Pokazywanie postów oznaczonych etykietą auror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą auror. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2014

VII

Dziewczyny składały zeznania na temat Voldemorta jedynie przez kwadrans. Sprawa stała się już jasna i nikt nie miał wątpliwości, co do tego, że są niewinne. Kingsley okazał się być bardzo oczytanym oraz niezwykle inteligentnym człowiekiem, toteż ich zdaniem nadawał się na Ministra Magii. Kobiety zostały przeproszone za bezpodstawne zatrzymanie, nieodpowiednie zachowanie ze strony aurorów, a także przesadzone środki ostrożności, które chyba najbardziej dały im się we znaki.
Po przesłuchaniu w sprawie Voldemorta zostały zaproszone do biura Ministra. Pretekstem była herbata i obiadek. Zgodziły się jedynie ze względu na Lindsay, która powiedziała, że zaraz padnie z głodu.
Gabinet Kingsleya był dość okazały, jak na tak skromnego polityka. Pozwolił sobie na luksusowy heban, którym wyłożona została podłoga i ściany, a także na ogromne, dębowe biurko. W pokoju znajdowały się jeszcze regały i stolik wykonane z tego samego materiału oraz dwie miękkie kanapy z małymi pufami do kompletu. W pokoju znajdowało się dużo świec, lamp i kaganków, toteż nie wydawał się on mroczny, a raczej poważny i bezpieczny.
W piątkę usiedli na kanapach. Lindsay zajęła skrajne miejsce, aby Kingsley na nią nie patrzył i jej nie dotykał. Chciała tylko coś zjeść, odpowiedzieć na kilka grzecznościowych pytań i wyjść. Była naprawdę bardzo głodna, a deportacja w takim stanie mogłaby się skończyć wymiotami, omdleniem, a nawet uszkodzeniem żołądka, a, jak żartobliwie twierdziła Victoria, Gryfonka ceniła sobie ten organ bardziej niż mózg.
Przez kilka minut Minister przepraszał za nieodpowiednie traktowanie i obiecywał zadośćuczynienie...
A co pan przez to rozumie? – zapytała Sentis. Jej zdaniem dziwne było rzucanie takich przyrzeczeń, nie wiedząc nawet czym dokładnie zajmują się kobiety. A co gdyby zażyczyły sobie trzystu martwych mugoli albo dwudziestu litrów krwi jednorożców?
Mówcie mi Kingsley. W końcu chodziliśmy razem do Hogwartu, więc nie ma sensu bawić się w zbędne grzeczności.– Przemilczał pytanie.
Po chwili do gabinetu weszło dwóch mężczyzn wiozących na metalowym stoliku kilkudaniowy posiłek. Na początek podano kremową zupę z dyni z grzankami, później stek z ryżem i warzywami, następnie koktajl truskawkowy, a na koniec ogromny kawałek cista czekoladowego. Wszystko zjedli w ciszy, sącząc różne odmiany wina.
Mam nadzieję, że wam smakowało – powiedział mężczyzna rozsiadając się swobodnie na kanapie. – Może jeszcze wina? Nie dajcie się prosić...
Kiwnął na lokajów, a ci podali kobietom pełne kieliszki i ulotnili się z pokoju.
Sprawa z Voldemortem jest już zakończona i nie macie się o co martwić – zaczął zapewniać kobiety Minister.
Wiemy, przecież nie żyje – zażartowała nieco oschle Nathalie. Dziewczyna chciała już ulotnić się z Azkabanu. Zastanawiała się też, po co Minister ma własny gabinet w więzieniu dla czarodziejów.
Mężczyzna tylko uśmiechnął się uprzejmie pod nosem, po czym kontynuował swoją wypowiedź.
Chciałbym jednak dowiedzieć się nieco więcej o waszych podróżach, które, jak mniemam, były długie i bardzo liczne.
Jakoś nie mam nastroju na zwierzenia. A ty? – zwróciła się do Krukonki Sentis.
Ja to bym poszła spać – ziewnęła Ślizgonka.
A ja pod prysznic – dorzuciła swoje trzy grosze Nathalie, zaś Lindsay przemilczała ową przekomarzankę.
Shacklebolt zacisnął wargi. Był bardzo niezadowolony z obecnej sytuacji. Zapewne na rękę byłoby mu gdyby kobiety zaczęły opowiadać o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami jak najlepszej przyjaciółce. Zależało mu na informacjach, a one dobrze ich strzegły.
Chciałbym wiedzieć, a Ministerstwo wręcz musi. Nie chodzi o moje, czy, ogólniej mówiąc, nasze wścibstwo. Zbieranie tego typu informacji ma na celu dbanie o bezpieczeństwo świata magicznego i wasze, w razie gdybyście w czasie wyjazdu potrzebowały pomocy. Rozumiecie, że to nic złego, ot taka zwykła zapobiegliwość.
Niby rozumiemy, ale mamy to w...
– … wielu aspektach na uwadze, a także wiele innych rzeczy, którymi jednak nie chciałybyśmy się chwalić. Sam rozumiesz, to nasze prywatne sprawy – przerwała Ślizgonce Nathalie. – Niestety, nie możesz liczyć na żadne zwierzenia.
Mężczyzna westchnął teatralnie, czym chciał zapewne ukryć swój gniew i zniecierpliwienie. Sentis patrzyła na niego uważnie. Z początku wydawał się jej bardzo kompetentny, a nawet dość „przystępny” w obejściu, żeby nie powiedzieć miły. Wiedziała jednak, że nie może być aż tak dobry. Nikt, kogo dałoby się określić tym słowem, nie nadawał się na polityka, a Kingsley jakimś cudem nim został i to w dodatku najważniejszym dla brytyjskich czarodziei. Sama nie wiedziała dlaczego na początku myślała o nim w samych superlatywach. Może przez przyczynienie się do ich uwolnienia? Szybkie zakończenie sprawy? Obiad? Ślizgonka czuła się dość niepewnie z przeświadczeniem, że właściwie nie zna mężczyzny, który uratował jej tyłek przed zgniciem w zatęchłym lochu, przeprosił, nakarmił, a na koniec „poprosił” o informacje. Prywatne i cholernie poufne informacje. Równie dobrze mógł je zapytać o kolor majtek, jakie mają dziś na sobie. A właściwie to od kilku dni. Fuj!
Nie chcę być niemiła, ale sytuacja mnie do tego zmusza – zaczęła nieco agresywnie Sentis. – Dziękujemy za obiad, przeprosiny przyjmujemy, o podróżach nic nie powiemy, a my musimy już wracać do domu. Prysznic i te sprawy, sam rozumiesz.
