Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziedzic Slytherina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziedzic Slytherina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2018

Rozdział XIV

Ej, 2 lata i 8 miesięcy to nie taka długa przerwa...


Śniadanie było dla niej katorgą. Chciała uciekać, ewentualnie umrzeć, żeby tylko nie musieć siedzieć przy jednym stole z tymi ludźmi. Slughorn bardzo chciał się spotkać z Severusem, nawet próbował się wprosić na herbatkę po posiłku, jednak Sentis zręcznie wymigała się od niechcianej wizyty. Próbowała maksymalnie skrócić czas posiłku. Szybko zjadła jajecznicę i kanapki, a gorącą kawą poparzyła sobie język, jednak nie wypadało jej wyjść z sali, kiedy ludzie wciąż zadawali jej pytania.
Wszystkie cztery były pod obstrzałem. Odpowiadały najogólniej jak się da, jednak nauczyciele nie dawali się zbijać z tropu. Pytali o wszystko.
– Domyślam się, że musiałyście sięgnąć po niesamowicie czarną i brudną magię, aby przywrócić Severusa do żywych. Samo interesowanie się tym działem magii może się źle skończyć dla człowieka, ale tak z czystej, profesorskiej ciekawości...
– Nie – Sentis ukróciła żebrania Slughorna. – Żadnych porad, wymian spostrzeżeń, pożyczania książek. Przez ostatnie dwadzieścia lat ta „czarna i brudna magia” była częścią mojej pracy i nie zamierzam się z tego nikomu zwierzać. To prywatne, a co najważniejsze, groźne dla przeciętnego użytkownika różdżki. Jeszcze wszystkim się zachce ożywiać zmarłych, a z naprawianiem szkód po tym nie damy sobie rady przez następne stulecia.
– Musi profesorowi wystarczyć jedynie tyle, że to cholernie pracochłonne, drogie i wyniszczające zdrowie – dodała szybko Lindsay.
Profesor nie był usatysfakcjonowany tą odpowiedzią. Próbował jeszcze kilka razy je o to podpytywać, ale udawały, że nie słyszą jego próśb. Z Minervą było już gorzej.
– Pomijając fakt, że dokonałyście cudu i to niemal od ręki, to chyba nie myślałyście, że dacie sobie radę same. Nie wierzę, że tak długo zwlekałyście z przybyciem do Hogwartu. Nie wątpię w wasze umiejętności, ale madame Pomfrey jest nieco bardziej obyta w zajmowaniu się wymagającymi opieki ludźmi. To bardzo nierozsądne z waszej strony. Przecież Severus wymaga niemal nieustannej uwagi, a wy chciałyście same dać sobie z tym radę. Nie do pomyślenia!
„Jeśli ona się zaraz nie zamknie, to uciszę ją Avadą raz, a porządnie”  pomyślała Ślizgonka, co wyczytały jej przyjaciółki.
„Nawet nie myśl o takich rzeczach. Jeszcze to usłyszy!” wystraszyła się Nathalie.
– Wydaje mi się, że Poppy powinna obejrzeć Severusa – stwierdziła na koniec Minerva.
– Nie sądzę, żeby Snape ucieszył się z tego pomysłu – odpowiedziała ostrożnie Lindsay. Blondynka spojrzała wymownie na Ślizgonkę, aby ta nie wtrącała się do rozmowy. Gryfonka chciała to rozegrać na spokojnie i bez fajerwerków.
– On nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia! – oburzyła się pielęgniarka, która siedziała tuż obok nauczycielki transmutacji. Wyglądała niemal tak samo, jak dwadzieścia lat temu. Pewnie nawet szpitalną szatę miała tę samą.
– Jest świadomy obecnej sytuacji i nie ma problemów z komunikowaniem się z otoczeniem, więc wydaje mi się, że nie powinniśmy traktować go jak dziecka. Mimo niestabilnego stanu zdrowia Severus wciąż jest dorosłym człowiekiem i sam powinien o sobie decydować.
– Och Lindsay, nie bądź śmieszna! Przecież on jest ledwo żywy! – oburzyła się  Poppy.
– No już bez przesady! – nie wytrzymała Sentis. – Porusza się samodzielnie, wysławia się jak człowiek, a nawet podejmuje świadome i przemyślane decyzje, na przykład jak ta, żeby nie przychodzić na wspólne posiłki, bo może się to dla niego skończyć zapaścią albo zawałem.
Poppy o mało nie zakrztusiła się kompotem. McGonnagall wyglądała, jakby chciała zdzielić ją brudną ścierą w łeb, a Lindsay jakby za wszelką cenę chciała schować się w kanciapie na miotły.
– Panno Gaunt – zaczęła ostro Minerva. – Mimo wszystko, to jest chory człowiek...
– No właśnie! Człowiek! Człowiek, a nie małpa czy inny gumochłon. Poza tym my go ożywiłyśmy, więc i my zajmiemy się jego zdrowiem.
– Co wy możecie wiedzieć o współczesnym lecznictwie?! – oburzyła się pielęgniarka.
– Na pewno nieco więcej niż pani, madame Pomfrey.
– Dobra, spokój! – zarządził profesor Flitwick. – Niech Severus sam o tym zadecyduje. Panna Gaunt poinformuje go o dostępnych możliwościach. Chcę go tu widzieć na obiedzie, jak o własnych siłach wchodzi do sali i je z nami posiłek. Jeśli tak się nie stanie, uznamy, że wymaga on pomocy hogwarckiej pielęgniarki. Czy wszystko jasne?
Sentis nie za bardzo pojęła logikę profesora, ale nie pozostawało jej nic innego, jak tylko mu przytaknąć. Przecież Severus wszedł do zamku na własnych nogach, więc... Zresztą nie ważne. Przyjdzie na ten cholerny obiad i będzie problem z głowy.
Po skończonym posiłku Nathalie poszła pomagać w naprawianiu bariery. Minerva była zachwycona, że jej ulubienica tak poświęca się dla szkoły, a Sentis cieszyła się, że będzie mogła na chwilę odsapnąć od przyjaciółki. Lindsay udała się na spacer do Zakazanego Lasu, a dwie pozostałe dziewczyny wróciły do komnat.
Ślizgonka wzięła dla Snape'a kilka kanapek z serem na śniadanie. Nie była pewna, czy jego żołądek da sobie z nimi radę, ale postanowiła zaryzykować. Najwyżej przez następne kilka dni będzie się żywił herbatnikami i herbatką ziołową.
– Sever! Przyniosłam ci śniadanie! – zawołała od progu brunetka.
Postawiła talerz na stoliku do kawy i poszła wstawić sobie wodę na herbatę. Victoria zaczęła przeglądać dzisiejszą prasę.
