie wydzierała się zbyt głośno, bo niestety, ale nie mieszkamy w domku jednorodzinnym. Gotowa?
Sentis tylko mruknęła zniecierpliwiona, choć chciała już zrezygnować z opatrunku i po prostu położyć się spać.
– Może lepiej usiądź na krześle.
Brunetka posłusznie usiadła. Odwróciła wzrok w drugą stronę, aby nie widzieć, co Nathalie wyczynia z jej twarzą. Czuła, jak dziewczyna ściera nieco już zaschniętą krew z szyi i policzka. Później było już tylko gorzej. Czuła lekkie szczypanie, kiedy Puchonka przecierała napuchnięte miejsca, a o mało nie spadła z krzesła podczas czyszczenia mniejszych zadrapań.
– To chyba nie był dobry pomysł – stwierdziła Sentis.
– Za późno.
Nathalie oblała wódką otwartą ranę, szybko przycisnęła do niej świeżą, czystą gazę, a później przykleiła całość plastrami i owinęła dla pewności bandażem. Brunetka już kurczowo trzymała się oparcia. Niewiele jej brakowało do utraty przytomności, ale dała radę. Nie wydała z siebie nawet najcichszego dźwięku, mimo że miała ochotę bluzgać i rzucać klątwami z bólu. Druga tylko odgarnęła czarne włosy z twarzy. Sprzątała z blatu wszystkie zakrwawione i teraz już zbędne pierdoły, przy akompaniamencie ciężkiego oddechu Sentis, która o dziwo wyglądała gorzej niż przed założeniem opatrunku.
– Idziemy spać – zarządziła po skończeniu porządków. – Wstaniesz sama, czy ci pomóc?
– Ty mi już lepiej w niczym nie pomagaj...
Obie przeszły powoli do sypialni, gdzie szybko zasnęły, mimo narzekań brunetki i głośnego chrapania Victorii w pokoju tuż obok.
Wszystkie spały bardzo długo, bo obudziły się późnym popołudniem następnego dnia, kiedy na ulicach zapalały się lampy, a matki wołały swoje pociechy ma obiad. Wieczór zapowiadał się na spokojny, pogoda dopisywała. Słońce leniwie oświetlało kamienicę ostatnimi promieniami, aby za jakiś czas zajść za nieboskłon. Wszystko wydawało się takie sielankowe.
Wypoczęta Sentis siedziała na schodkach przed kamienicą, popijała kawę i oglądała obraz nędzy i rozpaczy, jakim było podwórko oraz płynąca nieopodal rzeka. O tej porze roku robiło się już chłodno, co dotyczyło także tego wieczora, ale Ślizgonka zdawała się tym nie przejmować, bo siedziała ubrana w jeansy i szarą koszulkę. Miała bose stopy, które bardziej niż reszta jej ciała, odczuwały chłód.
Dziewczyna rozkoszowała się ciszą oraz w miarę świeżym powietrzem. Nie czuła ścieków, ani odoru śmieci, co można było uznać za mały sukces. Niebo było bezchmurne, lekko pomarańczowe od zachodzącego Słońca. Sentis czuła się jak przeciętna mugolka. Liczyła się tylko ona, jej bliscy i nic więcej. Żadnym ogólnoświatowych problemów, epidemii smoczej ospy, napadów czarnoksiężników, czarnej jak hogwardzkie lochy magi, ani nic z tych rzeczy. Tylko ona i kawa.
Rozkoszowała się ciszą dopóki jej ciało nie odrętwiało z zimna. Kawa skończyła się dużo wcześniej, jednak oglądanie zachodu Słońca było bardziej kuszące niż dolewka napoju.
Aż sama się sobie dziwiła, że po tylu przejściach potrafiła się jak gdyby nigdy nic odprężyć i odpocząć. Cieszyła się wtedy błahostkami, a w zachowaniu przypominała małe dziecko.
Wróciła do mieszkania, kiedy na dworze było już ciemno. W salonie zastała drzemiącą jeszcze Lindsay, która najwyraźniej uznała, że nie spała wystarczająco długo. Pozostałe przyjaciółki gdzieś się ulotniły.