Kobieta już prawie podniosła się z miejsca, lecz Kingsley zaczął ponownie.
Rozumiem waszą sytuację, jednak wy musicie wczuć się również w moją. Nie będę was zatrzymywał. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, a teraz wznieśmy toast za szczęśliwe zakończenie.
Mężczyzna podniósł swój kieliszek i gestem dłoni wskazał, aby kobiety zrobiły to samo. W piątkę stali wokół stołu ze szkłem pełnym wina w rękach.
Żebyście nigdy więcej nie musiały wracać do Azkabanu!
Minister uniósł kieliszek do ust, jednak kobiety nie ruszyły się ani o milimetr. Patrzyły na niego z coraz bardziej widoczną wrogością.
Co za idiota” pomyślała Nathalie. Usłyszały, a raczej wyczytały to w myślach również pozostałe czarownice, a to za sprawą łącznej legilimencji, przez co mogły przekazywać sobie informacje, bez obawy, że usłyszy je ktoś niepożądany.
Od razu rzucamy Avadą, czy najpierw dosadnie tłumaczymy mu jego błąd?” — zapytała Victoria.
Wybrałabym to pierwsze, ale jesteśmy w cywilizowanym kraju, więc albo tłumaczymy, albo załatwiamy to na pięści” — odpowiedziała Lindsay.
Naprawdę myślałeś, że ci się uda? Aż taki z ciebie głupiec? – zapytała ze stoickim spokojem Ślizgonka. Postanowiła nie zastraszać go na samym początku, a poczekać na jego reakcję.
Mężczyzna udawał, że nie wie, o czym mowa. Otworzył usta ze zdziwienia i pokręcił nerwowo głową.
Następnym razem, kiedy będziesz chciał zmusić nas do mówienia, postaraj się użyć czegoś mniej oczywistego. Veritaserum niesamowicie śmierdzi w połączeniu z winem – zakończyła ostro brunetka, po czym wylała zawartość swojego kieliszka na podłogę i delikatnie odstawiła szkło na stolik. Reszta dziewczyn nie była już tak elegancka, gdyż po prostu upuściły je na hebanowe deski.
Oddaj nam różdżki – zażądała Krukonka.
Obawiam się, że nie ma takiej możliwości — stwierdził ponuro.
Drzwi zamknęły się z hukiem po słowach Ministra. Mężczyzna wstał i podszedł do swojego biurka. Wyciągnął z niego mugolskie cygaro, które śmierdziało zgniłą trawą. Palił je powoli, mocno się przy tym zaciągając.
Są dobrze strzeżone, a wy nie wyjdziecie stąd, póki się wszystkiego nie dowiem.
Co za imbecyl” stwierdziła mało odkrywczo Ślizgonka. „W kim ty się podkochiwałaś, Lindsay? W Gryffindorze naprawdę nie było nikogo lepszego?”.
Daj mi spokój! Możesz sobie z nim zrobić co zechcesz. Na przykład nowe rękawiczki dla Victorii”.
Okropny pomysł. Po prostu go postrasz i chodźmy już do domu. Chcę się umyć, a później spać przez najbliższy tydzień” powiedziała znudzona Krukonka.
Czyli mogę już przestać być miła?” zapytała Ślizgonka.
Tak!” odpowiedziały jej koleżanki.
Wiesz Kingsley, miałam cię za porządnego faceta – zaczęła Sentis wstając z kanapy. – Pomyślałam: „Hej! W końcu mamy normalnego Ministra!”, ale nie. Nikt normalny nie chciałby brać udziału w takim gównie. A można by pomyśleć, że po tej całej wojnie i zniszczeniach gorzej już nie będzie. Chcesz sławy, glorii za osiągnięcia zawodowe, jednak doskonale zdajesz sobie sprawę, że trudno będzie ci przyćmić Pottera po tym, jak zabił Toma Riddle'a. Zostaniesz kolejnym, zwykłym Ministrem, który będzie zapamiętany jako przeciętny urzędas, a nie godny uwagi człowiek. Pogódź się z nieuniknioną porażką.
W odpowiedzi Kingsley tylko się zaśmiał. W akcie pogardy położył nogi na biurku i usiadł wygodniej w fotelu, pstryknął palcami prawej dłoni, a do pokoju weszli trzej aurorzy. Ci sami, którzy wyciągali je z celi na rozprawę.
Kobiety wstały z kanapy. Podeszły do Sentis, a Kingsley zaśmiał się jeszcze głośniej.
Cztery strachy na wróble przeciwko trzem uzbrojonym czarodziejom. Przestańcie się ośmieszać. Porozmawiajmy jak cywilizowani ludzie, bo dobrze wiemy, że nic nie wskóracie swoją mało efektowną agresją.
Na Merlina, a ten dalej swoje – warknęła zniecierpliwiona Nathalie. – Oddaj nam różdżki, tak, te które trzymasz w drugiej szufladzie od dołu w pudełku po cygarach.
Ministrowi mina nieco zrzedła, ale dalej pozostawał w dobrym humorze.
Panowie, pomóżcie paniom usiąść.
Aurorzy chcieli naprzeć na kobiety swoją masą, ale po zrobieniu trzech kroków jak gdyby zderzyli się z niewidzialną ścianą. W tym czasie czarownice nawet na nich nie spojrzały, a jedynie rzucały pełne nienawiści spojrzenia w stronę czarnoskórego, któremu ze zdziwienia aż wypadło cygaro z ręki. Dziewczyny stały z założonymi rękami. Minister dobrze wiedział, że czekają na zwrot swoich różdżek. Już miał wyczarowywać sygnał alarmujący, jednak Sentis była szybsza. Wyciągnęła rękę przed siebie i ruchem dłoni pozbawiła go różdżki, kolejnym uniosła go nad ziemię, a lekkim machnięciem rzuciła nim o podłogę. Następnie powoli odwróciła się do aurorów, którzy chcieli już uciekać, ale za pomocą podobnych gestów umieściła ich na suficie.
Jak już zdążyłeś zauważyć, przestałyśmy być miłe. Teraz poznasz trochę z tego, czego zdążyłyśmy się nauczyć podczas licznych wyjazdów. Moim ulubionym sposobem jest martwy krzyk. Potrafi nieźle namącić w głowie. Chcesz zobaczyć? — powiedziała Victoria.
Mężczyzna uniósł się na łokciach.
Ty... ty....
Czyli chcesz. Służę uprzejmie – podeszła do niego. Przykucnęła nad jego głową, którą przycisnęła ręką do podłogi. Lewą dłonią zaczęła zataczać kręgi w okolicach jego ucha, a następnie dmuchnęła mu w twarz. Efekt był natychmiastowy.