– Mam nadzieję, że Minister odpuści sobie nalot na nas. W sumie ma teraz ważniejsze rzeczy na głowie – wyraziła swoją nadzieję przerzucając strony Proroka.
– A co niby teraz robią?
– Próbują się dostać do skrytek martwych śmierciożerców. Niby w celach bezpieczeństwa, ale mi się wydaje, że chcą galeonów. Jak zwykle zresztą.
– Na pewno nie wyjdą z tych skarbców z pustymi kieszeniami. Zawsze mogą przecież powiedzieć, że to w ramach pośmiertnego zadośćuczynienia.
– Zrobią, co zechcą, a ludzie nie będą mieli nic przeciwko. Poza tym Ministerstwo musi jeszcze zadbać o odbudowę Hogwartu i szpitala.
– Za kilka miesięcy sfinansujemy im wymianę laboratorium medycznego i dadzą nam święty spokój – podsumowała Sentis. – Sever! Mam ci to zanieść do łóżka?!
– Daj mu spokój. Pewnie jeszcze śpi.
– Mam nadzieję, że będzie dziś w humorze na wspólne biesiadowanie.
– Nigdy nie będzie na to w wystarczająco dobrym humorze. Ale pewnie wybierze to, niż jakby Poppy miała go zacząć leczyć eliksirem pieprzowym.
– Ta kobieta dyplom z pielęgniarstwa wygrała chyba na loterii.
– Albo znalazła w koszu na śmieci.
– To niech go tam zaniesie z powrotem – stwierdziła Sentis, na co jej przyjaciółka parsknęła śmiechem.
Usiadły na kanapie z kubkami herbaty.
– Severus, do cholery jasnej! Ile ty masz lat?! Pięć?!
Ślizgonka pomarudziła chwilę pod nosem, po czym odstawiła kubek na stolik i poszła do sypialni mężczyzny.
Pokój był pusty. Skotłowana szara pościel leżała na podłodze obok łóżka, wszystkie szafki i szuflady były otwarte. Jego codzienne ubrania wisiały na oparciu krzesła, choć zazwyczaj składał je w kostkę i chował do szafy. Na stoliku nocnym stał pusty dzbanek po ziołowej herbacie.
– Victoria! – zawołała przyjaciółkę Sentis, bo lepszy pomysł nie przyszedł jej w tej chwili do głowy.
– Co się... Gdzie Sever? – zapytała srebrnowłosa oglądając ze dziwieniem sypialnię.
– Myślisz, że uciekł?
– Nawet tak nie myśl! Nie dałby rady. Musi gdzieś tu być.
– Przecież nie schował się pod łóżkiem do cholery!
Sentis zaczynała panikować. Przecież jak wychodziła na śniadanie to słyszała jego krzątaninę w sypialni. Ręczyła głową, że jeszcze godzinę temu tu był cały i prawie zdrowy. Przetrząsnęły pokój w poszukiwaniu jakiś dziwnych rzeczy, które nie powinny się tu znajdować. Zajrzały dokładnie do każdej szafki, skrzyneczki, a nawet kieszeni. Nie znalazły absolutnie nic.
– Przecież się nie rozpłynął w powietrzu do cholery! – krzyczała będąca już na skraju załamania nerwowego Ślizgonka.
Zajrzały jeszcze do pozostałych sypialni. Na końcu weszły do łazienki. Tam zastały istny galimatias. Urwana szafka, potłuczona umywalka szyba od prysznica, porozrzucane ręczniki, kosmetyki i skrzynki z fiolkami. Całe szczęście, że każda taka szkatuła została przez kobiety wcześniej zaopatrzona w zaklęcia antywstrząsowe i te zapobiegające przez potłuczeniem i wypadaniem probówek. Na szczęście nic się nie potłukło, ale na jasnych kafelkach i ręcznikach było widać szkarłatne plamy. Duże czerwone kleksy niesymetrycznie pokrywały losowe części podłogi. Krew skapywała ciężko ze skorup po umywalce i kawałków szkła. Jej smugi znajdowały się również na drzwiach i klamce.
O ile Sentis przestała jasno myśleć, to Victoria wytężyła zmysły i skupiła się na tym, co aktualnie widziała. Przestudiowała dokładnie każdą rzecz w łazience oraz sypialni, przejrzała wszystkie szpargały.
– Szlag! – krzyknęła podnosząc z podłogi jedną ze skrzynek.
Ślizgonka nieco oprzytomniała. Wciąż była w ciężkim szoku, ale zaczynała się uspokajać. Stwierdziła, że nerwy tylko przeszkodzą jej w znalezieniu Severusa.
– Brakuje jednej.
– Pewnie któraś z nas ją wyjęła albo sama zużyła...
– Sentis do cholery, skup się! To był eliksir oczyszczający z wszelkich zaklęć! Jeśli Severus go wypił, to nasza magia już nie pomaga mu w funkcjonowaniu. Wszystkie zaklęcia wspomagające mięśnie, oddychanie, trawienie, wzrok czy nawet bicie serca przestały działać.
Ślizgonka wolała nie słuchać już dalej. Doskonale wiedziała, że to mogło się skończyć dla Snape'a tylko w jeden sposób. Victoria kontynuowała swoją teorię.
– Pewnie myślał, że to eliksir przeciwbólowy.
– Skoczyła mu się ziołowa herbata i zaczął boleć go żołądek – niemal wyszeptała przypominając sobie pusty dzbanek z sypialni.
W tej sytuacji scenariusze były tylko dwa.
Ten najczarniejszy zakładał, że Severus zaraz po wyjściu kobiet na posiłek zaczął szukać czegoś przeciwbólowego. Przetrząsnął całą sypialnię, ale dopiero w łazience znalazł eliksir, który uznał za pospolitą miksturę uśmierzającą ból. Kiedy ją wypił jego ciało niemal od razu odmówiło mu posłuszeństwa. Upadł rozbijając przy tym prysznic i umywalkę. Przycisnął ręcznik do ran i resztkami sił wyczołgał się z łazienki, na co wskazywały ślady na drzwiach, aby szukać pomocy poza komnatami. Teraz pozostawało tylko szukać jego zwłok w jednym z hogwardzkich zaułków.
Bardziej optymistyczna wersja różniła się od poprzedniej jedynie tym, że Snape wypił ten nieszczęsny eliksir nie dalej jak dwadzieścia minut temu. Istniała szansa na jego przeżycie. Nikła, ale zawsze.
Dziewczyny wybiegły z komnaty i udały się w różnych kierunkach. Rozdzieliły się, aby szybciej przeczesać większy teren.