Sentis postanowiła wziąć się za porządki. Nie wiedziała, jak długo przyjdzie im tu mieszkać, ale było pewne, że to tutaj będą pielęgnowały Severusa aż do jego pełnego wyzdrowienia. Musiała odkurzyć całe mieszkanie i odkazić kuchnię oraz łazienkę, bo tam zamierzała przygotowywać potrzebne im eliksiry. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej skłaniała się do wersji, że powinna sporządzić ich listę. Brakowało jej wielu składników, powinna rozejrzeć się również za nowym kociołkiem. Niby nic w tym trudnego, wystarczyło przecież wybrać pieniądze z banku i wybrać się na zakupy. Niedawne wydarzenia sprawiały jednak, że to z pozoru proste rozwiązanie stawało się niemal niewykonalne. A co jeśli znowu je zamkną w Azkabanie? Tym razem mogło się obejść bez procesu. Minister byłby do tego skłonny, szczególnie po atrakcjach, jakie przeżył w swoim gabinecie.
Zaczęła od sypialni. Na początku otworzyła okno, bo unoszący się w powietrzu zapach stęchlizny był nie do zniesienia, szczególnie po długim pobycie na dworze. Zabrała się za porządkowanie rzeczy z szafy i etażerek przy łóżku, których zawartość nie była liczna. Trochę ubrań, stare pióra, pergaminy, puste butelki, kilka podartych ręczników, jakieś bibeloty i mnóstwo kurzu. Szary pył unosił się wszędzie. Nieprzyjemnie wchodził w oczy brunetki i osiadał na jej rzęsach. Uporządkowanie pokoju zajęło jej niespełna godzinę, ale kolejne dwie poświęciła na wycieranie kurzu oraz mycie podłogi. Wszystko robiła ręcznie. Z jakiegoś powodu nie chciała używać magi, to wydawało jej się za proste.
Po skończeniu pracy zaparzyła cały dzbanek świeżej i mocnej kawy. Lindsy cały czas drzemała na kanapie, przyjmując przy tym coraz to dziwniejsze pozy. Ślizgonka siedziała po ciemku w kuchni z kubkiem w ręku. Rozmyślała nad różnymi rzeczami, sącząc przy tym kawę. Czuła, że musi wykorzystać ten dzień, a raczej noc, na lenistwo, bo następne dni, a nawet tygodnie będą ciężką pracą.
Usłyszała skrzypienie drzwi frontowych, a zaraz potem głosy przyjaciółek. Nathalie weszła do kuchni, zapaliła światło i bez słowa usiadła obok Ślizgonki. W tym czasie Victoria poszła obudzić Lindsay. Po chwili w komplecie zasiadały przy stole.
– Zrobiłyśmy małe rozeznanie w terenie – zaczęła Puchonka. – Odwiedziłyśmy starych znajomych, pogadałyśmy nieco z Lucjuszem, a Victoria przeczytała książkę, którą ostatnio kupiłam.
– Jestem pod wrażeniem tego ostatniego. Szanujemy twoją chęć rozwoju – zaironizowała wciąż nieco śpiąca Lindsay. – Przybij piątkę! – uniosła do góry otwartą dłoń, ale reszta tylko spojrzała na nią niepewnie, jednak z lekkim rozbawieniem. – Nie ważne.
– Krótko mówiąc, zaczęłyśmy się rozglądać za wszystkim, co potrzebne do ożywiania. Jeżeli dobrze pójdzie, to powinnyśmy zdążyć przed końcem października, ale najbardziej prawdopodobną wersją jest środek listopada – dokończyła Nathalie.
Lindsay obudziła się już na tyle, aby poddać w wątpliwość szacowania przyjaciółki.
– Połowa listopada? Dobrze by było, gdybyśmy skończyły przed końcem przyszłego roku, więc wstrzymałabym się z tym optymizmem.
– A to niby dlaczego? – spytała srebrnowłosa, zdziwiona powątpiewaniami Gryfonki, która zazwyczaj była dobrej myśli.
– Myślę, że potrzebujemy trochę więcej czasu na przygotowania, niż te kilka tygodni. Poza tym wyciąganie z grobu zaraz po aferze w banku i ogólne zainteresowanie nami, może się źle skończyć dla Severa i dla nas, przyjmując, że w ogóle zdążymy cokolwiek zrobić w tym kierunku przed tym, jak nas znowu zamkną.
Dziewczyny musiały przyznać jej rację. Bardzo nierozsądnie podeszły do sprawy, bo pośpiech był tu co najmniej niewskazany.