Kingsley wygiął się niczym struna, po czym zaczął wić się z bólu. Słyszał tylko przeraźliwy pisk, który przeszywał jego głowę i powodował ostry, nieustający ból, porównywalny do powolnego wbijania tępego szpikulca w ciało i kości. Czuł, że jest na skraju wytrzymałości. Mimowolnie wykrzywił się do bardzo nienaturalnej pozycji. Wydawało mu się, że słyszy chrzęst pękających kości. Jego kości.
Victoria niecierpliwie patrzyła w stronę Sentis.
Długo jeszcze mam go tak trzymać? — spytała.
Skąd mam wiedzieć? Przecież ty rzuciłaś zaklęcie.
To będziemy tak tu stać do jutra?
Myślę, że nie więcej niż pięć minut. Zaraz połamie sobie kręgosłup, a później pęknie mu czaszka – wtrąciła spokojnie Nathalie.
Przestań! Puść! – krzyknęła Gryfonka. – Nie mam zamiaru spędzić przez niego reszty życia w Azkabanie!
Podeszła szybko do wijącego się na podłodze mężczyzny i z całej siły kopnęła go w twarz. Z ust Ministra trysnęła krew, która poleciała prosto na wciąż przykucniętą przy nim Victorię.
Żeby cię szlag jasny trafił! – krzyknęła zdenerwowana takim rozwojem zdarzeń Krukonka. Szybko wstała, aby zobaczyć, jak dużo krwi znajduje się na jej bladym ciele. Szkarłatne krople skapywały z jej podbródka i spływały powoli z szyi i dekoltu. – A jak ma jakieś dziadostwo?! – warknęła do przyjaciółek.
Mów normalnie, a nie jakimś wiejskim narzeczem – fuknęła Nathalie.
Smocza ospa albo coś. Jestem za młoda żeby umierać! I to przez takie ścierwo!
Krukonka kopnęła go w drugą stronę twarzy, a mężczyzna ponownie wypluł mnóstwo krwi. Jego twarz stała się fioletowa, oddychał z trudem, ale żył i nie zapowiadało się na zmianę tego stanu.
Ale wy dzisiaj agresywne – zauważyła Lindsay patrząc z uśmiechem na pozostałe kobiety. – Skoro już poznałeś jedną z naszych sztuczek, to teraz czas, abyś oddał nam różdżki. W tym celu otwórz szufladę i wyjmij z niej pudełko, a z resztą już same sobie poradzimy – zwróciła się do leżącego na podłodze Ministra.
Ten posłusznie wypełnił rozkaz. Zajęło mu to nieco czasu, ale nie stawiał oporu, ani nie próbował sięgać po swoją różdżkę.
Grzeczny chłopiec – pochwaliła go Ślizgonka, kiedy rzucił pudełko na biurko, a sam wdrapał się na fotel. Rozpiął koszulę i zaczął głośnymi haustami wciągać powietrze.
Brunetka skinieniem palca otworzyła drewniane opakowanie. Nie chciała go dotykać, bo nigdy nie wiadomo, jakie zaklęcia obronne mogło na sobie mieć. Walka z klątwą to ostatnie czego teraz sobie życzyła. W środku leżały ich różdżki. Magiczne artefakty drżały delikatnie i jaśniały białą poświatą.
Nareszcie – mruknęła Sentis biorąc do ręki swoją długą cisową różdżkę. Czuła się, jak przy pierwszym jej dotknięciu jeszcze w sklepie Olivandera. Pamiętała, że czuła się wtedy, jakby sam Merlin miał się przed nią pokłonić, a wszyscy czarodzieje świata uznać za królową. Po prostu idealne dopasowanie. Nawet właściciel sklepu był oniemiały z zachwytu.
Jak się stąd wydostaniemy? Nie ma tu kominka, a przed drzwiami pewnie stoją strażnicy – przerwała ciszę zmartwiona Lindsay.
Przecież to gabinet Ministra. Tu nie ma żadnego zaklęcia antydeportacyjnego – uśmiechnęła się w odpowiedzi Ślizgonka.
Minister mógł tylko patrzeć, jak każda po kolei z cichym trzaśnięciem znika z jego gabinetu. Czuł się jak gówno i wiedział, że skopał tę sprawę do granic możliwości. Przegrał i nie mógł nic na to poradzić. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

V

Jestem głodna – marudziła Lindsay.
Nie wkurzaj mnie – syknęła, a raczej wycharczała, Sentis.
Dziewczyny znajdowały się obecnie w celi określanej przez aurorów mianem „cholernej dziury” albo „pokoju z widokiem na dożywocie”. Obie nazwy pasowały idealnie. Okrągłe pomieszczenie zostało wykonane z gładkiej skały, a jedyne wyjście, a zarazem wejście, znajdowało się w wysokim na pięć metrów suficie. Zakratowany otwór stanowił również jedyne źródło, jakże nikłego oraz bladego, światła. Wewnątrz nie działała deportacja. Jedynie kilku aurorów z odpowiednimi pozwoleniami i po przejściu specjalnych kursów mogło wewnątrz używać różdżki, choć wyłącznie do obrony własnej.
Do celi można się było dostać jedynie przez klatkę imitującą windę, która przez otwór była opuszczana na dół. Tak też było w tym przypadku. Każdą kobietę osobno, pod eskortą trzech aurorów, transportowano na dół, gdzie przy pomocy magicznych łańcuchów przykuwano do ściany za ręce i nogi. Łańcuchy miały długość mniej więcej metra, więc mogły wstać, usiąść oraz zrobić krok w przód. Nic poza tym.
Na pomieszczenie rzucono również kilka silnych zaklęć ochronnych i antywłamaniowych w razie, gdyby ktoś chciał im pomóc w ucieczce.
Najgorzej zamknięcie znosiła Victoria. Trzęsła się z zimna i pocierała nerwowo dłonie, jednak to nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Jej skóra widocznie poszarzała i niemal zbliżyła się kolorem do odcienia jej włosów, które już nie połyskiwały jak zazwyczaj. Krukonka zrobiła się szara i matowa.
Nieco lepiej miała się Lindsay, której głównym problemem był głód. Piekielnie chciało jej się jeść, bo nie miała niczego w ustach od... właściwie to nie wiedziała od jak dawna. W celi nie sposób było zmierzyć upływ czasu. Była głodna i odrętwiała, gdyż nie potrafiła przyjąć wygodnej pozycji, mając do dyspozycji jedynie kamienny mur i kawałek podłogi. Wierciła się niemiłosiernie, przy okazji brzęcząc łańcuchami.