Severus nie mógł się przemieścić zbyt daleko, więc teoretycznie nie powinny mieć problemu z jego znalezieniem, a praktycznie mógł być wszędzie. Szybciej byłoby gdyby poprosiły o pomoc skrzaty, ewentualnie nauczycieli, ale tłumaczenie wszystkiego zajęłoby zbyt wiele czasu. Musiały działać same.
Kiedy brunetka przemykała przez korytarze, w głowie kłębiły jej się różnorakie myśli.
Co za idiota z niego! Równie dobrze mógłby wbić sobie nóż w brzuch albo rzucić się z wieży. Co mu wpadło do głowy, żeby pić eliksiry na ślepo?!
A co, jeśli on nie żyje?
Przecież nie zdążyłam nawet z nim normalnie porozmawiać. Zamieniliśmy jedynie kilka słów na bzdurne tematy. Żadnej konkretnej konwersacji. Nic o przeszłości.. Zmarnowałam od cholery czasu, żeby się nad sobą zamartwiać.
Powinnam mu o wszystkim powiedzieć zaraz po tym, jak odzyskał świadomość.
Że też zawsze muszę się uczyć na własnych błędach! Nie dałoby się chociaż raz na cudzych?!
Usłyszała nawoływania Victorii. Przyjaciółka znajdowała się za rogiem długiego korytarza biegnącego niedaleko wejścia do ich kwatery.
Na podłodze tuż przy jej nogach półsiedział oparty o ścianę Severus. Był koszmarnie blady, zakrwawiony i ledwo żywy. Do prawego boku przyciskał przesiąknięty krwią ręcznik. Nieregularne dreszcze drgały jego ciałem. Oczy miał na wpół otwarte. Próbował się z nimi porozumieć, ale już niemal nie miał siły żeby w jakikolwiek sposób zapanować nad własnym ciałem.
Czuł oddech śmierci na karku. A raczej ciężkie, śmierdzące krwią dyszenie tuż za jego plecami. Wiedział, że nie korzysta się z cudzych eliksirów. Uczyli tego na pierwszym roku w Hogwarcie. Ba! Sam uczył tego swoich uczniów. Wstydził się przed samym sobą, że umrze w tak głupi sposób. Znowu.
Nie wiedział ile konkretnie czasu minęło od zażycia mikstury. Chciał dostać się do Wielkiej Sali, bo wiedział, że potrzebuje pomocy. To był drugi raz w jego życiu, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej bezsilności. Nie cierpiał tego uczucia. Już wolał obrywać Crucio.
Victoria jakby spadła mu z nieba. Nie zarejestrował, kiedy dokładnie się przy nim pojawiła, ale po chwili u jej boku stała już Sentis. Obie wyglądały na spanikowane. Ślizgonce jakby nieco ulżyło na jego widok. Jemu w sumie też zrobiło się lżej na sercu. W końcu był jej coś winien. Nie wypadało mu umierać po raz drugi.
Za pomocą magii przetransportowały go z powrotem do komnat. Ułożyły na łóżku w sypialni Sentis, rozebrały do bielizny i zaczęły naprawiać szkody. Na pierwszy ogień poszły otwarte rany, później podreperowanie poszczególnych narządów, przywrócenie w pełni funkcji życiowych. Uzupełniły mu braki w krwi, nawodniły ciało, podały niezbędne witaminy. Względne przywrócenie go do świata żywych zajęło im ponad dwie godziny. Po wszystkim Severus zasnął jak dziecko.
Brunetka opadła ciężko na fotel w salonie. Oddanie Severusowi kolejnej porcji jej sił życiowych nie miało dla niej dobrych skutków. Czuła się niesamowicie osłabiona. Jakby nie spała od kilku dni. Próbowała nie zasnąć, ale coraz bardziej przegrywała. Powieki miała ciężkie jak z ołowiu, a w oczach jakby całą garść piasku.
Victoria widząc przyjaciółkę w takim stanie od razu zawiadomiła pozostałe dziewczyny. Pokrótce opowiedziała im o dzisiejszych sensacjach.
– A najgorsze jest to, że nie ma nawet cienia szansy, że któreś z nich utrzyma się dziś na własnych nogach. Musimy coś wymyślić przed obiadem.
– No tak. Nie ma nawet mowy, że oddamy Severusa pod opiekę Poppy. Jeszcze by go zabiła... – powiedziała Nathalie, co spotkało się ze zdziwieniem ze strony przyjaciółek.
– Czyżby pokłady twojej miłości do Minervy się skończyły? Jakim cudem? – zadrwiła Krukonka.
– Och przestań. Minerva jest wspaniałym czarodziejem, a teraz dyrektorem Hogwartu, a Pomfrey to bardziej... gumochłon. Nawet kataru nie chciałabym u niej leczyć.
– Kamień z serca. Przynajmniej jedno mamy ustalone. Teraz trzeba wymyślić coś na ten nieszczęsny posiłek.
– Wcale nie trzeba! – Poderwała się z miejsca Nathalie. Jej oczy błyszczały, jakby miała co najmniej walczyć z oddziałem wojska. – Powiemy nauczycielom, że Severus nie jest jeszcze w pełni sprawny i potrzebuje czasu. Jeśli tego nie zrozumieją, to zaczniemy szukać jakiegoś innego lokum. Nie mam zamiaru dłużej tłumaczyć się ze swoich decyzji!
Blondynce niemal opadła szczęka. Dawno nie widziała Nathalie tak zdeterminowanej. Rozsiadły się na łóżku w sypialni jednej z nich, a Victoria w tym czasie przyniosła butelkę Ognistej i trzy szklanki.
– Jak wam powiem, co Minerva dziś wyprawiała, to wam różdżki zwiędną – zaczęła Nathalie, po czym wypiły pierwszą kolejkę.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział XIII

Beta wróciła!


Wylądowali przed gruzami bramy Hogwartu. Czekał tam na nich komitet powitalny: Minerva, Filch z kotką i Slughorn. Sentis myślała, że ją krew zaleje, a Severus zastanawiał się nad szybkim odwrotem. Nawet nie próbowali ukryć swojego niezadowolenia.
– Na brodę Merlina! Więc to jednak prawda! – Slughorn o mało nie padł na zawał z zachwytu na widok Snape'a. Chciał do niego podejść i uściskać, niczym wujek dawno nie widzianego siostrzeńca, ale zdenerwowanie wymalowane na twarzy Mistrza Eliksirów skutecznie go od tego odwiodło.
– Nie powinniśmy tu tyle stać. Jedźmy już do zamku – zarządziła
Minerva. Wydawała się być niezainteresowana zaistniałą sytuacją, jakby oglądanie żywych trupów atrakcyjnością dorównywało piciu porannej kawy. Reszta ruszyła za nią w milczeniu w stronę wozów zaprzęgniętych w testrale. Bagażami zajęły się skrzaty.
