Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azkaban. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azkaban. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział XIII

Beta wróciła!


Wylądowali przed gruzami bramy Hogwartu. Czekał tam na nich komitet powitalny: Minerva, Filch z kotką i Slughorn. Sentis myślała, że ją krew zaleje, a Severus zastanawiał się nad szybkim odwrotem. Nawet nie próbowali ukryć swojego niezadowolenia.
– Na brodę Merlina! Więc to jednak prawda! – Slughorn o mało nie padł na zawał z zachwytu na widok Snape'a. Chciał do niego podejść i uściskać, niczym wujek dawno nie widzianego siostrzeńca, ale zdenerwowanie wymalowane na twarzy Mistrza Eliksirów skutecznie go od tego odwiodło.
– Nie powinniśmy tu tyle stać. Jedźmy już do zamku – zarządziła
Minerva. Wydawała się być niezainteresowana zaistniałą sytuacją, jakby oglądanie żywych trupów atrakcyjnością dorównywało piciu porannej kawy. Reszta ruszyła za nią w milczeniu w stronę wozów zaprzęgniętych w testrale. Bagażami zajęły się skrzaty.
Kiedy jechali, Sentis mogła dokładnie przyjrzeć się zamkowi. Był zniszczony, choć daleko mu było do ruiny. Większość zburzonych elementów została już uprzątnięta, nie zauważyła żadnych stert gruzu czy kamieni, choć ubytki w murach zaskoczyły ją swoimi rozmiarami. Dziwiła się, że zamek nie runął totalnie, z pewnością dzięki zasłudze magii.
Severus był za to mocno zawiedziony. Liczył, że całą tę szkołę trafił jasny szlag i pozostanie tylko zrównać ją z ziemią. Zbyt wiele złych rzeczy się w niej stało. Nie myślał jedynie o sobie. Przypomniał sobie Komnatę Tajemnic razem z pieprzonym bazyliszkiem, bijącą wierzbę, te cholerne chaszcze w szklarni, które Albus kazał hodować, choć wiedział, że mogą pozabijać przynajmniej połowę dzieciaków… I Voldemorta. Wszystko miało swój początek w Hogwarcie, a Snape doczekał się w tym miejscu nawet swojego końca. Ten zamek nie kojarzył mu się z niczym dobrym. Nawet nie wszedł do środka, a już chciał wracać do swojego mieszkania w Londynie.
Swoją drogą nie był do końca pewny, co tak właściwie wywinęły te cztery wariatki, że musiał razem z nimi opuścić swoje lokum. Czyżby kogoś zabiły?
Postanowił, że poszuka w wydaniach Proroka z tego roku. Nie miał nawet zamiaru pytać którejś z nich. Aż tak nisko nie upadł.
Nathalie czekała na nich w korytarzu przy Wielkiej Sali. Wyglądała na nieco zniecierpliwioną i podenerwowaną.
– Wybrałam dla nas komnaty niedaleko lochów. Tam są najmniej zniszczone, poza tym blisko z nich do pracowni eliksirów i wyjścia ewakuacyjnego.
Sentis przyjęła to do wiadomości, co zakomunikowała jedynie kiwnięciem głowy.
– Rozgośćcie się, moi drodzy. Za godzinę spotkamy się na obiedzie i wspólnie wszystko przedyskutujemy. Póki co odpocznijcie chwilę – powiedziała Minerva uśmiechając się do Nathalie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poprowadziła resztę do kwater.
Zeszli schodami piętro niżej, gdzie teoretycznie znajdowała się kanciapa woźnego, lecz za ukrytymi drzwiami chowały się dobrze przystosowane do ich obecnych potrzeb pokoje.
Duży salon pełnił funkcję korytarza, z niego wchodziło się do każdej z osobnych sypialni, łazienki oraz małej kuchni. Był schludnie urządzony, bez żadnych ozdobników z wyjątkiem zbyt przaśnego żyrandola z kryształków. Reszta została utrzymana w brązowoszarej kolorystyce. Sofa, kilka foteli, regały, półżywa paprotka, stolik, dywan i to wszystko. Tyle dobrego. Kuchnia, a raczej niewielki aneks, składał się z blatu, kilku kubków, szafki z zastawą i czajnika. Posiłki w tym budynku jadało się wyłącznie w Wielkiej Sali, więc nie było potrzeby, aby każde lokum wyposażać w osobną kuchnię.
Severus nie pamiętał, by wcześniej było tu coś takiego. Znał zamek niemal jak własną kieszeń, ale pomieszczeń w tym konkretnym miejscu nie kojarzył. Może przy okazji odbudowy zrobili małą przebudowę? A może ktoś bardzo chciał, żeby Severus nigdy się nie dowiedział o tych komnatach?
Mimo wszystko kwatera przypadła im do gustu. Oczywiście na tyle, na ile ludziom może podobać się miejsce, w którym woleliby nie być.
– Myślę, że największą sypialnię powinniśmy zostawić Severusowi – powiedziała Nathalie wskazując dłonią na drzwi naprzeciwko wejścia. – Reszta pokoi jest niemal tej samej wielkości, więc nie ma znaczenia, który wybierzecie dla siebie. Skrzaty przyniosą bagaże po obiedzie. Nie ma sensu rozpakowywać ich dzisiaj, więc możecie zająć się tym jutro.
– Dziękuję ci za zgodę, moja droga! Cóż ja bym bez ciebie zrobiła! – zakrzyknęła Sentis z udawanym entuzjazmem. Ilość jadu, jaką zawarła w swojej wypowiedzi mogłaby wybić średniej wielkości mugolskie miasto.
– Nie bądź zgryźliwa. Przecież to wszystko dla naszego dobra.
– No oczywiście, że tak. Slughorn przy bramie również potrzebny był naszemu dobru. I wspólny obiadek. Nawet woźny musiał nas zobaczyć! Jak nic jutro pojawimy się na pierwszej stronie Proroka! Nie widzę tu pismaków, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nasz profesorek przepuścił okazję do zarobienia kilku knutów.
– To akurat nie moja wina. Minerva uparła się, że cały personel w zamku ma wiedzieć, co się dzieje. Ale jest tu tylko kadra nauczycielska i skrzaty.
– No to całe szczęście! – jadowicie stwierdziła Ślizgonka. – Już myślałam, że Minerva zrobi z nas atrakcję dla pierwszorocznych.
– Jesteś okropna – mruknęła z dezaprobatą Nathalie.
– A co z uczniami? – wtrącił się Snape. Bardzo zdziwiła go cisza, jaka panowała w zamku. Spodziewał się raczej bandy szlachetnych Gryfonów odbudowujących mury i garstki Ślizgonów, która za karę za błędy rodziców szorowała podłogi.
– Na ten rok Hogwart został zamknięty. Uczniowie albo czekają na wznowienie roku szkolnego, albo uczą się w jakiejś innej szkole w Europie.
Mężczyzna tylko mruknął pod nosem. Udał się do swojej sypialni i jakoś nie zamierzał nikogo informować, że do Wielkiej Sali uda się raczej po swoim trupie. Wspólne ucztowanie za nic w świecie nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie dzisiaj. Ciągle czuł posmak rzygowin w ustach, co chwila drętwiały mu dłonie i obawiał się, że zemdleje. A wolałby tego nie robić przy swoich byłych kolegach z pracy. Wszystko, tylko nie ich troska. Wydawało mu się, że nie prosi o zbyt wiele.
Sentis kątem oka zarejestrowała, jak Severus wychodzi z salonu. Miała nadzieję, że mężczyzna pójdzie spać i przynajmniej jego ominie wątpliwej przyjemności obiadek w gronie starych znajomych. Strasznie nie chciała tam iść.
W ogóle dlaczego jedli obiad niemal w nocy? Z tego co pamiętała, taki posiłek każdy przeciętny człowiek nazywał kolacją. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
– Mam nadzieję, że podadzą kurczaka w miodzie. Jesienią prawie zawsze na stole był kurczak w miodzie. I do tego jeszcze surówka z marchwi – rozmarzyła się Lindsay.
– Albo ogromny filet z łososia w grubej panierce – dorzuciła od siebie Victoria.
– Ja to bym wolała porządny kawał mięcha – stwierdziła Sentis. – Najlepiej jakiś wielki stek. Koniecznie w ciemnym sosie.
– A mi to się marzy ciasto dyniowe – powiedziała Nathalie, na co wszystkie westchnęły z aprobatą.
– Może mają też Kremowe Piwo.
– No pewnie! Najlepiej Ognistą podać do obiadu.
– Nie ma dzieci, więc kto wie. Może teraz codziennie ucztują.
– Już widzę tego dziada od zaklęć, jak ucztuje i pije wino z pucharka większego od niego samego.
Śmiały się i wspominały stare czasy. Dobry nastrój sprawił, że czas w samotności upłynął dużo szybciej niż by tego chciały. Skrzat owinięty w poszewkę od poduszki przyszedł im zakomunikować, że obiad już czeka. Kobiety niechętnie udały się do Wielkiej Sali.