Uspokój się wreszcie! – Victoria była już na skraju wytrzymałości. – Próbuję zasnąć, do jasnej cholery.
Ja też, ale tu jest tak strasznie niewygodnie... – pożaliła się dziewczyna.
A czego się spodziewałaś po Azkabanie? – wtrąciła zmęczona Sentis.
Choć trochę ludzkich odruchów, ewentualnie poduszki – mruknęła Gryfonka. Jej blond włosy były brudne od kurzu i teraz przypominały bardziej starą stertę siana, niż zadbaną czuprynę.
Victoria tylko prychnęła z dezaprobatą. Obróciła się twarzą do ściany i ponownie próbowała zasnąć. Dłonie miała zaciśnięte na łańcuchu.
Czy wy musicie aż tak głośno marudzić? Zbudziłybyście ze snu nawet niedźwiedzia – powiedziała Nathalie z wyraźną pretensją w głosie.
Ewentualnie wilka – mruknęła Krukonka, nie odwracając się nawet do dziewczyny.
Ta udawała, że nie usłyszała. Dziewczyna oparła się plecami o ścianę, podkuliła nogi pod siebie, a ręce położyła na kolanach. Spojrzała na Sentis, która przyjęła mniej elegancją pozycję – położyła się na podłodze z nogami zgiętymi lekko w kolanach malowniczo opartymi o mur. Sukienka nie zdołała pokonać praw fizyki i zsunęła się, ukazując przy tym w całości długie i pokiereszowane nogi brunetki.
Ja wiem, że jesteśmy w więzieniu, ale bez przesady! – oburzyła się Puchonka.
Nie odstawiaj takiej cnotki. Poza tym, będę siedziała, jak mi wygodnie.
Sprzeczkę przerwał dźwięk odsuwanej w suficie kraty.
No do jasnej cholery! – krzyknęła zdenerwowana Victoria.
To nie ja! – oburzyła się Gryfonka.
A kto?
Dzień dobry miłe panie! Czas rozprostować kości – usłyszały wesoły głos z góry.
Po chwili do pomieszczenia została opuszczona klatka, w której stało trzech mężczyzn. Jeden chudy, wysoki i z gęstą, czarną brodą; drugi niski z blond loczkami, jak u baranka; a trzeci umięśniony i groźnie wyglądający..
Z uwagi na bezpieczeństwo nasze i wasze, dyrekcja Azkabanu postanowiła przedsięwziąć odpowiednie środki ostrożności. Nie powinny być one dla was specjalnie uciążliwe, prosimy również o zachowanie spokoju. Transport odbędzie się w ten sam sposób, jak to miało miejsce ostatnio – wyrecytował niczym regułkę brodacz. Podczas przemowy żaden z mężczyzn nawet nie zbliżył się do drzwi klatki. Wyszli z niej dopiero po nałożeniu na głowę i twarz kominiarek wykonanych z grubej, łuskowatej skóry, zapewne smoczej.
Dziewczyny przyglądały się im uważnie. Już teraz czuły się nieswojo, ale kiedy jeden z aurorów odpiął od paska długi bat z metalową końcówką, zrozumiały, że coś tu jest nie tak. Przecież nikogo nie zabiły... przynajmniej nie w Londynie. Nie rozumiały, skąd te „środki ostrożności”, ani dlaczego traktowali je jak zwierzęta.
Jako pierwszą postanowili przetransportować Victorię. Nic dziwnego, dziewczyna przedstawiała bardziej obraz nędzy i rozpaczy, niż osoby, która chciałaby się wyrywać i utrudniać im pracę. Mężczyźni nie traktowali jej zbyt delikatnie. Krukonka współpracowała na tyle, na ile starczało jej sił. W pewnym momencie po prostu osunęła się na ziemię. Dwóch mężczyzn szarpnęło ją za ramiona w górę, a trzeci podniósł głowę za włosy, po czym nałożył na nią coś na kształt hełmu, który unieruchamiał jej szyję. Nie mogła obrócić głową ani o milimetr, a świat oglądała zza grubego drutu, którym były przewleczone otwory na oczy i usta.
Sentis nie mogła patrzeć z pokorą na cierpienie swojej przyjaciółki, toteż postanowiła interweniować. Choć trochę.
Może delikatniej? – rzuciła sarkastycznie, powoli zmieniając pozycję na siedzącą.
Ani drgnij! – krzyknął na nią facet z batem. – Bo rozwalę ci łeb!
Na twoim miejscu dopierałabym słowa nieco uważniej...
Milcz! – krzyknął chudzielec wymachując wojowniczo bronią.
Z tego co wiem, to w Azkabanie nie ma zakazu mów... – Dziewczyna nie dokończyła. Straciła przytomność zaraz po tym, jak mężczyzna uderzył ją batem w twarz. Nie poskąpił przy tym swojej siły. Nie skąpili jej też pozostali dwaj aurorzy, którzy ciągnęli ledwie świadomą Victorię do klatki.
Kolejna była niemal sparaliżowana strachem Gryfonka, następnie opanowana, choć nieco zdenerwowana i zmieszana Nathalie. Na końcu skuli wciąż nieprzytomną Ślizgonkę i wrzucili ją do środka. Jak zwierzęce truchło.
Brunetka ocknęła się za sprawą wiadra lodowatej wody wylanego prosto na jej głowę. Wiadro cholernie zimnej, jakby zaczerpniętej prosto z Morza Arktycznego wody, która przyprawiła ją o lekki szok termiczny, bo aż podskoczyła na krześle i zaczęła trząść się, niczym galareta.
Imię i nazwisko – usłyszała. Słowa wypowiadał siedzący za ogromnym biurkiem, siwiejący mężczyzna, zapewne emerytowany auror. Miał na sobie mundur podobny do tych, które nosili mężczyźni wyciągający dziewczyny z celi.
Ślizgonka rozejrzała się po pomieszczeniu. Było dosyć duże i puste. Znajdowała się w nim tylko Sentis siedząca na chwiejącym się krześle i siwy pan oraz biurkiem. Poza tym kilka kinkietów stylizowanych na pochodnie. To wszystko. Od kamiennych ścian bił niesamowity chłód, który był obecny w całym budynku, jako że składał się on wyłącznie z ciemnoszarego kamienia.
Pytałem o coś!
Tak czystko teoretycznie rzecz ujmując, to nie było pytani... – Kolejna porcja lodowatej wody spadła na jej ramiona, za sprawą zaklęcia rzuconego przez mężczyznę za biurkiem.