Kiedy jechali, Sentis mogła dokładnie przyjrzeć się zamkowi. Był zniszczony, choć daleko mu było do ruiny. Większość zburzonych elementów została już uprzątnięta, nie zauważyła żadnych stert gruzu czy kamieni, choć ubytki w murach zaskoczyły ją swoimi rozmiarami. Dziwiła się, że zamek nie runął totalnie, z pewnością dzięki zasłudze magii.
Severus był za to mocno zawiedziony. Liczył, że całą tę szkołę trafił jasny szlag i pozostanie tylko zrównać ją z ziemią. Zbyt wiele złych rzeczy się w niej stało. Nie myślał jedynie o sobie. Przypomniał sobie Komnatę Tajemnic razem z pieprzonym bazyliszkiem, bijącą wierzbę, te cholerne chaszcze w szklarni, które Albus kazał hodować, choć wiedział, że mogą pozabijać przynajmniej połowę dzieciaków… I Voldemorta. Wszystko miało swój początek w Hogwarcie, a Snape doczekał się w tym miejscu nawet swojego końca. Ten zamek nie kojarzył mu się z niczym dobrym. Nawet nie wszedł do środka, a już chciał wracać do swojego mieszkania w Londynie.
Swoją drogą nie był do końca pewny, co tak właściwie wywinęły te cztery wariatki, że musiał razem z nimi opuścić swoje lokum. Czyżby kogoś zabiły?
Postanowił, że poszuka w wydaniach Proroka z tego roku. Nie miał nawet zamiaru pytać którejś z nich. Aż tak nisko nie upadł.
Nathalie czekała na nich w korytarzu przy Wielkiej Sali. Wyglądała na nieco zniecierpliwioną i podenerwowaną.
– Wybrałam dla nas komnaty niedaleko lochów. Tam są najmniej zniszczone, poza tym blisko z nich do pracowni eliksirów i wyjścia ewakuacyjnego.
Sentis przyjęła to do wiadomości, co zakomunikowała jedynie kiwnięciem głowy.
– Rozgośćcie się, moi drodzy. Za godzinę spotkamy się na obiedzie i wspólnie wszystko przedyskutujemy. Póki co odpocznijcie chwilę – powiedziała Minerva uśmiechając się do Nathalie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poprowadziła resztę do kwater.
Zeszli schodami piętro niżej, gdzie teoretycznie znajdowała się kanciapa woźnego, lecz za ukrytymi drzwiami chowały się dobrze przystosowane do ich obecnych potrzeb pokoje.
Duży salon pełnił funkcję korytarza, z niego wchodziło się do każdej z osobnych sypialni, łazienki oraz małej kuchni. Był schludnie urządzony, bez żadnych ozdobników z wyjątkiem zbyt przaśnego żyrandola z kryształków. Reszta została utrzymana w brązowoszarej kolorystyce. Sofa, kilka foteli, regały, półżywa paprotka, stolik, dywan i to wszystko. Tyle dobrego. Kuchnia, a raczej niewielki aneks, składał się z blatu, kilku kubków, szafki z zastawą i czajnika. Posiłki w tym budynku jadało się wyłącznie w Wielkiej Sali, więc nie było potrzeby, aby każde lokum wyposażać w osobną kuchnię.
Severus nie pamiętał, by wcześniej było tu coś takiego. Znał zamek niemal jak własną kieszeń, ale pomieszczeń w tym konkretnym miejscu nie kojarzył. Może przy okazji odbudowy zrobili małą przebudowę? A może ktoś bardzo chciał, żeby Severus nigdy się nie dowiedział o tych komnatach?
Mimo wszystko kwatera przypadła im do gustu. Oczywiście na tyle, na ile ludziom może podobać się miejsce, w którym woleliby nie być.
– Myślę, że największą sypialnię powinniśmy zostawić Severusowi – powiedziała Nathalie wskazując dłonią na drzwi naprzeciwko wejścia. – Reszta pokoi jest niemal tej samej wielkości, więc nie ma znaczenia, który wybierzecie dla siebie. Skrzaty przyniosą bagaże po obiedzie. Nie ma sensu rozpakowywać ich dzisiaj, więc możecie zająć się tym jutro.
– Dziękuję ci za zgodę, moja droga! Cóż ja bym bez ciebie zrobiła! – zakrzyknęła Sentis z udawanym entuzjazmem. Ilość jadu, jaką zawarła w swojej wypowiedzi mogłaby wybić średniej wielkości mugolskie miasto.
– Nie bądź zgryźliwa. Przecież to wszystko dla naszego dobra.
– No oczywiście, że tak. Slughorn przy bramie również potrzebny był naszemu dobru. I wspólny obiadek. Nawet woźny musiał nas zobaczyć! Jak nic jutro pojawimy się na pierwszej stronie Proroka! Nie widzę tu pismaków, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nasz profesorek przepuścił okazję do zarobienia kilku knutów.
– To akurat nie moja wina. Minerva uparła się, że cały personel w zamku ma wiedzieć, co się dzieje. Ale jest tu tylko kadra nauczycielska i skrzaty.
– No to całe szczęście! – jadowicie stwierdziła Ślizgonka. – Już myślałam, że Minerva zrobi z nas atrakcję dla pierwszorocznych.
– Jesteś okropna – mruknęła z dezaprobatą Nathalie.
– A co z uczniami? – wtrącił się Snape. Bardzo zdziwiła go cisza, jaka panowała w zamku. Spodziewał się raczej bandy szlachetnych Gryfonów odbudowujących mury i garstki Ślizgonów, która za karę za błędy rodziców szorowała podłogi.
– Na ten rok Hogwart został zamknięty. Uczniowie albo czekają na wznowienie roku szkolnego, albo uczą się w jakiejś innej szkole w Europie.
Mężczyzna tylko mruknął pod nosem. Udał się do swojej sypialni i jakoś nie zamierzał nikogo informować, że do Wielkiej Sali uda się raczej po swoim trupie. Wspólne ucztowanie za nic w świecie nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie dzisiaj. Ciągle czuł posmak rzygowin w ustach, co chwila drętwiały mu dłonie i obawiał się, że zemdleje. A wolałby tego nie robić przy swoich byłych kolegach z pracy. Wszystko, tylko nie ich troska. Wydawało mu się, że nie prosi o zbyt wiele.
Sentis kątem oka zarejestrowała, jak Severus wychodzi z salonu. Miała nadzieję, że mężczyzna pójdzie spać i przynajmniej jego ominie wątpliwej przyjemności obiadek w gronie starych znajomych. Strasznie nie chciała tam iść.