– No nareszcie się zjawiłyście! A gdzie Severus? – powitał je radośnie Slughorn. Niestety nie były równie uradowane co on. Facet strasznie się postarzał, osiwiał, a w dodatku dorobił się niewielkiego garba. Gdyby nie nauczycielska szata wyglądałby jak przeciętny mugolski staruszek.
– Śpi – skłamała szybko Sentis. Nawet nie zajrzała do jego sypialni przed wyjściem. Brunetka zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od Minervy. Między nimi usiadły pozostałe dziewczyny.
Nauczyciele rozmawiali o bieżących sprawach Hogwartu, a w międzyczasie jedli posiłek. Nathalie przysłuchiwała się wszystkiemu jak zaczarowana, jakby jej jedynym marzeniem było zostać tu na zawsze. Lindsay pochłaniała wszystko, co była w stanie nadziać na widelec, a Victoria wciąż nie mogła się zdecydować na jedną potrawę, bo nie chciała się obżerać przed spaniem. Za to Sentis jadła szybko i byle co. Nie stanowiło to problemu dla jej upodobań kulinarnych, bo w Hogwarcie po prostu nie podawali złego jedzenia. Wszystko smakowało cudownie.
Plan odbudowy Hogwartu w gruncie rzeczy był bardzo prosty. Dotychczasowy personel zamku do końca marca miał zająć się większymi zniszczeniami, czyli murami i brakami w barierze ochronnej. Zajęcie to okazało się być czasochłonne, ponieważ wiele pomieszczeń zostało zburzonych w całości, więc nauczyciele musieli odbudowywać je zgodnie z planami, jakie otrzymali z Ministerstwa. Oczywiście nie trzymali się sztywno tych wytycznych. Zorganizowali kilka ukrytych komnat, schronów, niewielkich sejfów, korytarzy ewakuacyjnych i temu podobnych rzeczy. Chcieli, żeby Hogwart stał się bezpieczniejszy dla nich i dla uczniów. Po zakończeniu tego etapu prac do zamku miała wkroczyć komisja powołana przez Ministra, której zadaniem była ocena, czy zamek nadaje się do użytku. Jeśli tak będzie, w ciągu wakacji skrzaty miały zająć się sprzątaniem i meblowaniem komnat. Według planu do września wszystko powinno być skończone.
– To fajnie, że sobie radzicie. Postaramy się wam pomóc, jeśli zaistnieje taka potrzeba, ale póki co dziękuję za obiad. Wrócę już do siebie.
– Nie tak szybko panno Gaunt – zagrzmiała Minerva, na co Sentis zamarła w połowie podnoszenia się w ławki. – Chyba jest nam panna winna wyjaśnienia.
– Jakie wyjaśnienia? – Sentis udawała głupią
– Może to wydarzyło się dwadzieścia lat temu, ale faktem jest, że zniknęła pani wraz z koleżankami bez słowa i to pod koniec roku szkolnego. Mam wobec tego tylko jedno pytanie: po co?
– Wyjazd służbowy – odpowiedziała sucho.
Zaraz po tym z trzaśnięciem drzwi opuściła salę i udała się do komnat. Miała dość. Znajdowała się w zamku od zaledwie kilku godzin, a już chciała się stąd wynosić. Jak najdalej od Żelaznej Dziewicy.
Stwierdziła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to dadzą sobie radę bez pomocy nadętej pani profesor. Na Londynie świat się nie kończy. Może i tutaj był ich dom, ale nie zamierzały tu zostawać za wszelką cenę. Jak trzeba będzie to wyniosą się na drugi koniec świata. Etiopia, Grenlandia, Mozambik, Syberia... cokolwiek!
Sentis zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przesadza. Że każdy normalny (albo wcale nie) człowiek na miejscu belferki zadawałby pytania. Pewnie nawet całe mnóstwo. Jednak McGonnagall nie należała do normalnych, a Ślizgonka wątpiła nawet w to, czy była ona człowiekiem. W końcu to przez tę starą raszplę zdecydowała się wyjechać. Zadowalający z Transmutacji! Żeby ją szlag jasny trafił! Gdyby nie to, teraz pewnie spałaby smacznie w swojej willi z basenem na obrzeżach jakiegoś mugolskiego kurortu i kąpałaby się w sławie najlepszej łamaczki klątw na kontynencie. I wcale nie przesadzała. Gaunt doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich zdolności i predyspozycji. Ona była wprost stworzona do tej pracy. Jednak Minerva postanowiła zabawić się we władcę cudzych losów. Szkoda tylko, że wybrała sobie do tego akurat ją.
Brunetka wpadła do komnat jak burza, jednak gwałtownie zatrzymała się w połowie pomieszczenia, kiedy zauważyła, że na kanapie siedzi Severus. Brunet jak gdyby nigdy nic popijał herbatę ziołową i przerzucał strony Proroka.
– Obiad nie przypadł ci do gustu?
– Ależ skąd. Widzę za to, że zasmakowała ci herbatka.
– Zaraz po rzyganiu wszystko smakuje jak ambrozja – stwierdził nie odrywając wzroku od gazety. Czytał jedynie nagłówki artykułów, aby zorientować się pokrótce co się dzieje na świecie.
Kobieta naprędce zaparzyła sobie kawy i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
– Slughorn się za tobą stęsknił.
– Bez wzajemności.
– Ciągle o ciebie pytał. Chyba chce sprzedać do Proroka twoje zdjęcie. Już widzę ten nagłówek: „Podwójny szpieg znów wśród żywych”.
– Mam dość zbędnej uwagi i bez tego – mruknął ustawiając pionowo gazetę. Nie był zbyt skory do rozmowy, ale Sentis się nie zniechęciła. W końcu on nigdy nie chciał rozmawiać.
– Nie obawiaj się, dostaniesz jej dużo więcej. Będziesz stał w blasku fleszy i twoi starzy znajomi z pracy o to zadbają, jak tak dalej pójdzie.
Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Spojrzał na brunetkę z ukosa.
– Co masz na myśli?
Sentis wygodniej usadowiła się w fotelu, po czym założyła nogę na nogę i upiła łyk czarnej niczym smoła kawy. Roztarła językiem napój na podniebieniu. Dawno nie piła tak dobrej i tak mocnej kawy. Ciekawe skąd ją sprowadzali?
– Minerva nie była zbyt...
– Minerva? – zakpił z satysfakcją Snape. – Przeszłyście już na ty?
– Chyba kpisz. Bardziej poprawnie politycznie jest mi mówić o niej per Minerva, niż wredna suka, czy szmata, której nie cierpię. Powracając do tematu, twoja była koleżanka z pracy... – Severus nie omieszkał skwitować tego stwierdzenia znudzonym stęknięciem.
– …jakoś nie specjalnie chciała z nami współpracować, więc o twoim życiu po śmierci wie już cały zamek. Jednak nie powinno to potrwać zbyt długo, bo jak oboje dobrze wiemy, Slughorn ma język długi jak Mur Chiński. Za kilka dni pod bramą Hogwartu będzie się roiło od pismaków, a dziękować za to będziemy nieocenionej profesor McGonnagall.
– My? – Uniósł brew. – Myślałem, że będę jedynym pokrzywdzonym.
– Oj Żmijko, na tobie świat się nie kończy. Nie byłeś naszym jedynym... dużym przedsięwzięciem. Przynajmniej ostatnimi czasy nasze kontakty z Ministerstwem nieco się pokomplikowały.
Severus ucieszył się w duchu jak dziecko. Wydawało mu się, że kobieta z wiekiem zatraciła swoje buntownicze zapędy. Mylił się, a nie zdarzało mu się to często.
– Czyżby obrót nielegalnym towarem? – Nie mógł darować sobie krzty ironii.
– Ależ skąd! Po prostu chciałam się dostać do swojego skarbca w banku, ale z jakiegoś powodu w obecnych czasach dziedzic Slytherina nie jest mile widziany w miejscach publicznych.
– Chyba bardziej poruszyło ich twoje pokrewieństwo z Voldemortem.
– Wiem – odpowiedziała oschle.
Dosyć szybko po opuszczeniu Azkabanu zorientowała się o co Ministerstwo zrobiło tyle krzyku. Tom Riddle był jej kuzynem, synem siostry jej ojca. Z jakiegoś powodu wszyscy pomyśleli, że zjawiła się tu, żeby sfinalizować plany tego psychola. Niedoczekanie.
– Rodziny się nie wybiera – zakończyła bez entuzjazmu.
Odstawiła pusty kubek na stolik przy kanapie. Bez słowa udała się do swojej sypialni. Zaraz po tym, jak zamknęła drzwi, usłyszała wchodzące do salonu przyjaciółki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Przynajmniej nie dziś.

Przebrała się w wyciągniętą koszulkę i położyła pod kołdrą, a po chwili spała jak dziecko.

wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział XII

Wiem, zjebałam. Nie mam nic na swoją obronę. Ale w Wenem tak to już jest, że co jakiś czas zdycha. Nic na to nie poradzę. 