No więc?!
Dziewczyna stwierdziła, że kolejna dawka jadu z jej strony nie jest warta zimnego prysznica, więc odpowiedziała na pytanie.
Sentis Penelopa Gaunt.
Data urodzenia?
Trzynasty lipca 1960.
Niech ci będzie – burknął pod nosem. – Dobra, to już była ostatnia! Zabrać ją! – krzyknął odwracając się za siebie. Za jego plecami zmaterializowały się drzwi, przez które weszło dwóch aurorów w maskach. Jeden z nich niósł hełm, jaki zakładali w celi Victorii.
Sentis chciała zaprotestować, ale napuchnięta i piekąca szrama na policzku przypomniała jej, jak to było, kiedy ostatnio próbowała postawić na swoim. Postanowiła schować dumę do kieszeni i w milczeniu znieść wszystkie te nieludzkie procedury. Nie wiedziała, przed czym innych ludzi miał chronić kask na jej głowie. Może myśleli, że wzrokiem zmienia w kamień? Albo ma wściekliznę i przegryzie im krtanie? Im więcej miała tego typu przypuszczeń, tym głupsze się jej wydawały.
Mężczyźni założyli jej na głowę wspomniany hełm, a ręce za plecami przytrzymali dwoma bransoletkami na nadgarstkach, które bardzo mocno się przyciągały, przez co dziewczyna nie mogła ich rozłączyć. Jej ciało od pasa w górę było unieruchomione, nienaturalnie sztywne i wyprostowane. Owinięta łańcuchem w pasie, który trzymał jeden z aurorów, powoli kroczyła przez ciemne korytarze Azkabanu. Co dziwne, nie czuła się tu niekomfortowo. Niepokoiła ją sama sytuacja, a niei miejsce, w jakim obecnie się znajdowała. Zdawała sobie jednak sprawę, że była raczej w tych odczuciach osamotniona, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie miał żadnych dobrych skojarzeń z Azkabanem.
Mężczyźni zaprowadzili ją do dużej sali, w której więźniowie dowiadywali się o wyrokach jakie zapadły w ich sprawie. Sentis znała to miejsce. Kiedyś za wcześnie przyszła na odwiedziny do rodziców i nikt nie mógł się nią zająć, więc posadzili ją na widowni, żeby nikomu nie przeszkadzała.
Pomieszczenie wyglądało niczym teatr. Naprzeciwko drzwi znajdowało się podwyższenie, przed nim ustawiono wysokie biurko, a za nim znajdowały się niezliczone rzędy ławek dla zainteresowanych. W większości widownię stanowili kandydaci na aurorów, a pozostałą część rodziny osadzonych i przyszłych skazańców. W przeciwieństwie do reszty Azkabanu, sala była mocno oświetlona. Aż za mocno. Sentis już od progu przestała cokolwiek widzieć, jedynie białe plamy, przez co zaczęła boleć ją głowa. Poczuła jedynie, jak aurorzy wnoszą ją na podwyższenie, a następnie sadzają na wyjątkowo niewygodnym krześle. Oczywiście nie obyło się bez przykucia łańcuchami.
Dopiero po kilku minutach dziewczyna odzyskała wzrok. Nie mogła się obrócić, ale kątem oka zauważyła, że jej przyjaciółki również tu są i zostały potraktowane w podobny sposób. Popatrzyła przed siebie. Widownia była pełna, jednak nikt nie odezwał się nawet słowem. Miejsca za biurkiem były zajęte przez wysoko postawionych urzędników Ministerstwa, za wyjątkiem tego na środku. Czekali na Ministra Magii. Sentis zdała sobie sprawę, że nie wie jak nazywa się osoba obecnie piastująca ten urząd. Może znała tego człowieka? Na samą myśl, że mógłby to być jeden z jej rówieśników, tyle że z Gryffindoru, mocno ją zemdliło. Za szkolnych czasów nie dogadywała się praktycznie z nikim, jej grono znajomych ograniczało się do pięciu osób i nawet im całkowicie nie ufała. Od innych ludzi trzymała się z daleka, ale zawsze znalazł się jakiś chojrak, który postanowił sobie z niej pożartować. Gryfoni cenili sobie każdą okazję do pokazania reszcie świata swojej domniemanej wyższości nad złymi i okrutnymi Ślizgonami.
Widownia zaczynała się niecierpliwić. Ludzie zaczynali coś szeptać między sobą, choć robili to bardzo cicho. Po sali rozchodziły się szmery i dźwięk przesuwającego się po papierze pióra. Szychy za biurkiem również trwały w nerwowym oczekiwaniu. Większość ludzi w sali wyglądała na znudzoną, ale też podekscytowaną, a aurorzy jako jedyni się nie nudzili. Cały czas rzucali coraz to nowe i mocniejsze zaklęcia na łańcuchy, bransoletki oraz hełmy, które unieruchamiały dziewczyny.
Przy zamkniętych do tej pory drzwiach zaczęli gromadzić się funkcjoanriusze. Kilku z nich pozostało na scenie przy kobietach, a reszta podeszła do wejścia. Po paru minutach szeptów, wymianie poleceń i informacji między urzędnikami a aurorami, wrota się otworzyły.
Proszę o włączenie zabezpieczeń – powiedział głośno jeden z mężczyzn siedzących za biurkiem.
Aurorzy zeszli ze sceny. Do sali wszedł mężczyzna w mundurze, tyle że purpurowym, a nie granatowym jak pozostali. Był niezbyt wysokim brunetem z okrągłymi okularami na nosie. Wyglądał na dosyć zdenerwowanego, jego kroki były niepewne, a tempo nierówne. Sprawiał wrażenie, jakby nie chciał tu być.
Podszedł do sceny z różdżką w dłoni, po czym wymienił porozumiewawcze spojrzenie z urzędnikami. Zaczął mruczeć pod nosem inkantacje, z podłogi wystrzeliły cztery słupy światła, które uniosły dziewczyny wraz z krzesłami, po czym z sufitu na każdą z nich spadła stalowa klatka w kształcie kuli, najeżona kolcami ze wszystkich możliwych stron i zamknęła je wewnątrz. Po wszystkim mężczyzna usiadł na widowni w pierwszym rzędzie. Tuzin aurorów stanęło w rzędzie przed biurkiem przodem do sceny.
Dobrze – mruknął z aprobatą wcześniej wydający rozkaz mężczyzna. – Wprowadźcie Ministra.