W ogóle dlaczego jedli obiad niemal w nocy? Z tego co pamiętała, taki posiłek każdy przeciętny człowiek nazywał kolacją. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
– Mam nadzieję, że podadzą kurczaka w miodzie. Jesienią prawie zawsze na stole był kurczak w miodzie. I do tego jeszcze surówka z marchwi – rozmarzyła się Lindsay.
– Albo ogromny filet z łososia w grubej panierce – dorzuciła od siebie Victoria.
– Ja to bym wolała porządny kawał mięcha – stwierdziła Sentis. – Najlepiej jakiś wielki stek. Koniecznie w ciemnym sosie.
– A mi to się marzy ciasto dyniowe – powiedziała Nathalie, na co wszystkie westchnęły z aprobatą.
– Może mają też Kremowe Piwo.
– No pewnie! Najlepiej Ognistą podać do obiadu.
– Nie ma dzieci, więc kto wie. Może teraz codziennie ucztują.
– Już widzę tego dziada od zaklęć, jak ucztuje i pije wino z pucharka większego od niego samego.
Śmiały się i wspominały stare czasy. Dobry nastrój sprawił, że czas w samotności upłynął dużo szybciej niż by tego chciały. Skrzat owinięty w poszewkę od poduszki przyszedł im zakomunikować, że obiad już czeka. Kobiety niechętnie udały się do Wielkiej Sali.
– No nareszcie się zjawiłyście! A gdzie Severus? – powitał je radośnie Slughorn. Niestety nie były równie uradowane co on. Facet strasznie się postarzał, osiwiał, a w dodatku dorobił się niewielkiego garba. Gdyby nie nauczycielska szata wyglądałby jak przeciętny mugolski staruszek.
– Śpi – skłamała szybko Sentis. Nawet nie zajrzała do jego sypialni przed wyjściem. Brunetka zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od Minervy. Między nimi usiadły pozostałe dziewczyny.
Nauczyciele rozmawiali o bieżących sprawach Hogwartu, a w międzyczasie jedli posiłek. Nathalie przysłuchiwała się wszystkiemu jak zaczarowana, jakby jej jedynym marzeniem było zostać tu na zawsze. Lindsay pochłaniała wszystko, co była w stanie nadziać na widelec, a Victoria wciąż nie mogła się zdecydować na jedną potrawę, bo nie chciała się obżerać przed spaniem. Za to Sentis jadła szybko i byle co. Nie stanowiło to problemu dla jej upodobań kulinarnych, bo w Hogwarcie po prostu nie podawali złego jedzenia. Wszystko smakowało cudownie.
Plan odbudowy Hogwartu w gruncie rzeczy był bardzo prosty. Dotychczasowy personel zamku do końca marca miał zająć się większymi zniszczeniami, czyli murami i brakami w barierze ochronnej. Zajęcie to okazało się być czasochłonne, ponieważ wiele pomieszczeń zostało zburzonych w całości, więc nauczyciele musieli odbudowywać je zgodnie z planami, jakie otrzymali z Ministerstwa. Oczywiście nie trzymali się sztywno tych wytycznych. Zorganizowali kilka ukrytych komnat, schronów, niewielkich sejfów, korytarzy ewakuacyjnych i temu podobnych rzeczy. Chcieli, żeby Hogwart stał się bezpieczniejszy dla nich i dla uczniów. Po zakończeniu tego etapu prac do zamku miała wkroczyć komisja powołana przez Ministra, której zadaniem była ocena, czy zamek nadaje się do użytku. Jeśli tak będzie, w ciągu wakacji skrzaty miały zająć się sprzątaniem i meblowaniem komnat. Według planu do września wszystko powinno być skończone.
– To fajnie, że sobie radzicie. Postaramy się wam pomóc, jeśli zaistnieje taka potrzeba, ale póki co dziękuję za obiad. Wrócę już do siebie.
– Nie tak szybko panno Gaunt – zagrzmiała Minerva, na co Sentis zamarła w połowie podnoszenia się w ławki. – Chyba jest nam panna winna wyjaśnienia.
– Jakie wyjaśnienia? – Sentis udawała głupią
– Może to wydarzyło się dwadzieścia lat temu, ale faktem jest, że zniknęła pani wraz z koleżankami bez słowa i to pod koniec roku szkolnego. Mam wobec tego tylko jedno pytanie: po co?
– Wyjazd służbowy – odpowiedziała sucho.
Zaraz po tym z trzaśnięciem drzwi opuściła salę i udała się do komnat. Miała dość. Znajdowała się w zamku od zaledwie kilku godzin, a już chciała się stąd wynosić. Jak najdalej od Żelaznej Dziewicy.
Stwierdziła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to dadzą sobie radę bez pomocy nadętej pani profesor. Na Londynie świat się nie kończy. Może i tutaj był ich dom, ale nie zamierzały tu zostawać za wszelką cenę. Jak trzeba będzie to wyniosą się na drugi koniec świata. Etiopia, Grenlandia, Mozambik, Syberia... cokolwiek!
Sentis zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przesadza. Że każdy normalny (albo wcale nie) człowiek na miejscu belferki zadawałby pytania. Pewnie nawet całe mnóstwo. Jednak McGonnagall nie należała do normalnych, a Ślizgonka wątpiła nawet w to, czy była ona człowiekiem. W końcu to przez tę starą raszplę zdecydowała się wyjechać. Zadowalający z Transmutacji! Żeby ją szlag jasny trafił! Gdyby nie to, teraz pewnie spałaby smacznie w swojej willi z basenem na obrzeżach jakiegoś mugolskiego kurortu i kąpałaby się w sławie najlepszej łamaczki klątw na kontynencie. I wcale nie przesadzała. Gaunt doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich zdolności i predyspozycji. Ona była wprost stworzona do tej pracy. Jednak Minerva postanowiła zabawić się we władcę cudzych losów. Szkoda tylko, że wybrała sobie do tego akurat ją.
Brunetka wpadła do komnat jak burza, jednak gwałtownie zatrzymała się w połowie pomieszczenia, kiedy zauważyła, że na kanapie siedzi Severus. Brunet jak gdyby nigdy nic popijał herbatę ziołową i przerzucał strony Proroka.
– Obiad nie przypadł ci do gustu?
– Ależ skąd. Widzę za to, że zasmakowała ci herbatka.
– Zaraz po rzyganiu wszystko smakuje jak ambrozja – stwierdził nie odrywając wzroku od gazety. Czytał jedynie nagłówki artykułów, aby zorientować się pokrótce co się dzieje na świecie.
Kobieta naprędce zaparzyła sobie kawy i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
– Slughorn się za tobą stęsknił.
– Bez wzajemności.
– Ciągle o ciebie pytał. Chyba chce sprzedać do Proroka twoje zdjęcie. Już widzę ten nagłówek: „Podwójny szpieg znów wśród żywych”.