Mam wrażenie, że jakieś to takie pizdowate zaczyna być. Nie chciałam pisać ckliwego romansidła, więc jeszcze nie wiem, jak to się mojemu zombie życie ułoży. Bądźcie cierpliwi. 
XO



 – Całe szczęście, że tak to się skończyło – stwierdził Severus.
Razem z Lucjuszem siedział na kanapie w salonie i popijali herbatę, którą przygotowała dla nich Lindsay. Po pełnym uścisków powitaniu, które Malfoy zaczął, a Snape'owi głupio było zwrócić uwagę, jak niemęskie wydawały mu się tego typu sielankowe sceny, przeszli do konkretów. Lucjusz opowiedział mu o wojnie, opisał jej dokładny przebieg, a na końcu wymienił, kto dokładnie zginął.
Mistrz eliksirów zadumał się na chwilę nad śmiercią jednego z Weasleyów, Lupina i Tonks, jednak dosyć szybko mu przeszło. W końcu on też umarł.
Malfoy przyszedł sam, co na początku bardzo go zaniepokoiło. Okazało się jednak, że Draco zajmuje się nieco schorowaną ostatnio Narcyzą, więc odetchnął z ulgą. Może i gówniarz przysporzył mu wiele kłopotów, ale lubił go.
– Tak, całe szczęście – przytaknął blondyn, który z jakiegoś powodu ominął tę część historii, która mówiła o śledztwie, jakie Ministerstwo prowadziło przeciwko niemu przez ostatnie kilka miesięcy. Na szczęście nic nie znaleźli, za co dziękował i dziękować będzie Narcyzie. Skarb nie kobieta! Gdyby wtedy powiedziała, że Potter żyje, to aż strach pomyśleć, w jak ciasnej celi musiałby teraz siedzieć.
– To niesamowite – dodał po chwili nieco ciszej, wciąż patrząc na Severusa. Wydawało mu się, że przy tym, co zrobiły te cztery dziewczyny, magia nauczana w Hogwarcie to zabawa dla mugoli. – Wróciły i cię ożywiły. Tak po prostu. To znaczy przygotowania zabrały trochę czasu, ale kilka tygodni to i tak mniej niż wieczność. Doprawdy niesamowite!
Severus tylko mruknął niecierpliwie. Zajął się opróżnianiem swojej filiżanki, gdyż nie miał specjalnej ochoty na śpiewanie hymnów ku czci tych czterech wiedźm, które z jakiegoś powodu nie kwapiły się do tego, aby opuścić jego mieszkanie. Póki co nie miał zamiaru ich wyrzucać. W końcu przywróciły go do życia i zajęły się nim, choć w gruncie rzeczy nie było mu to na rękę, więc należy im się choć krztyna wdzięczności. Jednak pewnego dnia będzie miał dosyć i coś czuł, że ten dzień się zbliża.
– Strasznie romantyczna historia – westchnął Lucjusz.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Daj spokój. Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
– Tak się składa, że nie mam fakultetu z jasnowidzenia.
Lucjusz spojrzał na niego pobłażliwie.
– Masz już czterdzieści lat...
– Prawie – wtrącił Severus.
– …a dalej zachowujesz się jak dziewięciolatek. Powiem wprost. – Lucjusz nachylił się w stronę bruneta. – Nie wyciągałaby cię z piachu, gdybyś był dla niej tylko kolegą.
Severus tylko prychnął głośno i powrócił do picia herbaty. Nie miał ochoty komentować Lucjuszowych insynuacji.
– Nie musisz mi wierzyć. Przecież zawsze możesz ją zapytać.
– O powody? Miała możliwość, więc mnie ożywiła. Wielkie mi halo. Przesadzasz Lucjuszu. Chciałbyś zobaczyć co najmniej operę mydlaną, ale nic z tych rzeczy. Jesteśmy dorosłymi ludźmi.
– No właśnie. Czas leci, drogi przyjacielu. Oboje nie młodniejecie, a starość w samotności to okropna wizja przyszłości. Pamiętam swojego wuja, który nie mógł przeboleć, że nie dane mu było spłodzić potomka. Smutny człowiek i smutny koniec.
Blondyn wstał z kanapy i odstawił filiżankę na stolik. Poprawił włosy, szatę i zaklęciem przywołał swój płaszcz.
– Już wychodzisz? – spytała Sentis, która właśnie przechodziła obok salonu. Cały dzień spędziła kursując między biblioteczką a łazienką, gdzie przygotowywała nowe partie brakujących eliksirów. Severus pochłaniał je niemal wiadrami, gdyż nie wszystkie jego narządy były w pełni sprawne.
– Czas już na mnie moja droga. Miłego dnia wam życzę. – Dygnął lekko w stronę bruneta, a później kobiety, po czym deportował się z trzaskiem.
– Ciekawe czy się wygada, o ile już tego nie zrobił.
– Co masz na myśli?
– No wiesz, ożywianie ludzi nie jest czymś powszechnie znanym. Jeśli Ministerstwo się dowie wcześniej niż powinno, to skutki tego mogą być paskudne dla nas wszystkich.
Brunetka opierała się o framugę. Bawiła się paskiem od białego fartucha, który był ubrudzony plamami we wszystkich kolorach tęczy. Włosy miała luźno upięte tuż powyżej karku, żeby nie przeszkadzały jej przy pracy.
– No tak – odpowiedział lakonicznie, po czym sięgnął po nowy numer „Proroka”, który leżał na stoliku.
Sentis już miała wycofywać się z powrotem do łazienki, kiedy do domu wpadła Victoria.
– Niech to szlag! – zawołała już od progu, trzaskając drzwiami.
– Dementorzy? – zapytała żartobliwie Nathalie wychodząc razem z Lindsay z kuchni.
– Gorzej! Minister!
Krukonka weszła do salonu, a zaraz za nią reszta kobiet. Snape przyglądał im się w milczeniu, kiedy pospiesznie siadały na kanapie i fotelach. Victoria nawet nie zdjęła płaszcza, tylko od razu przeszła do rzeczy.
– Byłam u Borgina po kilka pierdół do eliksirów, kiedy akurat miał dostawę z niekoniecznie legalnego źródła, ale nie w tym rzecz. Przemytnik twierdzi, że Ministerstwo szykuje się na grubszą akcję. Podobno Kingsley nie może znieść upokorzenia, jakie mu zgotowałyśmy i chce zemsty. Aurorzy złapali kilku mało rozgarniętych dostawców i dowiedzieli się od nich, że ostatnimi czasy dosyć często zaopatrywałyśmy się u innych przemytników. Myślę, że w ciągu najbliższych kilku dni będą chcieli... złożyć nam wizytę. Jakieś pomysły, jak tego uniknąć?
Sentis zaczęła drapać kłykcie, co oznaczało, że nie było dobrze. Victoria patrzyła pytająco na swoje przyjaciółki, bo sama nie widziała wyjścia z tej sytuacji.
– To co powiem może wam się nie spodobać, ale najważniejsze jest teraz ukrycie Severusa i nasza regeneracja, więc jedynym słusznym posunięciem będzie skrycie się w Hogwarcie.
– Nie ma mowy! – stwierdziła Setnis ze Snape'em w tym samym momencie.
Nathalie tylko wywróciła oczami. Wstała, bo miała nadzieję, że patrząc z góry zrobi na nich nieco większe wrażenie i zawierzą jej autorytetowi.
– Minerva o wszystkim wie i obecała...
– Co? – przerwała jej Sentis, którą na samą myśl o współpracy z Żelazną Dziewicą szlag jasny trafiał. – Kto ci w ogóle pozwolił jej cokolwiek powiedzieć?
– Nie żartuj sobie. Miałam cię prosić o pozwolenie? Może jeszcze na kolanach?
– Och, dajcie spokój – próbowała opanować sytuację Lindsay.
– Zamknij się! – warknęła Sentis wstają z kanapy. – Miałaś ją tylko podpytać o pogrzeb, a nie zwierzać się jej przy herbatce.
– Mogłaś sama do niej pójść!
– Jeszcze czego!
Severus obserwował kłótnie w milczeniu. Nie miał ochoty się wtrącać, ale nie miał też siły, aby po prostu wyjść z pokoju. Nogi miał odrętwiałe, ręce nieco zesztywniałe, kuło go w boku i przy najmniejszym wysiłku kręciło mu się w głowie. Przez ich krzyki zaczął czuć pulsowanie w skroniach. Chciał dać którejś do zrozumienia, że kłótnia jest bezcelowa, jednak w momencie, w którym otworzył usta wydostało się z nich coś nieco innego od słów. Przechylił się przez podłokietnik kanapy i wyrzucił z siebie treść żołądka na podłogę. Chwilę później zrobiło mu się ciemno przed oczami i przestał cokolwiek słyszeć.