Sentis spodziewała się wejścia z pompą, pokazu władzy i mocy, czegoś hucznego, co widzów wgniecie w fotel, a ją nieco rozśmieszy. Minister zawsze kojarzył jej się z podstarzałym facetem, który żąda od innych szacunku. Całe Ministerstwo przywoływało jej na myśl cyrkowców, myślących, że są aktorami, a ich miejsce jest w teatrze.
Stało się zupełnie inaczej. Czarnoskóry mężczyzna w skromnej, lecz schludnej, czarnej szacie szybkim krokiem przemierzył salę, a kiedy zbliżył się do biurka, urzędnicy wstali, aby zrobić dla niego przejście. Wszystko odbyło się szybko i bez zbędnych ozdobników. Sentis była pod wrażeniem.
Gdy mężczyźni już zajęli swoje miejsca, po sali przeszedł szmer przewracanych kartek. Urzędnicy cicho się naradzali i przekazywali Ministrowi coraz to nowe akta, dokumenty, dzielili się też z nim swoimi spostrzeżeniami. Ten słuchał ich w milczeniu, oglądał przekazane mu pergaminy i kartki, wyglądał na skupionego.
Lindsay nie mogła przestać mu się przyglądać. Próbowała sobie przypomnieć jego imię, choć nie było to łatwe. Kojarzyła twarz, zapewne jeszcze z Hogwartu, toteż trudno jej było rozpoznać, kim jest. Trochę zaniepokoiła ją obecność akurat tego mężczyzny na sali, choć za żadne skarby świata nie mogła skojarzyć jego imienia.
Kiedy rozmowy ucichły z krzesła podniósł się urzędnik, którego zadaniem było przemawianie oraz pilnowanie teoretycznego porządku rozprawy.
Proszę o ciszę. Dzisiaj, czyli pierwszego października 1998 roku, o godzinie 13:30 rozpoczynamy rozprawę nad Victorią White, Nathalie Wilde, Sentis Penelopą Gaunt, Lindsay Red oskarżonymi o współpracę z nieżyjącym już Tomem Riddlem oraz przyczynienie się do śmierci wielu czarodziei i osób niemagicznych. Głównym sędzią w sprawie jest Minister Magii – Kingsley Shacklebolt. Organ doradczy stanowi obecna tu ława urzędników Ministerstwa oraz adept Harry Potter.

Gryfonka skarciła się w duchu za swoją głupotę. Jak mogła od razu go nie rozpoznać? Sama nie mogła się sobie nadziwić. Musiała być bardzo otumaniona, skoro nie poznała mężczyzny, w którym była zakochana na zabój w czasach Hogwartu.

poniedziałek, 17 listopada 2014

IV

Następnego dnia dziewczyny postanowiły wdrożyć swój plan w życie. Od samego rana biegały po mieszkaniu, czyściły buty, prasowały zaklęciami suknie, układały włosy, szukały niedziurawych rajstop, a wszystko to z powodu wyjścia do Banku Gringotta. Z pozoru nie było w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że szły tam pierwszy raz od prawie dwudziestu lat, co mogło spotkać się ze zdziwieniem ze strony innych czarodziejów. Miały prawo przypuszczać, że ich wizyta u Gringotta odbije się szerokim echem w świecie czarodziejów.
Wszystkie przyodziały długie suknie w odcieniach szarości i ciężkie, zimowe płaszcze. Choć zima jeszcze nie nadeszła, pogoda nie sprzyjała paradowaniu bez okrycia wierzchniego, a innego chwilowo nie posiadały.– Szlag by trafił tę pogodę – mruknęła pod nosem Nathalie.– Ciesz się, że nie pada – powiedziała Lindsay, wyciągając włosy spod kołnierza.
Victoria jak zwykle była gotowa jako ostatnia. W pośpiechu wiązała botki i szukała swoich ulubionych, skórzanych rękawiczek.– Po cholerę ci one? Przecież nie ma mrozu – zwróciła się do Krukonki blondynka.– To mój znak rozpoznawczy i się odpieprz.
Prawdą było, że Victoria miała fioła na punkcie skórzanych rękawiczek. Posiadała ich około dwustu par; segregowała je kolorami, jakością skóry i krajem pochodzenia, części z nich nawet nadała imiona. Trzymała je na samym dnie kufra w drewnianym pudełku, w którym każda para została włożona do odpowiednio opisanego bawełnianego woreczka, a następnie zmniejszona. Jej ulubione rękawiczki zostały wykonane z niezwykle delikatnej skóry testrala, wyłożone wewnątrz sierścią kuguchara. Dostała je w Rosji za wyleczenie złamanego kręgosłupa małej dziewczynki, której matka ukrywała się przed czarodziejami ze względu na kryminalną przeszłość. Nie mogła zgłosić się do magomedyków, a sama nie potrafiła tego zrobić, jednak Victoria – za niewielką opłatą – uwinęła się z tym w dziesięć minut. O ile za "niewielką opłatę" można uznać rękawiczki warte 1000 galeonów.
Lindsay tylko machnęła ręką.
Więc jeszcze raz – zaczęła już spokojna Nathalie.
Idziemy do Gringotta; nie obejdzie się bez rozpoznawania tożsamości, co w sumie jest nam na rękę, każda udaje się do swojej skrytki, zabiera, co tam jej jest potrzebne. Po wszystkim spotykamy się przed budynkiem i razem idziemy na Nokturn po rzeczy potrzebne do Eliksiru Wskrzeszenia. Z tymi do późniejszej pielęgnacji na razie damy sobie spokój. Wszystko jasne? Jakieś pytania?
A kiedy coś zjemy? – zapytała niepewnie Lindsay.
Przydałoby się kupić coś do jedzenia, ręczniki...– ... i nową firankę do kuchni. Obecna śmierdzi jak stare skarpety – wtrąciła Sentis.
Nathalie tylko westchnęła głośno i potarła skroń wierzchem dłoni. Robiła tak zawsze, kiedy się stresowała, a stresowała się, jeżeli w ostatniej chwili zmieniały plan działania. Lubiła mieć wszystko dopięte na ostatni guzik.
Z zakupami z Nokturnu przyjdziemy tutaj, zostawimy je i pójdziemy coś zjeść. A lodówkę zapełnicie później już same, bo ja pewnie nie będę miała siły.
Po prostu nie lubisz chodzić na targ i tyle. Taki z ciebie mieszczuch – wytknęła jej Lindsay i dała kuksańca w bok.
Koniec tych czułości. Wychodzimy! – zarządziła Sentis.
Dziewczyny posłusznie opuściły mieszanie i ruszyły do zaułku pomiędzy dwoma kamienicami, skąd postanowiły deportować się prosto na Pokątną. Miały w planie dumny przemarsz przez całą ulicę.