– Mam dość zbędnej uwagi i bez tego – mruknął ustawiając pionowo gazetę. Nie był zbyt skory do rozmowy, ale Sentis się nie zniechęciła. W końcu on nigdy nie chciał rozmawiać.
– Nie obawiaj się, dostaniesz jej dużo więcej. Będziesz stał w blasku fleszy i twoi starzy znajomi z pracy o to zadbają, jak tak dalej pójdzie.
Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Spojrzał na brunetkę z ukosa.
– Co masz na myśli?
Sentis wygodniej usadowiła się w fotelu, po czym założyła nogę na nogę i upiła łyk czarnej niczym smoła kawy. Roztarła językiem napój na podniebieniu. Dawno nie piła tak dobrej i tak mocnej kawy. Ciekawe skąd ją sprowadzali?
– Minerva nie była zbyt...
– Minerva? – zakpił z satysfakcją Snape. – Przeszłyście już na ty?
– Chyba kpisz. Bardziej poprawnie politycznie jest mi mówić o niej per Minerva, niż wredna suka, czy szmata, której nie cierpię. Powracając do tematu, twoja była koleżanka z pracy... – Severus nie omieszkał skwitować tego stwierdzenia znudzonym stęknięciem.
– …jakoś nie specjalnie chciała z nami współpracować, więc o twoim życiu po śmierci wie już cały zamek. Jednak nie powinno to potrwać zbyt długo, bo jak oboje dobrze wiemy, Slughorn ma język długi jak Mur Chiński. Za kilka dni pod bramą Hogwartu będzie się roiło od pismaków, a dziękować za to będziemy nieocenionej profesor McGonnagall.
– My? – Uniósł brew. – Myślałem, że będę jedynym pokrzywdzonym.
– Oj Żmijko, na tobie świat się nie kończy. Nie byłeś naszym jedynym... dużym przedsięwzięciem. Przynajmniej ostatnimi czasy nasze kontakty z Ministerstwem nieco się pokomplikowały.
Severus ucieszył się w duchu jak dziecko. Wydawało mu się, że kobieta z wiekiem zatraciła swoje buntownicze zapędy. Mylił się, a nie zdarzało mu się to często.
– Czyżby obrót nielegalnym towarem? – Nie mógł darować sobie krzty ironii.
– Ależ skąd! Po prostu chciałam się dostać do swojego skarbca w banku, ale z jakiegoś powodu w obecnych czasach dziedzic Slytherina nie jest mile widziany w miejscach publicznych.
– Chyba bardziej poruszyło ich twoje pokrewieństwo z Voldemortem.
– Wiem – odpowiedziała oschle.
Dosyć szybko po opuszczeniu Azkabanu zorientowała się o co Ministerstwo zrobiło tyle krzyku. Tom Riddle był jej kuzynem, synem siostry jej ojca. Z jakiegoś powodu wszyscy pomyśleli, że zjawiła się tu, żeby sfinalizować plany tego psychola. Niedoczekanie.
– Rodziny się nie wybiera – zakończyła bez entuzjazmu.
Odstawiła pusty kubek na stolik przy kanapie. Bez słowa udała się do swojej sypialni. Zaraz po tym, jak zamknęła drzwi, usłyszała wchodzące do salonu przyjaciółki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Przynajmniej nie dziś.

Przebrała się w wyciągniętą koszulkę i położyła pod kołdrą, a po chwili spała jak dziecko.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

VI

– Ze względu na wysokie zagrożenie oraz poważne zarzuty przesłuchania oskarżonych odbędą się podczas dzisiejszej rozprawy, przy wszystkich tu zgromadzonych, a poprowadzi je pan Wiceminister Magii – dokończył swoją wypowiedź mówca.
Z miejsca podniósł się wysoki mężczyzna, odziany w czarne szaty sędziowskie z kołnierzem obszytym fioletową lamówką. Był dość zdenerwowany i nie panował nad drżeniem rąk, toteż schował je za plecami.
– Panno White – rozbrzmiał jego niski głos. – Proszę mi powiedzieć, po co udały się panie do Banku Gringotta?
Victoria, pomimo fizycznego i psychicznego zmęczenia, nie straciła rezonu. To pytanie wydało jej się niesamowicie głupie oraz nieprzemyślane.
– Nie wiem, po co inni czarodzieje odwiedzają bank, ale ja udałam się tam, aby zabrać pewne rzeczy ze skarbca.
– A co pani chciała wyciągnąć?
– Niech pomyślę...
Victoria otwarcie naśmiewa się z przebiegu przesłuchania. Wiceminister wydawał się być kompletnie nieprzygotowany i niekompetentny do zajmowania się tego typu sprawami. Pewnie zmusili go, a on biedny nie miał wyjścia. Musiał podnieść rękawicę. Krukonka zastanawiała się jedynie, dlaczego mężczyzna postanowił bić się tą rękawicą po twarzy.
– Nie jestem do końca pewna, ale chyba pieniądze. Czy to jakiś problem? – dokończyła smutno.
Sentis z całej siły powstrzymywała się od parsknięcia ze śmiechu. Najchętniej zasłoniłaby usta dłonią, jednak była unieruchomiona, co szczególnie dawało jej się we znaki, kiedy trzęsła się ze śmiechu. Łańcuchy wrzynały się w jej ciało i było jej niewygodnie. Była przekonana, że w miejscach, które krępujące ją więzy stykały się ze skórą, będzie miała siniaki.
– W jakim celu chciała pani podjąć ze swojego skarbca te pieniądze? – zapytał mężczyzna.
– A kto powiedział, że ze swojego? – Victoria uśmiechnęła się groźnie, ale nikt tego nie zauważył, ponieważ jej twarz zakryta była przez hełm.
– Więc chciała pani okra... – zaczął facet, jednak Krukonka mu przerwała.
– Tego też nie powiedziałam.
– Ale wcześniej stwierdziła pani, że... – znowu próbował się wysłowić i znowu Victoria mu przeszkodziła.
– Niczego nie stwierdziłam. To pan nie sprecyzował pytania.
Wiceminister zamilkł. Ruszał ustami jak ryba wyciągnięta z wody. Nie wiedział, co ma dalej powiedzieć. Spojrzał na pozostałych członków ławy urzędników, wśród których szukał ratunku z tej beznadziejnej dla niego sytuacji. Shacklebolt gestem dłoni nakazał swojemu zastępcy usiąść obok siebie, a następnie mruknął kilka słów do mężczyzn.