– Dalej masz wątpliwości co do mojego planu? – spytała niezbyt uprzejmie Nathalie. Kobieta spojrzała przy tym na biednego Severusa, który przelewał się przez ręce Victorii i Lindsay, choć za wszelką cenę próbowały one przenieść go do sypialni. Mężczyzna wciąż był przytomny, lecz nie koniecznie zdolny do utrzymywania kontaktu z otoczeniem. Wił się i próbował oswobodzić, co trzymającym go kobietom nie było specjalnie na rękę.
Sentis skapitulowała.
– Napisz do niej, że będziemy jeszcze dziś w nocy.
– Lepiej będzie, jeżeli pójdę od razu do Hogwartu. Przetransportuję się tam siecią Fiuu i wybiorę odpowiednie komnaty.
– Jak chcesz. Ale tylko ona ma o nas wiedzieć – zaznaczyła, po czym udała się do sypialni.
Severus już całkowicie odzyskał przytomność, ale zaczął częściej i obficiej wymiotować. Nathalie podtrzymywała go, aby nie spadł z łóżka, a Gryfonka ewakuowała się z pomieszczenia. Mogła znieść bardzo wiele, krew, łzy, rozkład, odór, ale nie wymiociny.
Postawiły go do pionu przy pomocy kilku eliksirów, okładów na klatkę piersiową i kubka ziołowej herbaty. Snape uznał, że już kocie siki smakują lepiej, jednak dosyć szybko odgonił od siebie myśl, w jakich okolicznościach musiał je spożywać.
– Dobra, to ja idę nas pakować, Victoria spakuje sprzęt i składniki, a ty podaj mu więcej herbaty, powinno wystarczyć – rzuciła przez ramię Gryfonka wychodząc z pokoju.
Sentis usiadła na łóżku obok Severusa.
– Ale chce mi się palić – mruknęła sama do siebie.
– Nie podejrzewałbym cię o mugolskie rozrywki.
– Jakbyś sam nigdy nie palił.
– To było w ramach eksperymentu, więc się nie liczy.
Snape powoli i bardzo niechętnie dopijał herbatę. Starał się nie zerkać na brunetkę, ale strasznie go ciekawiło, jak się zmieniła przez te lata. Jedyne, co zdążył zauważyć, to mnóstwo małych i dużych blizn na ciele i twarzy, których nie starała się nawet ukrywać.
Sam się sobie dziwił, że po tylu latach ją rozpoznał. Po zniknięciu martwił się najwyżej miesiąc, a później przestał o niej myśleć. Może to za sprawą Voldemorta, Dumbledore'a albo śmierci Lily. Nie miał pojęcia. Przez chwilę nawet poczuł się winny, że tak szybko zapomniał o swojej dobrej przyjaciółce z czasów szkolnych. Może i była najbardziej aspołeczną dziewczyną w szkole, ale za to potrafiła przesiedzieć z nim w bibliotece całą noc, dość dobrze znała się na eliksirach, a jeśli chodzi o Czarną Magię, to nie miała sobie równych. Oboje nie byli skorzy do zwierzeń, jednak ona znała jego sytuację rodzinną, a on wiedział, jak wiele przykrości spotykało ją przez wzgląd na nazwisko. Minerva nie dawała jej spokoju, dyrektor traktował jak małe dziecko, a reszta nauczycieli próbowała udawać, że jej rodzice wcale nie siedzą w Azkabanie. Oboje nie mieli łatwego życia.
Przemyślenia przerwał mu nagły skurcz ramion i pleców.
– Eliksir rozgrzewający powinien załatwić sprawę – stwierdziła kobieta wyciągając ze stojącej przy łóżku skrzynki odpowiedni słoiczek.
– Za długo trzeba czekać na efekty – wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby.
– Nie, jeżeli się go wciera.
Kilkoma ruchami pozbawiła go czarnego swetra i położyła na brzuchu. Oczywiście opierał się przy tym i narzekał jak małe dziecko, ale Sentis udawała, że go nie słyszy.
Wmawiała też sobie, że robi to wyłącznie ze względów zdrowotnych. Nie miała w tym absolutnie żadnych prywatnych celów, takich jak obejrzenie jego ciała, czy dotknięcie go. Nic z tych rzeczy!
Roztarła intensywnie pachnącą ciecz w dłoniach, po czym położyła je na jego plecy. Zaczęła go masować kolistymi ruchami, na początku powoli i delikatnie, póki nie wyczuła, że jego mięśnie się rozluźniają. Mogła już przestać po kilku chwilach, bo eliksir zdążył w tym czasie zadziałać, ale Severus nie protestował, więc kontynuowała.
– Kiedy to się w końcu skończy? – zapytał cicho Snape, a Sentis szybko zabrała dłonie z jego pleców. – Nie o tym mówię.
Kobieta zaśmiała się cicho i ponowiła masaż.
– Myślałem raczej o tych ciągłych skurczach, wymiotach, omdleniach, atakach kaszlu, dusznościach i temu podobnych.
– Minie jeszcze trochę czasu – odpowiedziała wciąż go masując. Zaczęła rysować palcami wymyślne wzory. – Nie potrafię określić ile, bo to zależy od organizmu. Ale całkiem dobrze sobie radzisz.
– Pewnie ożywianie trupów to dla ciebie codzienność.
– Bez przesady. Ryzyko jest za duże, żeby traktować to jak kawę do śniadania. Myślę, że do pełnej sprawności wrócisz za koło rok, ale tego typu dolegliwości miną za kilka miesięcy.
Sever jak zwykle tylko mruknął niezadowolony.
– Nie marudź! Nie po to wyciągałam cię z piachu, żebyś teraz marudził, że boli cię brzuch.
– A po co? – zapytał odwracając się twarzą w jej stronę.
Przekręcił się na plecy, przy okazji ją z nich zrzucając. Usiedli na łóżku naprzeciwko siebie, a ona znów zaczęła drapać kłykcie.
– To chyba moja sprawa – mruknęła nawet na niego nie patrząc.
– Dotyczy też mnie, więc nie byłbym tego taki pewien.
– Zrobiłam co chciałam. Nie musisz mnie z tego rozliczać.
– Jednak chciałbym wiedzieć, czy mam dług do spłacenia.
– Wolałabym dozgonną wdzięczność. Raczej trudno będzie ci się odwdzięczyć za powrót do żywych. Z tego co wiem pensje w Hogwarcie są raczej marne, Riddle ci nie płacił, a nawet gdyby, to pieniądze za tego typu „przysługę” to słaba rekompensata. Po prostu bądź cierpliwy.
Wyszła z pokoju z przeczuciem, że mimo usilnych starań dała się ponieść emocją i powiedziała o kilka słów za dużo. Niby nic o uczuciach, ale o tych sprawach czyta się raczej między wierszami. Pozostawało jej jedynie mieć nadzieję, że mózg Severusa nie powrócił jeszcze do pełnej sprawności.
Kiedy brunetka pomagała przyjaciółkom w spakowaniu całego bajzlu z powrotem do kufrów, Severus postanowił na nowo poznać swoje mieszkanie, a raczej sypialnię. Próbował przypomnieć sobie wszystkie skrytki, jakie wykombinował w sobie tylko znanym celu. Było ich multum, z czego większość kompletnie nieprzydatna. Ale w tym momencie interesowała go jedna.
Schował w niej najbardziej osobiste rzeczy. Nie chodziło o szczoteczkę do zębów i ulubione majtki, a o zdjęcia. Nie posiadał ich zbyt wiele. Prawie dwadzieścia lat temu dokonał surowej selekcji i zniszczył większość swoich rodzinnych i prywatnych pamiątek. Ograniczył się jedynie do małego albumu, który schował gdzieś w tej sypialni, ale za cholerę nie pamiętał gdzie. Nie chodziło oczywiście o to, że szwankowała mu pamięć. Severus zaraz po schowaniu swoich skarbów rzucił na siebie zaklęcie tłumiące, które nie usuwało z pamięci tego wydarzenia, a jedynie dość mocno je wytłumiało. Przypomnienie sobie tej informacji było możliwe, ale niekoniecznie łatwe.
A czasu miał mało.
Słyszał, jak kobiety ganiały po całym mieszkaniu w poszukiwaniu co ważniejszych rzeczy, ich ciche pokrzykiwania, pytania, prośby, rozkazy, bluzgi. Był strasznie chaotyczne w swoich przedsięwzięciach, co kazało się zastanowić mężczyźnie, jakim cudem nie wstał z martwych jedynie połową ciała.
Myślał. Dużo i intensywnie, nawet jak na niego. Chodził po pokoju, macał ściany, mruczał pod nosem, choć nie było ku temu powodów, bo nigdy nie zrobił skrytki uruchamianej głosem.
Nie poddał się bez walki, ale koniec końców skapitulował po tym, jak po raz trzeci obmacał każdy centymetr pomieszczenia. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie schował albumu w jakimś innym pokoju albo go nie wyrzucił. Rozważył wszystkie opcje, jakie przyszły mu do głowy. Nawet te absurdalne, jak przekazanie komuś tych zdjęć.
Pozostawało mu jedynie pogodzić się ze stratą.
– Sever! Wstawaj! Spadamy stąd! – zawołała Lindsay.