Na pewno nikt nas nie widział? – zapytała cicho Lindsay.
Raczej nie. Zresztą, nie ważne – mruknęła w odpowiedzi Sentis.
Wszystkie złapały się za ręce.
Wylądowały przed sklepem z kociołkami, czyli dokładnie na początku ulicy Pokątnej. Były pod wrażeniem, bo otoczenie wydawało się być bardziej zadbane i schludne, fasady budynków czystsze, całość bardziej kolorowa w porównaniu do tego, jak wyglądało, kiedy były tutaj poraz ostatni. Pewnie stało się to za sprawą wojen. Podobno wtedy niemal wszystko obróciło się w ruinę.
Swoją drogą, Sentis dalej nie mogła zrozumieć, dlaczego jeden chuderlawy facet zdołał pociągnąć za sobą rzeszę ludzi i wywrócić świat innych do góry nogami, a to wszystko tuż pod nosem żyjącego jeszcze wtedy Dumbledore'a.
Dziewczyny niespiesznie przemieszczały się w stronę banku. Obserwowały ludzi dookoła, podziwiały nowe budynki, witryny sklepów. Nie przeszkadzały im nawet krzyki przekupek. Wszystko było takie sielskie i spokojne.
Pochód przyciągał spojrzenia nielicznych czarodziejów, jednak ci zainteresowani nie kryli się ze swoim zaciekawieniem. Podążali wzrokiem za kobietami i to wcale nie z powodu ich pociągającego wyglądu. Widok każdej z nich przywracał im w pamięci wspomnienia ze szkoły, skąd znali dziewczyny podobne do nich. Nie było w tym nic dziwnego, bo one też ich rozpoznawały. Kojarzyły większość obserwatorów z Hogwartu z czasów, kiedy jeszcze same do niego uczęszczały.Gdy mijały witrynę księgarni "Esy i Floresy", uwagę Nathalie przyciągnął jeden z tytułów książek leżących na wystawie.
Zaraz wrócę – rzuciła krótko i zniknęła za drzwiami sklepu.
Dziewczyny zdziwiły się, ale postanowiły nie rozdzielać się i poczekać na koleżankę. Puchonka wyszła po kilku minutach, a pod pachą niosła książkę owiniętą w szary papier.
Co to? – zapytała zaciekawiona Victoria.
Pokażę wam w domu. Teraz już chodźmy.
Postanowiły dalej nie drążyć tego tematu.
Po kliku minutach stanęły przed gmachem Banku Gringotta. Budynek należał do tych ogromnych budowli, które owiane są aurą bogactwa i bezpieczeństwa. Nikt do końca nie wiedział, co kryje się w jego podziemiach, gdzie skrytki dorównywały wielkością dużym mieszkaniom, a systemy bezpieczeństwa ocierały się o nielegalność.
Wchodzimy i zobaczymy, co dalej – zarządziła Nathalie, która poczuła się trochę jak kierownik wycieczki.
Obyśmy nie trafiły do Azkabanu... – dodała trochę ciszej.
Budynek, do którego weszły, wyróżniał się wśród innych gmachów, które uległy zniszczeniu w trakcie wojny. Mimo ciężkich prób, na które został wystawiony, nie widać było po nim choćby śladu, że był remontowany. Wnętrze było przepiękne, takie, jakie dziewczyny zapamiętały
Podłoga wyłożona marmurem lśniła czystością, ściany, na przemian ozdobione drewnem i freskami, obecnie były odkurzane przez skrzaty domowe ubrane w czarnobiałe fartuszki. Z sufitu zwisał ogromny, złoty, bogato zdobiony kryształami żyrandol.
Przy ścianach ustawione były ogromne blaty, na których spoczywała niebotyczna wręcz ilość formularzy, papierów, kałamarzy i piór, a pieczę nad tym wszystkim rzeczami sprawowały gobliny, każdy odziany w dobrej jakości, czarny garnitur i białą koszulę. Kolejki do stanowisk nie były zbyt duże, toteż po niespełna kilku minutach przyjaciółki stanęły twarzą w twarz z jednym z pracowników banku. Ów goblin miał wyjątkowo krzywy nos i umieszczone na nim małe, prostokątne okulary. Jedynie przelotnie spojrzał na swoje klientki, zamoczył pióro w kałamarzu i mruknął:
Nazwisko.
Gaunt – odpowiedziała dumnie Sentis.
Goblin przyjrzał się dziewczynie uważniej, po czym poprawił zsuwające mu się po nosie okulary. Wyprostował się jak struna, co było dziwne, bo przedstawiciele tej rasy wydają się być permanentnie zgarbieni.
Bez głupich żartów proszę! – oburzył się urzędnik i powtórzył głośniej.
Nazwisko!
Gaunt, idioto! – uniosła się Ślizgonka, dostając przy okazji kuksańca w bok od Nathalie.
Czarodzieje przebywający w sali zaczęli spoglądać w kierunku dziewczyn, szeptać i wskazywać na nie palcami. Niektórzy chichotali pod nosem, choć nie mieli odwagi zrobić tego głośno. Sentis zmierzyła wzrokiem goblina, a jej koleżanki obserwowały gromadzących się tłumnie gapiów, ustawiających się na wysokości drzwi od sali. Victoria ostrożnie podeszła do rozsierdzonej koleżanki, po czym szepnęła jej do ucha:
Zwróciłyśmy na siebie uwagę ludzi, czyli tak, jak było ustalone. Nie wiem jedynie, czy nam się to opłaci.
Co masz na myśli? – mruknęła Ślizgonka, nie odwracając wzroku od goblina, który obecnie debatował z kolegami po fachu.
Większość pracowników siedzących dotychczas na swoich miejscach podbiegła do stanowiska, gdzie razem zaczęli rozmawiać. Początkowo bardzo cicho, ale z każdą sekundą coraz głośniej i gwałtowniej.
Z jakiegoś powodu twoje nazwisko nie zdumiało ich, a bardziej rozwścieczyło. Wiesz, o co może chodzić? – spytała niepewnie Krukonka, która w obecnej sytuacji zaczynała się czuć coraz mniej pewnie.
Teoretycznie spodziewałam się czegoś takiego, choć może nie w aż takiej skali... – zaczęła wykręcać się Sentis.
Gobliny zaczęły wściekle wymachiwać rękami, rzucać w siebie dokumentami i kłócić się zajadle. Nie można było dokładnie usłyszeć ich rozmowy. Do dziewczyn dolatywały jedynie pojedyncze słowa i zdania: "wrócą mroczne czasy", "Czarny Pan", "Hogwart", "Dumbledore już nie żyje", "jesteśmy straceni".