Z miejsca podniósł się postawny blondyn, który, sądząc po stroju podobnym do mundurów pracowników Azkabanu, był dyrektorem tego okropnego przybytku. Jego twarz z prawej strony pokrywała pomarszczona blizna po oparzeniu. W pewien dziwny sposób dodawała mu uroku, choć mimo wszystko nie należał do osób o ujmującej aparycji.
– Panno White, kiedy i gdzie poznała pani Toma Riddle’a? – Jego głos był nieco wyższy, lecz bardziej męski, gdyż epatował pewnością.
– Nie znam tego mężczyzny – odpowiedziała krótko i całkowicie szczerze.
– Panno Wilde? – zwrócił się do Nathalie.
– Również go nie znam.
– Red? – kontynuował już bez uprzejmości.
– Nie wiem, o kim mowa.
– Gaunt?
Mężczyzna niemal przeszywał wzrokiem Ślizgonkę, która już domyśliła się, że ona jest najbardziej podejrzana o konszachty z Tomem, kimkolwiek on był.
– Nigdy nie słyszałam tego nazwiska.
Blondyn tylko uśmiechnął się pod nosem. Zaczął przechadzać się przed biurkiem z rękami splecionymi za plecami.
– A może któraś z pań słyszała o Lordzie Voldemorcie?
Dziewczyny przez dłuższą chwilę nie odpowiadały. Lindsay dalej nie miała pojęcia, o kim mowa, jednak nie to teraz zaprzątało jej myśli.
Kobieta cały czas patrzyła na Kingsleya. Był on jej skrytą miłością, a nawet obsesją za czasów Hogwartu. Myślała o nim każdego dnia, obserwowała podczas posiłków w Wielkiej Sali, pragnęła zamienić z nim choć kilka słów, jednak brakowało jej odwagi. Wtedy, te kilkanaście lat temu, chciała oddać wszystko, żeby spędzić z nim resztę życia. Przekonała się, że po pewnym czasie młodzieńcze zauroczenia przemijają i człowiek ani się obejrzy, a już nie pamięta, jak miał na imię ten, dla którego kiedyś chciało się zaprzedać duszę diabłu.
Gryfonka podśmiewała się z siebie w duchu i na krótką chwilę zdołała zapomnieć o okropnych okolicznościach, w jakich się obecnie znajdowała.
– Gdzieś słyszałam ten pseudonim, ale to było dawno temu – odpowiedziała Sentis. Przypomniała sobie, że Severus kilka razy wspomniał o tym mężczyźnie i jego planach, które Snape’owi wydawały się być najlepszym pomysłem na świecie. Ślizgonka tylko mu potakiwała i nie zgłębiała się w szczegóły, bo w ogóle jej to nie obchodziło. Oczywiście nie zamierzała o tym mówić podczas przesłuchania.
– Kiedy konkretnie miało to miejsce? – dopytywał mężczyzna.
– Na szóstym albo siódmym roku w Hogwarcie. Nie pamiętam dokładnie – odpowiedziała dość wymijająco brunetka.
– A pozostałe panie? – spytał blondyn, unosząc lekko brwi niby w akcie pogardy.
– Ludzie w szkole coś wspominali, ale nie wydało się to zbyt ciekawe, więc się tym nie interesowałam – powiedziała Victoria. Pozostałe kobiety milczały.
Mężczyzna wciąż przechadzał się po sali. Co jakiś czas kciuk jednej dłoni zatykał za skórzany pasek spodni, a palcami drugiej dotykał miejsca na twarzy, gdzie powinny być brwi, a pozostała jedynie blizna. Wyglądał, jakby próbował ułożyć w swojej łysiejącej głowie pytanie, które jednocześnie będzie podsumowaniem i wpakuje oskarżone z powrotem do celi – tym razem na dłużej. Większość ławy urzędników miała nadzieję, że tak się stanie. Mężczyźni siedzieli spięci, słuchali uważnie i notowali każde słowo, jakie padało podczas rozprawy. Tylko Minister wydawał się być nieco bardziej spokojny. Przyjął bardziej swobodną pozycję, niż jego koledzy, jedną ręką podpierał się o podłokietnik, zaś drugą oparł na stole.
W pewnym momencie blondyn zatrzymał się. Stanął naprzeciwko Sentis i przez dłuższą chwilę mierzył ją nieprzyjemnym wzrokiem.
– Czyli twierdzą panie, że nie wiedzą, co działo się w Londynie przez ostatnie kilkanaście lat? – zapytał bardzo ironicznie. Nie dopuszczał myśli, że ktokolwiek na świecie mógłby nie być poinformowany o wojnie przeciwko Voldemortowi.
– Ależ oczywiście, że wiemy. Sęk w tym, kiedy się o tym dowiedziałyśmy, a miało to miejsce stosunkowo niedawno – odpowiedziała oschle Ślizgonka.
– A czymże były panie tak zaabsorbowane? Jak mniemam, musiało stać się coś niezwykle ważnego, co nie pozwoliło paniom na usłyszenie choćby plotki, czy pogłoski o niewyobrażalnych stratach, jakie świat czarodziejski ponosił przez Lo... – W tym miejscu głos mu nieco zadrżał. Wcześniej nie miał problemów z wymówieniem tsłów ego imienia, jednak na myśl o tym, co spotkało przez niego innych, zachrypnął. Odchrząknął krótko, po czym kontynuował. – Toma Riddle’a – dokończył już mniej pewnie.
Victoria po tych słowach miała ochotę wstać i rzucić w faceta toporem. A najlepiej kilkoma na raz.
– A czy pan słyszał może o rzezi szamanek w Boliwii? – zapytała gniewnie.
– Niestety nie doszły do mnie żadne informacje, jednak to nie ma związku z...
– To może chociaż o aktach kanibalizmu wśród etiopskich magomedyków?
– To nie ma nic wspólnego ze sprawą! – uniósł się dyrektor Azkabanu. – Proszę o uciszenie oskarżonej eliksirem!
Dwóch aurorów stojących przy drzwiach wejściowych już chciało pobiec po magomedyka zaopatrzonego w odpowiedni płyn, jednak nieoczekiwanie z miejsca podniósł się Minister. Jego twarz wyrażała niezadowolenie, a nawet dozę pogardy dla zachowania blondyna.
– Proszę kontynuować panno White. Co miała pani na celu, wspominając o tych wydarzeniach?
Victoria warknęła cicho pod nosem, a następnie głośno wciągnęła powietrze. Była bardzo zdenerwowana podejściem urzędników do wydarzeń na świecie. Miała ochotę im wygarnąć i jakoś nie zamierzała się powstrzymywać.