Kiedy Ślizgon wszedł do salonu czekały tam już na niego trzy kobiety oraz stos kufrów i skrzynek na eliksiry. Sentis pomogła mu założyć płaszcz, po czym wyszli z mieszkania.
Lało jak z cebra, było zimno, ciemno i pochmurno. Severus pomyślał, że bardziej londyńskiej pogody jeszcze nie widział. Udali się do zaułka kilka kamienic dalej.
Jeszcze wczoraj zarówno Snape jak i Gaunt powiedzieliby, że prędzej zdechną, niż wrócą do Hogwartu.
– Niech to szlag – mruknęła cicho Ślizgonka, a po chwili w ciemnym i śmierdzącym zaułku zostało po nich tylko dudniące echo cichego trzasku po teleportacji. 

wtorek, 30 grudnia 2014

VII

Dziewczyny składały zeznania na temat Voldemorta jedynie przez kwadrans. Sprawa stała się już jasna i nikt nie miał wątpliwości, co do tego, że są niewinne. Kingsley okazał się być bardzo oczytanym oraz niezwykle inteligentnym człowiekiem, toteż ich zdaniem nadawał się na Ministra Magii. Kobiety zostały przeproszone za bezpodstawne zatrzymanie, nieodpowiednie zachowanie ze strony aurorów, a także przesadzone środki ostrożności, które chyba najbardziej dały im się we znaki.
Po przesłuchaniu w sprawie Voldemorta zostały zaproszone do biura Ministra. Pretekstem była herbata i obiadek. Zgodziły się jedynie ze względu na Lindsay, która powiedziała, że zaraz padnie z głodu.
Gabinet Kingsleya był dość okazały, jak na tak skromnego polityka. Pozwolił sobie na luksusowy heban, którym wyłożona została podłoga i ściany, a także na ogromne, dębowe biurko. W pokoju znajdowały się jeszcze regały i stolik wykonane z tego samego materiału oraz dwie miękkie kanapy z małymi pufami do kompletu. W pokoju znajdowało się dużo świec, lamp i kaganków, toteż nie wydawał się on mroczny, a raczej poważny i bezpieczny.
W piątkę usiedli na kanapach. Lindsay zajęła skrajne miejsce, aby Kingsley na nią nie patrzył i jej nie dotykał. Chciała tylko coś zjeść, odpowiedzieć na kilka grzecznościowych pytań i wyjść. Była naprawdę bardzo głodna, a deportacja w takim stanie mogłaby się skończyć wymiotami, omdleniem, a nawet uszkodzeniem żołądka, a, jak żartobliwie twierdziła Victoria, Gryfonka ceniła sobie ten organ bardziej niż mózg.
Przez kilka minut Minister przepraszał za nieodpowiednie traktowanie i obiecywał zadośćuczynienie...
– A co pan przez to rozumie? – zapytała Sentis. Jej zdaniem dziwne było rzucanie takich przyrzeczeń, nie wiedząc nawet czym dokładnie zajmują się kobiety. A co gdyby zażyczyły sobie trzystu martwych mugoli albo dwudziestu litrów krwi jednorożców?
– Mówcie mi Kingsley. W końcu chodziliśmy razem do Hogwartu, więc nie ma sensu bawić się w zbędne grzeczności.– Przemilczał pytanie.
Po chwili do gabinetu weszło dwóch mężczyzn wiozących na metalowym stoliku kilkudaniowy posiłek. Na początek podano kremową zupę z dyni z grzankami, później stek z ryżem i warzywami, następnie koktajl truskawkowy, a na koniec ogromny kawałek cista czekoladowego. Wszystko zjedli w ciszy, sącząc różne odmiany wina.
– Mam nadzieję, że wam smakowało – powiedział mężczyzna rozsiadając się swobodnie na kanapie. – Może jeszcze wina? Nie dajcie się prosić...
Kiwnął na lokajów, a ci podali kobietom pełne kieliszki i ulotnili się z pokoju.
– Sprawa z Voldemortem jest już zakończona i nie macie się o co martwić – zaczął zapewniać kobiety Minister.
– Wiemy, przecież nie żyje – zażartowała nieco oschle Nathalie. Dziewczyna chciała już ulotnić się z Azkabanu. Zastanawiała się też, po co Minister ma własny gabinet w więzieniu dla czarodziejów.
Mężczyzna tylko uśmiechnął się uprzejmie pod nosem, po czym kontynuował swoją wypowiedź.
– Chciałbym jednak dowiedzieć się nieco więcej o waszych podróżach, które, jak mniemam, były długie i bardzo liczne.
– Jakoś nie mam nastroju na zwierzenia. A ty? – zwróciła się do Krukonki Sentis.
– Ja to bym poszła spać – ziewnęła Ślizgonka.
– A ja pod prysznic – dorzuciła swoje trzy grosze Nathalie, zaś Lindsay przemilczała ową przekomarzankę.
Shacklebolt zacisnął wargi. Był bardzo niezadowolony z obecnej sytuacji. Zapewne na rękę byłoby mu gdyby kobiety zaczęły opowiadać o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami jak najlepszej przyjaciółce. Zależało mu na informacjach, a one dobrze ich strzegły.
– Chciałbym wiedzieć, a Ministerstwo wręcz musi. Nie chodzi o moje, czy, ogólniej mówiąc, nasze wścibstwo. Zbieranie tego typu informacji ma na celu dbanie o bezpieczeństwo świata magicznego i wasze, w razie gdybyście w czasie wyjazdu potrzebowały pomocy. Rozumiecie, że to nic złego, ot taka zwykła zapobiegliwość.
– Niby rozumiemy, ale mamy to w...
– … wielu aspektach na uwadze, a także wiele innych rzeczy, którymi jednak nie chciałybyśmy się chwalić. Sam rozumiesz, to nasze prywatne sprawy – przerwała Ślizgonce Nathalie. – Niestety, nie możesz liczyć na żadne zwierzenia.
Mężczyzna westchnął teatralnie, czym chciał zapewne ukryć swój gniew i zniecierpliwienie. Sentis patrzyła na niego uważnie. Z początku wydawał się jej bardzo kompetentny, a nawet dość „przystępny” w obejściu, żeby nie powiedzieć miły. Wiedziała jednak, że nie może być aż tak dobry. Nikt, kogo dałoby się określić tym słowem, nie nadawał się na polityka, a Kingsley jakimś cudem nim został i to w dodatku najważniejszym dla brytyjskich czarodziei. Sama nie wiedziała dlaczego na początku myślała o nim w samych superlatywach. Może przez przyczynienie się do ich uwolnienia? Szybkie zakończenie sprawy? Obiad? Ślizgonka czuła się dość niepewnie z przeświadczeniem, że właściwie nie zna mężczyzny, który uratował jej tyłek przed zgniciem w zatęchłym lochu, przeprosił, nakarmił, a na koniec „poprosił” o informacje. Prywatne i cholernie poufne informacje. Równie dobrze mógł je zapytać o kolor majtek, jakie mają dziś na sobie. A właściwie to od kilku dni. Fuj!
– Nie chcę być niemiła, ale sytuacja mnie do tego zmusza – zaczęła nieco agresywnie Sentis. – Dziękujemy za obiad, przeprosiny przyjmujemy, o podróżach nic nie powiemy, a my musimy już wracać do domu. Prysznic i te sprawy, sam rozumiesz.
Kobieta już prawie podniosła się z miejsca, lecz Kingsley zaczął ponownie.
– Rozumiem waszą sytuację, jednak wy musicie wczuć się również w moją. Nie będę was zatrzymywał. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, a teraz wznieśmy toast za szczęśliwe zakończenie.
Mężczyzna podniósł swój kieliszek i gestem dłoni wskazał, aby kobiety zrobiły to samo. W piątkę stali wokół stołu ze szkłem pełnym wina w rękach.
– Żebyście nigdy więcej nie musiały wracać do Azkabanu!
Minister uniósł kieliszek do ust, jednak kobiety nie ruszyły się ani o milimetr. Patrzyły na niego z coraz bardziej widoczną wrogością.
„Co za idiota” pomyślała Nathalie. Usłyszały, a raczej wyczytały to w myślach również pozostałe czarownice, a to za sprawą łącznej legilimencji, przez co mogły przekazywać sobie informacje, bez obawy, że usłyszy je ktoś niepożądany.
„Od razu rzucamy Avadą, czy najpierw dosadnie tłumaczymy mu jego błąd?” — zapytała Victoria.
„Wybrałabym to pierwsze, ale jesteśmy w cywilizowanym kraju, więc albo tłumaczymy, albo załatwiamy to na pięści” — odpowiedziała Lindsay.
– Naprawdę myślałeś, że ci się uda? Aż taki z ciebie głupiec? – zapytała ze stoickim spokojem Ślizgonka. Postanowiła nie zastraszać go na samym początku, a poczekać na jego reakcję.
Mężczyzna udawał, że nie wie, o czym mowa. Otworzył usta ze zdziwienia i pokręcił nerwowo głową.