Sentis nie rozumiała, o co tyle szumu. Była ostatnim dziedzicem Slytherina, to prawda, ale chyba to nie powód, żeby myśleć, że wszystkich pozabija. Ślizgoni byli wrednymi gnojami, a nie mordercami. Różnica niby niewielka, ale dosyć znacząca.
Do brunetki powróciły wspomnienia z czasów, kiedy przebywała w Magicznym Domu Dziecka "Patronus", a jej jedynym marzeniem było częstsze widywanie się z rodzicami. Oboje byli osadzeni w Azkabanie, ojciec – Morfin Gaunt – za zabójstwo rodziny, które, jak się później okazało, nie było jego winą, matka – Diana – za kradzieże, pobicia i używanie Zaklęć Niewybaczalnych. Widywała ich jedynie na Boże Narodzenie. Grupka aurorów prowadziła ją wtedy do małej sali, w której czekali na nią przykuci za ręce do ściany rodzice. Nie mogła ich dotykać, dawać prezentów, śmiać się, ani normalnie rozmawiać, bo straż za drzwiami sprawowali dementorzy. Wszystko było szare i smutne, jednak zdecydowanie lepsze od codzienności w domu dziecka. Ciągłe strofowanie przez opiekunkę, rozkazy, sprzątanie, śpiewanie durnych piosenek i kary. Kary za wszystko. Za źle uczesane włosy, niedokładnie pościelone łóżko, niedojedzony obiad. Sentis czuła się tam jak więzień. Pragnęła uciec stamtąd jak najdalej.
Hogwart przyniósł jej ukojenie i spokój. Poznała wielu wspaniałych ludzi, pokochała swój dom i już po pierwszym roku nauki stała się pełnokrwistą Ślizgonką. Kiedy wracała na wakacje, opiekunka wciąż narzekała na Sentis, że stała się bardziej pyskata. Dziewczyna uznała to za komplement.
Najgorzej wspominała moment, w którym otrzymała dwa listy w wieku dwunastu lat. Pierwszy od dyrektora Azkabanu – w dość oschłych słowach dowiedziała się, że jej ojciec nie żyje, a drugi od matki. Słowa rodzicielki były dla niej bolesne, a wyciągnięte z nich wnioski i przekonania zachowała do dzisiaj. Dianę wypuszczono z więzienia, gdyż odsiedziała już swoją karę. Teoretycznie mogła zabrać Sentis z bidula – miała przecież duży dom, pieniądze, a nawet pracę, jednak to nie przekonało Ministerstwa, które uznało, że kobieta jest niereformowalna i, że ze względów wychowawczych córki nie może odzyskać. Właśnie wtedy Sentis znienawidziła wszystko, co związane było z Ministerstwem Magii.
Musimy trzymać się procedur! – przerwał rozmyślania Ślizgonki krzyk jednego z goblinów.
Nie wiem o co chodzi, ale nie wygląda to najlepiej – mruknęła Lindsay łapiąc Nathalie za ramię.
Część pracowników rozbiegła się w różnych kierunkach, a pozostali wyszli na środek. Poruszali się powoli i nim dziewczyny zdążyły się zorientować, utworzyli wokół nich krąg, z którego marna była szansa na ucieczkę.
Nathalie starała się nie wyglądać na przestraszoną. Jej plan nie zakładał żadnych komplikacji, a tym bardziej zatrzymania. Nie wiedziała, co poszło nie tak. Znała całą historię Sentis, łącznie z wczesnym dzieciństwem. Próbowała sobie przypomnieć, czy jakieś wydarzenie z przeszłości mogło doprowadzić do tego, że były ścigane, ale nic takiego nie miało miejsca. Owszem, były cennym łupem, ale wyłącznie dla przemytników, łowców głów i kłusowników. Wszystkim im dały się we znaki.
Zrobiłaś coś, o czym nie wiem? – spytała cicho Victoria. Dziewczyna trzymała w dłoni różdżkę, choć wiedziała, że raczej w niczym jej to nie pomoże.
Dzisiaj rano...
Co dzisiaj zrobiłaś? Zabiłaś kogoś? – syknęła blondynka.– ... zjadłam ostatnią paczkę ciastek.
Ty zdziro! – krzyknęła na koleżankę Krukonka. – Przez ciebie nie miałam nic na przekąskę do kawy. Poważnie się na tobie zawiodłam.
Idiotki – podsumowała krótko Nathalie.
Nie wiem, co was tak bawi w tej sytuacji.
W zasadzie to wszystko – stwierdziła optymistycznie Sentis.
Przez ostatnie dwadzieścia lat przeżyłam tyle okropieństw, że nic nie jest w stanie mnie przestraszyć. Poza tym nie zrobią nam krzywdy, bo tu panuje praworządność, światłość i pokój. W końcu nad wszystkim panuje Ministerstwo.
O wilku mowa – szepnęła Victoria, odwarcając się w stronę drzwi.
Do sali wpadło około dziesięciu mężczyzn w długich, czarnych płaszczach. Rozproszyli się po sali, a trzech z nich stanęło naprzeciwko dziewczyn. Wszyscy celowali w nie różdżkami, ale dla przyjaciółek nie było to specjalną nowością. Zdążyły się zorientować, że panowie byli aurorami, a one najprawdopodobniej mają niemałe kłopoty.
W imieniu Ministra Magii, na mocy prawa magicznego jesteście zatrzymane pod zarzutem współudziału w zbrodniach oraz kolaborację z Tomem Riddlem – wykrztusił z siebie jeden z mężczyzn.
Kobiety rozluźniły się nieco, Victoria schowała różdżkę, na co aurorzy zareagowali lekkim zdumieniem. Oczekiwali płaczu i błagań, ewentualnie pojedynku. Nic z tych rzeczy.
A już myślałam, że zabijam ludzi przez sen – pocieszyła się Nathalie, po czym poprawiła rękawy płaszcza.
A kto to, ten Tom Ri... coś tam? Kojarzę nazwisko. Może to ktoś z Hogwartu? Pamiętasz go, Sentis?
To nie ja sypiałam z wszystkimi chłopakami – stwierdziła Ślizgonka. – Zapytaj Victorię – dodała szybko.
Ty zdziro!
Cisza! – zdenerwował się przemawiający wcześniej mężczyzna.
Radzę nie stawiać oporu. Skuć je łańcuchami – rzucił w stronę aurorów, a Lindsay zdała sobie sprawę, że jej szanse na posiłek są raczej nikłe.
Mrs Black bajkowe-szablony