Zaczęły przygotowywać listę rzeczy, które będą przydatne lub potrzebne podczas ożywiania oraz okres rekonwalescencji. Liczba eliksirów oscylowała wokół dwudziestu, z czego każdego z nich potrzebowały przynajmniej dwie porcje. Do przygotowania jednej mikstury niezbędne było średnio dwunaście składników, z czego cztery były do pozyskania jedynie na czarnym rynku, a resztę można było opisać jako trudno dostępne. Należało też pomyśleć o nowej aparaturze, czyli kociołkach, ampułkach, probówkach, łychach, rękawicach, palnikach, trójnogach i masie innych rzeczy. Przydałby się również nowy strój, a najlepiej dwa, pościel, poduszki, fotel, aby Severus miał gdzie siedzieć po wstaniu z łóżka, bo te w mieszkaniu nadawały się na drapak dla kotów. Oprócz wszystkich materialnych spraw potrzebowały spokoju. Wiązało się to z narzuceniem na mieszkanie, a najlepiej na całą kamienicę, ogromnej ilości zaklęć obronnych, ochronnych, antywłamaniowych... Lista była naprawdę długa. Wizja szybkiego zakończenia sprawy wydawała się bardzo odległa.
– Na brodę Merlina! Ile jest potrzebne tego cholerstwa, to się w głowie nie mieści! – podzieliła się swoją refleksją Victoria.
– Nie będzie łatwo. Powinnyśmy zacząć przygotowania już od jutra – zaproponowała Sentis.
– Tak będzie najlepiej – podchwyciła Nathalie, po czym zaczęła rozdzielać obowiązki. – Sentis i Victoria pójdą do Banku Gringotta, a później zajmiecie się kompletowaniem sprzętu, Lindsay skontaktuje się z naszymi dostawcami i sprawdzi stan zapasów w mieszkaniu i naszych kufrach.
– A ty? – zapytała Sentis.
– Zacznę szukać grobu.
– Zaraz, zaraz. To my nie wiemy, gdzie on leży?
Lindsay jak zwykle była najmniej poinformowana i jak zwykle obwiniała za to wszystkich, tylko nie samą siebie.
– W książce podają, że podczas pogrzebu był obecny tylko grabarz i Minerva.
– Jaka Minerva? – zapytała Sentis.
– Twoja ulubiona nauczycielka z Hogwartu.
– Całe szczęście! – zakrzyknęła z ulgą.
– Z czego się tak cieszysz?
– Że to nie ja będę z nią rozmawiać. Miłej pogawędki przy herbatce. Pozdrów ją ode mnie i zapytaj, czy w końcu straciła cnotę.
– Chociaż po tylu latach mogłaby byś milsza. Pomagała przy wojnie i... – próbowała bronić swoją opiekunkę Gryfonka.
– Po tym, jak mocnym kopniakiem zatrzasnęła przede mną drzwi do kariery łamacza klątw czarnomagicznych, to jedyne co mogę dla niej zrobić, to pokazać jej środkowy palec, o ile pozostajemy przy najmniej obelżywej wersji! – Sentis w napadzie furii poderwała się z miejsca, a następnie opuściła pomieszczenie przy akompaniamencie trzaskających drzwi.
– Mi się wydaje, że trochę przesadza – stwierdziła spokojnie blondynka. – Na pewno nie było aż tak źle.
– Przecież doskonale znasz tę historię – westchnęła Puchonka, również wychodząc z kuchni.
– No właśnie nie!
– Na mądrą Rowenę! McGonagall wystawiła jej Zadowalający na koniec szóstej klasy z transmutacji, bo po wykonaniu wszystkich zadań praktycznych i teoretycznych odpowiedziała jej na „niezobowiązujące” pytanie.
– „Jakie jest pani zdanie na temat zastosowania transmutacji w życiu codziennym?”.
– I?
– Odpowiedziała, że ostatnio użyła jej do przetransmutowania wiadra w szklankę do whiskey i rękawiczki w prezerwatywę.
– Żartujesz?!
– Mówię na serio. Tylko Żelazna Dziewica nie złapała żartu. Obniżyła jej ocenę za lekceważący stosunek do przedmiotu.
– A co na to Sentis?
– Kilka miesięcy później uciekłyśmy razem z nią z Hogwartu. Strach pomyśleć, co by się z nami śmiało, gdyby nasza żmijka dostała wtedy Wybitny.
– Pewnie każda nas pracowałaby z Ministerstwie...

– Po moim trupie – zakończyła rozmowę Victoria.
Mrs Black bajkowe-szablony