– Następnym razem, kiedy będziesz chciał zmusić nas do mówienia, postaraj się użyć czegoś mniej oczywistego. Veritaserum niesamowicie śmierdzi w połączeniu z winem – zakończyła ostro brunetka, po czym wylała zawartość swojego kieliszka na podłogę i delikatnie odstawiła szkło na stolik. Reszta dziewczyn nie była już tak elegancka, gdyż po prostu upuściły je na hebanowe deski.
– Oddaj nam różdżki – zażądała Krukonka.
– Obawiam się, że nie ma takiej możliwości — stwierdził ponuro.
Drzwi zamknęły się z hukiem po słowach Ministra. Mężczyzna wstał i podszedł do swojego biurka. Wyciągnął z niego mugolskie cygaro, które śmierdziało zgniłą trawą. Palił je powoli, mocno się przy tym zaciągając.
– Są dobrze strzeżone, a wy nie wyjdziecie stąd, póki się wszystkiego nie dowiem.
„Co za imbecyl” stwierdziła mało odkrywczo Ślizgonka. „W kim ty się podkochiwałaś, Lindsay? W Gryffindorze naprawdę nie było nikogo lepszego?”.
„Daj mi spokój! Możesz sobie z nim zrobić co zechcesz. Na przykład nowe rękawiczki dla Victorii”.
„Okropny pomysł. Po prostu go postrasz i chodźmy już do domu. Chcę się umyć, a później spać przez najbliższy tydzień” powiedziała znudzona Krukonka.
„Czyli mogę już przestać być miła?” zapytała Ślizgonka.
„Tak!” odpowiedziały jej koleżanki.
– Wiesz Kingsley, miałam cię za porządnego faceta – zaczęła Sentis wstając z kanapy. – Pomyślałam: „Hej! W końcu mamy normalnego Ministra!”, ale nie. Nikt normalny nie chciałby brać udziału w takim gównie. A można by pomyśleć, że po tej całej wojnie i zniszczeniach gorzej już nie będzie. Chcesz sławy, glorii za osiągnięcia zawodowe, jednak doskonale zdajesz sobie sprawę, że trudno będzie ci przyćmić Pottera po tym, jak zabił Toma Riddle'a. Zostaniesz kolejnym, zwykłym Ministrem, który będzie zapamiętany jako przeciętny urzędas, a nie godny uwagi człowiek. Pogódź się z nieuniknioną porażką.
W odpowiedzi Kingsley tylko się zaśmiał. W akcie pogardy położył nogi na biurku i usiadł wygodniej w fotelu, pstryknął palcami prawej dłoni, a do pokoju weszli trzej aurorzy. Ci sami, którzy wyciągali je z celi na rozprawę.
Kobiety wstały z kanapy. Podeszły do Sentis, a Kingsley zaśmiał się jeszcze głośniej.
– Cztery strachy na wróble przeciwko trzem uzbrojonym czarodziejom. Przestańcie się ośmieszać. Porozmawiajmy jak cywilizowani ludzie, bo dobrze wiemy, że nic nie wskóracie swoją mało efektowną agresją.
– Na Merlina, a ten dalej swoje – warknęła zniecierpliwiona Nathalie. – Oddaj nam różdżki, tak, te które trzymasz w drugiej szufladzie od dołu w pudełku po cygarach.
Ministrowi mina nieco zrzedła, ale dalej pozostawał w dobrym humorze.
– Panowie, pomóżcie paniom usiąść.
Aurorzy chcieli naprzeć na kobiety swoją masą, ale po zrobieniu trzech kroków jak gdyby zderzyli się z niewidzialną ścianą. W tym czasie czarownice nawet na nich nie spojrzały, a jedynie rzucały pełne nienawiści spojrzenia w stronę czarnoskórego, któremu ze zdziwienia aż wypadło cygaro z ręki. Dziewczyny stały z założonymi rękami. Minister dobrze wiedział, że czekają na zwrot swoich różdżek. Już miał wyczarowywać sygnał alarmujący, jednak Sentis była szybsza. Wyciągnęła rękę przed siebie i ruchem dłoni pozbawiła go różdżki, kolejnym uniosła go nad ziemię, a lekkim machnięciem rzuciła nim o podłogę. Następnie powoli odwróciła się do aurorów, którzy chcieli już uciekać, ale za pomocą podobnych gestów umieściła ich na suficie.
– Jak już zdążyłeś zauważyć, przestałyśmy być miłe. Teraz poznasz trochę z tego, czego zdążyłyśmy się nauczyć podczas licznych wyjazdów. Moim ulubionym sposobem jest martwy krzyk. Potrafi nieźle namącić w głowie. Chcesz zobaczyć? — powiedziała Victoria.
Mężczyzna uniósł się na łokciach.
– Ty... ty....
– Czyli chcesz. Służę uprzejmie – podeszła do niego. Przykucnęła nad jego głową, którą przycisnęła ręką do podłogi. Lewą dłonią zaczęła zataczać kręgi w okolicach jego ucha, a następnie dmuchnęła mu w twarz. Efekt był natychmiastowy.
Kingsley wygiął się niczym struna, po czym zaczął wić się z bólu. Słyszał tylko przeraźliwy pisk, który przeszywał jego głowę i powodował ostry, nieustający ból, porównywalny do powolnego wbijania tępego szpikulca w ciało i kości. Czuł, że jest na skraju wytrzymałości. Mimowolnie wykrzywił się do bardzo nienaturalnej pozycji. Wydawało mu się, że słyszy chrzęst pękających kości. Jego kości.
Victoria niecierpliwie patrzyła w stronę Sentis.
– Długo jeszcze mam go tak trzymać? — spytała.
– Skąd mam wiedzieć? Przecież ty rzuciłaś zaklęcie.
– To będziemy tak tu stać do jutra?
– Myślę, że nie więcej niż pięć minut. Zaraz połamie sobie kręgosłup, a później pęknie mu czaszka – wtrąciła spokojnie Nathalie.
– Przestań! Puść! – krzyknęła Gryfonka. – Nie mam zamiaru spędzić przez niego reszty życia w Azkabanie!
Podeszła szybko do wijącego się na podłodze mężczyzny i z całej siły kopnęła go w twarz. Z ust Ministra trysnęła krew, która poleciała prosto na wciąż przykucniętą przy nim Victorię.
– Żeby cię szlag jasny trafił! – krzyknęła zdenerwowana takim rozwojem zdarzeń Krukonka. Szybko wstała, aby zobaczyć, jak dużo krwi znajduje się na jej bladym ciele. Szkarłatne krople skapywały z jej podbródka i spływały powoli z szyi i dekoltu. – A jak ma jakieś dziadostwo?! – warknęła do przyjaciółek.
– Mów normalnie, a nie jakimś wiejskim narzeczem – fuknęła Nathalie.
– Smocza ospa albo coś. Jestem za młoda żeby umierać! I to przez takie ścierwo!
Krukonka kopnęła go w drugą stronę twarzy, a mężczyzna ponownie wypluł mnóstwo krwi. Jego twarz stała się fioletowa, oddychał z trudem, ale żył i nie zapowiadało się na zmianę tego stanu.
– Ale wy dzisiaj agresywne – zauważyła Lindsay patrząc z uśmiechem na pozostałe kobiety. – Skoro już poznałeś jedną z naszych sztuczek, to teraz czas, abyś oddał nam różdżki. W tym celu otwórz szufladę i wyjmij z niej pudełko, a z resztą już same sobie poradzimy – zwróciła się do leżącego na podłodze Ministra.
Ten posłusznie wypełnił rozkaz. Zajęło mu to nieco czasu, ale nie stawiał oporu, ani nie próbował sięgać po swoją różdżkę.
– Grzeczny chłopiec – pochwaliła go Ślizgonka, kiedy rzucił pudełko na biurko, a sam wdrapał się na fotel. Rozpiął koszulę i zaczął głośnymi haustami wciągać powietrze.
Brunetka skinieniem palca otworzyła drewniane opakowanie. Nie chciała go dotykać, bo nigdy nie wiadomo, jakie zaklęcia obronne mogło na sobie mieć. Walka z klątwą to ostatnie czego teraz sobie życzyła. W środku leżały ich różdżki. Magiczne artefakty drżały delikatnie i jaśniały białą poświatą.
– Nareszcie – mruknęła Sentis biorąc do ręki swoją długą cisową różdżkę. Czuła się, jak przy pierwszym jej dotknięciu jeszcze w sklepie Olivandera. Pamiętała, że czuła się wtedy, jakby sam Merlin miał się przed nią pokłonić, a wszyscy czarodzieje świata uznać za królową. Po prostu idealne dopasowanie. Nawet właściciel sklepu był oniemiały z zachwytu.
– Jak się stąd wydostaniemy? Nie ma tu kominka, a przed drzwiami pewnie stoją strażnicy – przerwała ciszę zmartwiona Lindsay.
– Przecież to gabinet Ministra. Tu nie ma żadnego zaklęcia antydeportacyjnego – uśmiechnęła się w odpowiedzi Ślizgonka.