– Wiecie na czym polega problem? Zajmujecie się tylko własnym podwórkiem. Nic za waszym pięknym, białym ogrodzeniem nie ma żadnego znaczenia. Pewnego dnia na płotku pojawiła się rysa, później pęknięcie, a koniec końców dziura. Stosunkowo niewielka. Do idyllicznego ogródeczka wpadł mały, brudny chłopczyk, który zaczął namawiać inne dzieci do rozkopania rabatek i urządzenia ich według jego zasad. Nie minęło wiele czasu, a mały brudasek zapragnął zawładnąć całym ogródeczkiem wraz z tymi, którzy się w nim bawili. Jednak nie wszyscy mu się podobali, toteż postanowił usunąć ich z ogródeczka. Dopiero wtedy zaczęliście protestować. Kiedy wszystko zaszło zdecydowanie za daleko i niemożliwe było rozwiązanie tego w małej skali. Trzeba było zaangażować w to przedsięwzięcie wszystkie przychylne wam dzieci, aby usunąć z domu tego małego, brudnego chłopca. Pozbycie się jednego człowieka zajęło wam aż tyle czasu. Teraz szukacie winnych, choć wina leży po równo między wami, a Lordem Voldemortem.
Krukonka była z siebie cholernie zadowolona. Najlepszą dla niej nagrodą była cisza na sali, która zapadła po jej słowach. Zapragnęła jeszcze krzyknąć: „To wasza wina, idioci!”, jednak powstrzymała się, bo to jedynie zadziałałoby na jej niekorzyść. Jednak zarzut nie był końcem jej monologu.
– Gdy wy walczyliście tu z jednym, słabym Voldemortem, mając po swojej stronie rzeszę zdolnych i potężnych czarodziei, w Boliwii zamordowano sto trzydzieści szamanek...
– W Londynie zginęło ponad dwa razy więcej czarodziei i wielu mugoli, których liczba obecnie nie jest możliwa do oszacowania – wtrącił butnie blondyn.
– A stało się to w ciągu tygodnia? Nie wydaje mi się.
Mężczyzna aż otworzył usta ze zdziwienia.
– Na świecie wydarzyło się więcej zła niż wyrządził tu ten wasz Voldemort. Na Wielkiej Brytanii świat się nie kończy, więc przyjmijcie do wiadomości, że tę wojnę mogłyśmy mieć po prostu bardzo głęboko w dupie.
Teraz wszystkim obecnym na sali opadły szczęki. Nawet Kingley nie mógł się powstrzymać przed okazaniem zdziwienia i krzty wstydu za siebie i innych.
Ława urzędników zaczęła się naradzać. Panowie na początku wymieniali między sobą pojedyncze słowa, jakby nie mogli otrząsnąć się po usłyszanych słowach. Po chwili wzmożonego szeptania, kilku okrzykach, uderzeniach pięści w stół i kubku rozlanej herbaty, Wiceminister zarządził kilkuminutową przerwę, po czym przywołał do siebie głównego aurora. Wyszeptał mu kilka słów na ucho.
– Że co?! – wyrwało się aurorowi. – Znaczy, jest pan pewien? To może być niebezpieczne i źle przyjęte przez widownię.
Kingsley spojrzał na ludzi wychodzących z sali. Większość z nich powinna wrócić za kilka minut z kubkiem gorącej kawy w dłoni, a widok, który mieliby zastać, wprawiłby ich w osłupienie. Minister jeszcze kilka razy przeanalizował w głowie swoją decyzję.
– Tak, jestem pewien. Wykonać.
Auror przez chwilę zastygł w bezruchu. Jeszcze kilka razy spojrzał kontrolnie na Ministra, jednak ten nie miał nawet cienia wątpliwości.
Mężczyzna zwołał do siebie wszystkich kolegów po fachu znajdujących się w sali, po czym wydał krótki rozkaz:
– Rozkuć oskarżone.
Podwładni zareagowali niemal identycznie, jak ich szef. Po kilku chwilach protestów, zdziwień, a nawet okrzyków strachu, niepewnie zaczęli się zbliżać do sceny. Bali się. Poruszali się bardzo powoli i strachliwie, odskakiwali na najcichszy brzdęk łańcuchów. Każdy z nich trzymał w dłoni różdżkę i po jej drganiu można było poznać, że aż trzęśli się ze strachu.
– Banda tchórzofretek – mruknęła Victoria, podśmiewając się przy tym pod nosem.
– Nic nie mów, bo wystraszysz ich jeszcze bardziej – dorzuciła ironicznie Sentis.
Dziewczyny przyglądały się temu, jak spektaklowi w cyrku. Różnica była jedynie taka, że nie mogły się otwarcie i na głos śmiać, a bardzo chciały. Dawno nie spotkały się z tak otwartym okazywaniem strachu. I to jeszcze wobec nich! Nie dziwiłyby się, gdyby bać się mieli przemytnicy, kłusownicy, czy płatni zabójcy, ale dlaczego miałyby być groźne dla przeciętnego aurora? Cała sytuacja wydawała im się śmieszna i irracjonalna jednocześnie.
Podchody mocno się przedłużały. Niektórzy widzowie zdążyli już wrócić do sali.
– Ja to zrobię – podniósł się z miejsca zdenerwowany i dość zawiedziony brunet. Był to organ doradczy Ministra, czyli sławny już od urodzenia Harry Potter.
– Jestem pod wrażeniem – powiedziała z aprobatą Sentis.
Młody mężczyzna nieco się zarumienił. Po kolei i w skupieniu rzucał zaklęcia ściągające bariery oraz pozostałe zabezpieczenia. Cały proces od pierwszego machnięcia różdżką, aż do postawienia kobiet z powrotem na ziemię zajął mu niecały kwadrans. Do sali zdążyli już wrócić niemal wszyscy widzowie.
– Nie zrobiłem przecież nic niezwykłego – odpowiedział dość pewnie chłopak.
– Nie uciekłeś z podkulonym ogonem, a to już coś.
– Gryfoni już tak mają – odparł skromnie.
– Gryfoni to większość tych tchórzy, którzy nazywają się aurorami – stwierdziła Sentis rozcierając obolałe od kajdan nadgarstki. – Ty po prostu jesteś odważny.
– Dziękuję pani.
– W jej ustach to wcale nie jest komplement – wtrąciła groźnie Victoria.
Ślizgonka patrzyła uważnie na zdziwionego Pottera, który już nie był z siebie taki dumny. Brunetka tylko uśmiechnęła się pod nosem.
– Durny, jak wszyscy – mruknęła jakby sama do siebie.
– Proszę o ciszę! – zarządził Minister. – Przejdźmy do wniosków końcowych i zakończy już tę farsę. Dopełnimy jedynie formalności o oddaleniu zarzutów, jednak i tak będą musiały się panie nieco natłumaczyć ze swojej nieobecności – skończył Kingsley, po czym oddał głos głównemu mówcy.
Mrs Black bajkowe-szablony