Minister mógł tylko patrzeć, jak każda po kolei z cichym trzaśnięciem znika z jego gabinetu. Czuł się jak gówno i wiedział, że skopał tę sprawę do granic możliwości. Przegrał i nie mógł nic na to poradzić. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

V

– Jestem głodna – marudziła Lindsay.
– Nie wkurzaj mnie – syknęła, a raczej wycharczała, Sentis.
Dziewczyny znajdowały się obecnie w celi określanej przez aurorów mianem „cholernej dziury” albo „pokoju z widokiem na dożywocie”. Obie nazwy pasowały idealnie. Okrągłe pomieszczenie zostało wykonane z gładkiej skały, a jedyne wyjście, a zarazem wejście, znajdowało się w wysokim na pięć metrów suficie. Zakratowany otwór stanowił również jedyne źródło, jakże nikłego oraz bladego, światła. Wewnątrz nie działała deportacja. Jedynie kilku aurorów z odpowiednimi pozwoleniami i po przejściu specjalnych kursów mogło wewnątrz używać różdżki, choć wyłącznie do obrony własnej.
Do celi można się było dostać jedynie przez klatkę imitującą windę, która przez otwór była opuszczana na dół. Tak też było w tym przypadku. Każdą kobietę osobno, pod eskortą trzech aurorów, transportowano na dół, gdzie przy pomocy magicznych łańcuchów przykuwano do ściany za ręce i nogi. Łańcuchy miały długość mniej więcej metra, więc mogły wstać, usiąść oraz zrobić krok w przód. Nic poza tym.
Na pomieszczenie rzucono również kilka silnych zaklęć ochronnych i antywłamaniowych w razie, gdyby ktoś chciał im pomóc w ucieczce.
Najgorzej zamknięcie znosiła Victoria. Trzęsła się z zimna i pocierała nerwowo dłonie, jednak to nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Jej skóra widocznie poszarzała i niemal zbliżyła się kolorem do odcienia jej włosów, które już nie połyskiwały jak zazwyczaj. Krukonka zrobiła się szara i matowa.
Nieco lepiej miała się Lindsay, której głównym problemem był głód. Piekielnie chciało jej się jeść, bo nie miała niczego w ustach od... właściwie to nie wiedziała od jak dawna. W celi nie sposób było zmierzyć upływ czasu. Była głodna i odrętwiała, gdyż nie potrafiła przyjąć wygodnej pozycji, mając do dyspozycji jedynie kamienny mur i kawałek podłogi. Wierciła się niemiłosiernie, przy okazji brzęcząc łańcuchami.
– Uspokój się wreszcie! – Victoria była już na skraju wytrzymałości. – Próbuję zasnąć, do jasnej cholery.
– Ja też, ale tu jest tak strasznie niewygodnie... – pożaliła się dziewczyna.
– A czego się spodziewałaś po Azkabanie? – wtrąciła zmęczona Sentis.
– Choć trochę ludzkich odruchów, ewentualnie poduszki – mruknęła Gryfonka. Jej blond włosy były brudne od kurzu i teraz przypominały bardziej starą stertę siana, niż zadbaną czuprynę.
Victoria tylko prychnęła z dezaprobatą. Obróciła się twarzą do ściany i ponownie próbowała zasnąć. Dłonie miała zaciśnięte na łańcuchu.
– Czy wy musicie aż tak głośno marudzić? Zbudziłybyście ze snu nawet niedźwiedzia – powiedziała Nathalie z wyraźną pretensją w głosie.
– Ewentualnie wilka – mruknęła Krukonka, nie odwracając się nawet do dziewczyny.
Ta udawała, że nie usłyszała. Dziewczyna oparła się plecami o ścianę, podkuliła nogi pod siebie, a ręce położyła na kolanach. Spojrzała na Sentis, która przyjęła mniej elegancją pozycję – położyła się na podłodze z nogami zgiętymi lekko w kolanach malowniczo opartymi o mur. Sukienka nie zdołała pokonać praw fizyki i zsunęła się, ukazując przy tym w całości długie i pokiereszowane nogi brunetki.
– Ja wiem, że jesteśmy w więzieniu, ale bez przesady! – oburzyła się Puchonka.
– Nie odstawiaj takiej cnotki. Poza tym, będę siedziała, jak mi wygodnie.
Sprzeczkę przerwał dźwięk odsuwanej w suficie kraty.
– No do jasnej cholery! – krzyknęła zdenerwowana Victoria.
– To nie ja! – oburzyła się Gryfonka.
– A kto?
– Dzień dobry miłe panie! Czas rozprostować kości – usłyszały wesoły głos z góry.
Po chwili do pomieszczenia została opuszczona klatka, w której stało trzech mężczyzn. Jeden chudy, wysoki i z gęstą, czarną brodą; drugi niski z blond loczkami, jak u baranka; a trzeci umięśniony i groźnie wyglądający..
– Z uwagi na bezpieczeństwo nasze i wasze, dyrekcja Azkabanu postanowiła przedsięwziąć odpowiednie środki ostrożności. Nie powinny być one dla was specjalnie uciążliwe, prosimy również o zachowanie spokoju. Transport odbędzie się w ten sam sposób, jak to miało miejsce ostatnio – wyrecytował niczym regułkę brodacz. Podczas przemowy żaden z mężczyzn nawet nie zbliżył się do drzwi klatki. Wyszli z niej dopiero po nałożeniu na głowę i twarz kominiarek wykonanych z grubej, łuskowatej skóry, zapewne smoczej.
Dziewczyny przyglądały się im uważnie. Już teraz czuły się nieswojo, ale kiedy jeden z aurorów odpiął od paska długi bat z metalową końcówką, zrozumiały, że coś tu jest nie tak. Przecież nikogo nie zabiły... przynajmniej nie w Londynie. Nie rozumiały, skąd te „środki ostrożności”, ani dlaczego traktowali je jak zwierzęta.
Jako pierwszą postanowili przetransportować Victorię. Nic dziwnego, dziewczyna przedstawiała bardziej obraz nędzy i rozpaczy, niż osoby, która chciałaby się wyrywać i utrudniać im pracę. Mężczyźni nie traktowali jej zbyt delikatnie. Krukonka współpracowała na tyle, na ile starczało jej sił. W pewnym momencie po prostu osunęła się na ziemię. Dwóch mężczyzn szarpnęło ją za ramiona w górę, a trzeci podniósł głowę za włosy, po czym nałożył na nią coś na kształt hełmu, który unieruchamiał jej szyję. Nie mogła obrócić głową ani o milimetr, a świat oglądała zza grubego drutu, którym były przewleczone otwory na oczy i usta.
Sentis nie mogła patrzeć z pokorą na cierpienie swojej przyjaciółki, toteż postanowiła interweniować. Choć trochę.
– Może delikatniej? – rzuciła sarkastycznie, powoli zmieniając pozycję na siedzącą.
– Ani drgnij! – krzyknął na nią facet z batem. – Bo rozwalę ci łeb!
– Na twoim miejscu dopierałabym słowa nieco uważniej...
– Milcz! – krzyknął chudzielec wymachując wojowniczo bronią.
– Z tego co wiem, to w Azkabanie nie ma zakazu mów... – Dziewczyna nie dokończyła. Straciła przytomność zaraz po tym, jak mężczyzna uderzył ją batem w twarz. Nie poskąpił przy tym swojej siły. Nie skąpili jej też pozostali dwaj aurorzy, którzy ciągnęli ledwie świadomą Victorię do klatki.
Kolejna była niemal sparaliżowana strachem Gryfonka, następnie opanowana, choć nieco zdenerwowana i zmieszana Nathalie. Na końcu skuli wciąż nieprzytomną Ślizgonkę i wrzucili ją do środka. Jak zwierzęce truchło.
Brunetka ocknęła się za sprawą wiadra lodowatej wody wylanego prosto na jej głowę. Wiadro cholernie zimnej, jakby zaczerpniętej prosto z Morza Arktycznego wody, która przyprawiła ją o lekki szok termiczny, bo aż podskoczyła na krześle i zaczęła trząść się, niczym galareta.
– Imię i nazwisko – usłyszała. Słowa wypowiadał siedzący za ogromnym biurkiem, siwiejący mężczyzna, zapewne emerytowany auror. Miał na sobie mundur podobny do tych, które nosili mężczyźni wyciągający dziewczyny z celi.
Ślizgonka rozejrzała się po pomieszczeniu. Było dosyć duże i puste. Znajdowała się w nim tylko Sentis siedząca na chwiejącym się krześle i siwy pan oraz biurkiem. Poza tym kilka kinkietów stylizowanych na pochodnie. To wszystko. Od kamiennych ścian bił niesamowity chłód, który był obecny w całym budynku, jako że składał się on wyłącznie z ciemnoszarego kamienia.
– Pytałem o coś!
– Tak czystko teoretycznie rzecz ujmując, to nie było pytani... – Kolejna porcja lodowatej wody spadła na jej ramiona, za sprawą zaklęcia rzuconego przez mężczyznę za biurkiem.
– No więc?!
Dziewczyna stwierdziła, że kolejna dawka jadu z jej strony nie jest warta zimnego prysznica, więc odpowiedziała na pytanie.
– Sentis Penelopa Gaunt.
– Data urodzenia?
– Trzynasty lipca 1960.
– Niech ci będzie – burknął pod nosem. – Dobra, to już była ostatnia! Zabrać ją! – krzyknął odwracając się za siebie. Za jego plecami zmaterializowały się drzwi, przez które weszło dwóch aurorów w maskach. Jeden z nich niósł hełm, jaki zakładali w celi Victorii.
Sentis chciała zaprotestować, ale napuchnięta i piekąca szrama na policzku przypomniała jej, jak to było, kiedy ostatnio próbowała postawić na swoim. Postanowiła schować dumę do kieszeni i w milczeniu znieść wszystkie te nieludzkie procedury. Nie wiedziała, przed czym innych ludzi miał chronić kask na jej głowie. Może myśleli, że wzrokiem zmienia w kamień? Albo ma wściekliznę i przegryzie im krtanie? Im więcej miała tego typu przypuszczeń, tym głupsze się jej wydawały.
Mężczyźni założyli jej na głowę wspomniany hełm, a ręce za plecami przytrzymali dwoma bransoletkami na nadgarstkach, które bardzo mocno się przyciągały, przez co dziewczyna nie mogła ich rozłączyć. Jej ciało od pasa w górę było unieruchomione, nienaturalnie sztywne i wyprostowane. Owinięta łańcuchem w pasie, który trzymał jeden z aurorów, powoli kroczyła przez ciemne korytarze Azkabanu. Co dziwne, nie czuła się tu niekomfortowo. Niepokoiła ją sama sytuacja, a niei miejsce, w jakim obecnie się znajdowała. Zdawała sobie jednak sprawę, że była raczej w tych odczuciach osamotniona, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie miał żadnych dobrych skojarzeń z Azkabanem.
Mężczyźni zaprowadzili ją do dużej sali, w której więźniowie dowiadywali się o wyrokach jakie zapadły w ich sprawie. Sentis znała to miejsce. Kiedyś za wcześnie przyszła na odwiedziny do rodziców i nikt nie mógł się nią zająć, więc posadzili ją na widowni, żeby nikomu nie przeszkadzała.
Pomieszczenie wyglądało niczym teatr. Naprzeciwko drzwi znajdowało się podwyższenie, przed nim ustawiono wysokie biurko, a za nim znajdowały się niezliczone rzędy ławek dla zainteresowanych. W większości widownię stanowili kandydaci na aurorów, a pozostałą część rodziny osadzonych i przyszłych skazańców. W przeciwieństwie do reszty Azkabanu, sala była mocno oświetlona. Aż za mocno. Sentis już od progu przestała cokolwiek widzieć, jedynie białe plamy, przez co zaczęła boleć ją głowa. Poczuła jedynie, jak aurorzy wnoszą ją na podwyższenie, a następnie sadzają na wyjątkowo niewygodnym krześle. Oczywiście nie obyło się bez przykucia łańcuchami.
Dopiero po kilku minutach dziewczyna odzyskała wzrok. Nie mogła się obrócić, ale kątem oka zauważyła, że jej przyjaciółki również tu są i zostały potraktowane w podobny sposób. Popatrzyła przed siebie. Widownia była pełna, jednak nikt nie odezwał się nawet słowem. Miejsca za biurkiem były zajęte przez wysoko postawionych urzędników Ministerstwa, za wyjątkiem tego na środku. Czekali na Ministra Magii. Sentis zdała sobie sprawę, że nie wie jak nazywa się osoba obecnie piastująca ten urząd. Może znała tego człowieka? Na samą myśl, że mógłby to być jeden z jej rówieśników, tyle że z Gryffindoru, mocno ją zemdliło. Za szkolnych czasów nie dogadywała się praktycznie z nikim, jej grono znajomych ograniczało się do pięciu osób i nawet im całkowicie nie ufała. Od innych ludzi trzymała się z daleka, ale zawsze znalazł się jakiś chojrak, który postanowił sobie z niej pożartować. Gryfoni cenili sobie każdą okazję do pokazania reszcie świata swojej domniemanej wyższości nad złymi i okrutnymi Ślizgonami.
Widownia zaczynała się niecierpliwić. Ludzie zaczynali coś szeptać między sobą, choć robili to bardzo cicho. Po sali rozchodziły się szmery i dźwięk przesuwającego się po papierze pióra. Szychy za biurkiem również trwały w nerwowym oczekiwaniu. Większość ludzi w sali wyglądała na znudzoną, ale też podekscytowaną, a aurorzy jako jedyni się nie nudzili. Cały czas rzucali coraz to nowe i mocniejsze zaklęcia na łańcuchy, bransoletki oraz hełmy, które unieruchamiały dziewczyny.
Przy zamkniętych do tej pory drzwiach zaczęli gromadzić się funkcjoanriusze. Kilku z nich pozostało na scenie przy kobietach, a reszta podeszła do wejścia. Po paru minutach szeptów, wymianie poleceń i informacji między urzędnikami a aurorami, wrota się otworzyły.
– Proszę o włączenie zabezpieczeń – powiedział głośno jeden z mężczyzn siedzących za biurkiem.
Aurorzy zeszli ze sceny. Do sali wszedł mężczyzna w mundurze, tyle że purpurowym, a nie granatowym jak pozostali. Był niezbyt wysokim brunetem z okrągłymi okularami na nosie. Wyglądał na dosyć zdenerwowanego, jego kroki były niepewne, a tempo nierówne. Sprawiał wrażenie, jakby nie chciał tu być.
Podszedł do sceny z różdżką w dłoni, po czym wymienił porozumiewawcze spojrzenie z urzędnikami. Zaczął mruczeć pod nosem inkantacje, z podłogi wystrzeliły cztery słupy światła, które uniosły dziewczyny wraz z krzesłami, po czym z sufitu na każdą z nich spadła stalowa klatka w kształcie kuli, najeżona kolcami ze wszystkich możliwych stron i zamknęła je wewnątrz. Po wszystkim mężczyzna usiadł na widowni w pierwszym rzędzie. Tuzin aurorów stanęło w rzędzie przed biurkiem przodem do sceny.
– Dobrze – mruknął z aprobatą wcześniej wydający rozkaz mężczyzna. – Wprowadźcie Ministra.
Sentis spodziewała się wejścia z pompą, pokazu władzy i mocy, czegoś hucznego, co widzów wgniecie w fotel, a ją nieco rozśmieszy. Minister zawsze kojarzył jej się z podstarzałym facetem, który żąda od innych szacunku. Całe Ministerstwo przywoływało jej na myśl cyrkowców, myślących, że są aktorami, a ich miejsce jest w teatrze.
Stało się zupełnie inaczej. Czarnoskóry mężczyzna w skromnej, lecz schludnej, czarnej szacie szybkim krokiem przemierzył salę, a kiedy zbliżył się do biurka, urzędnicy wstali, aby zrobić dla niego przejście. Wszystko odbyło się szybko i bez zbędnych ozdobników. Sentis była pod wrażeniem.
Gdy mężczyźni już zajęli swoje miejsca, po sali przeszedł szmer przewracanych kartek. Urzędnicy cicho się naradzali i przekazywali Ministrowi coraz to nowe akta, dokumenty, dzielili się też z nim swoimi spostrzeżeniami. Ten słuchał ich w milczeniu, oglądał przekazane mu pergaminy i kartki, wyglądał na skupionego.
Lindsay nie mogła przestać mu się przyglądać. Próbowała sobie przypomnieć jego imię, choć nie było to łatwe. Kojarzyła twarz, zapewne jeszcze z Hogwartu, toteż trudno jej było rozpoznać, kim jest. Trochę zaniepokoiła ją obecność akurat tego mężczyzny na sali, choć za żadne skarby świata nie mogła skojarzyć jego imienia.
Kiedy rozmowy ucichły z krzesła podniósł się urzędnik, którego zadaniem było przemawianie oraz pilnowanie teoretycznego porządku rozprawy.
– Proszę o ciszę. Dzisiaj, czyli pierwszego października 1998 roku, o godzinie 13:30 rozpoczynamy rozprawę nad Victorią White, Nathalie Wilde, Sentis Penelopą Gaunt, Lindsay Red oskarżonymi o współpracę z nieżyjącym już Tomem Riddlem oraz przyczynienie się do śmierci wielu czarodziei i osób niemagicznych. Głównym sędzią w sprawie jest Minister Magii – Kingsley Shacklebolt. Organ doradczy stanowi obecna tu ława urzędników Ministerstwa oraz adept Harry Potter.

Gryfonka skarciła się w duchu za swoją głupotę. Jak mogła od razu go nie rozpoznać? Sama nie mogła się sobie nadziwić. Musiała być bardzo otumaniona, skoro nie poznała mężczyzny, w którym była zakochana na zabój w czasach Hogwartu.
Mrs Black bajkowe-szablony