Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział XIII

Beta wróciła!


Wylądowali przed gruzami bramy Hogwartu. Czekał tam na nich komitet powitalny: Minerva, Filch z kotką i Slughorn. Sentis myślała, że ją krew zaleje, a Severus zastanawiał się nad szybkim odwrotem. Nawet nie próbowali ukryć swojego niezadowolenia.
Na brodę Merlina! Więc to jednak prawda! – Slughorn o mało nie padł na zawał z zachwytu na widok Snape'a. Chciał do niego podejść i uściskać, niczym wujek dawno nie widzianego siostrzeńca, ale zdenerwowanie wymalowane na twarzy Mistrza Eliksirów skutecznie go od tego odwiodło.
Nie powinniśmy tu tyle stać. Jedźmy już do zamku – zarządziła
Minerva. Wydawała się być niezainteresowana zaistniałą sytuacją, jakby oglądanie żywych trupów atrakcyjnością dorównywało piciu porannej kawy. Reszta ruszyła za nią w milczeniu w stronę wozów zaprzęgniętych w testrale. Bagażami zajęły się skrzaty.
Kiedy jechali, Sentis mogła dokładnie przyjrzeć się zamkowi. Był zniszczony, choć daleko mu było do ruiny. Większość zburzonych elementów została już uprzątnięta, nie zauważyła żadnych stert gruzu czy kamieni, choć ubytki w murach zaskoczyły ją swoimi rozmiarami. Dziwiła się, że zamek nie runął totalnie, z pewnością dzięki zasłudze magii.
Severus był za to mocno zawiedziony. Liczył, że całą tę szkołę trafił jasny szlag i pozostanie tylko zrównać ją z ziemią. Zbyt wiele złych rzeczy się w niej stało. Nie myślał jedynie o sobie. Przypomniał sobie Komnatę Tajemnic razem z pieprzonym bazyliszkiem, bijącą wierzbę, te cholerne chaszcze w szklarni, które Albus kazał hodować, choć wiedział, że mogą pozabijać przynajmniej połowę dzieciaków… I Voldemorta. Wszystko miało swój początek w Hogwarcie, a Snape doczekał się w tym miejscu nawet swojego końca. Ten zamek nie kojarzył mu się z niczym dobrym. Nawet nie wszedł do środka, a już chciał wracać do swojego mieszkania w Londynie.
Swoją drogą nie był do końca pewny, co tak właściwie wywinęły te cztery wariatki, że musiał razem z nimi opuścić swoje lokum. Czyżby kogoś zabiły?
Postanowił, że poszuka w wydaniach Proroka z tego roku. Nie miał nawet zamiaru pytać którejś z nich. Aż tak nisko nie upadł.
Nathalie czekała na nich w korytarzu przy Wielkiej Sali. Wyglądała na nieco zniecierpliwioną i podenerwowaną.
Wybrałam dla nas komnaty niedaleko lochów. Tam są najmniej zniszczone, poza tym blisko z nich do pracowni eliksirów i wyjścia ewakuacyjnego.
Sentis przyjęła to do wiadomości, co zakomunikowała jedynie kiwnięciem głowy.
Rozgośćcie się, moi drodzy. Za godzinę spotkamy się na obiedzie i wspólnie wszystko przedyskutujemy. Póki co odpocznijcie chwilę – powiedziała Minerva uśmiechając się do Nathalie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i poprowadziła resztę do kwater.
Zeszli schodami piętro niżej, gdzie teoretycznie znajdowała się kanciapa woźnego, lecz za ukrytymi drzwiami chowały się dobrze przystosowane do ich obecnych potrzeb pokoje.
Duży salon pełnił funkcję korytarza, z niego wchodziło się do każdej z osobnych sypialni, łazienki oraz małej kuchni. Był schludnie urządzony, bez żadnych ozdobników z wyjątkiem zbyt przaśnego żyrandola z kryształków. Reszta została utrzymana w brązowoszarej kolorystyce. Sofa, kilka foteli, regały, półżywa paprotka, stolik, dywan i to wszystko. Tyle dobrego. Kuchnia, a raczej niewielki aneks, składał się z blatu, kilku kubków, szafki z zastawą i czajnika. Posiłki w tym budynku jadało się wyłącznie w Wielkiej Sali, więc nie było potrzeby, aby każde lokum wyposażać w osobną kuchnię.
Severus nie pamiętał, by wcześniej było tu coś takiego. Znał zamek niemal jak własną kieszeń, ale pomieszczeń w tym konkretnym miejscu nie kojarzył. Może przy okazji odbudowy zrobili małą przebudowę? A może ktoś bardzo chciał, żeby Severus nigdy się nie dowiedział o tych komnatach?
Mimo wszystko kwatera przypadła im do gustu. Oczywiście na tyle, na ile ludziom może podobać się miejsce, w którym woleliby nie być.
Myślę, że największą sypialnię powinniśmy zostawić Severusowi – powiedziała Nathalie wskazując dłonią na drzwi naprzeciwko wejścia. – Reszta pokoi jest niemal tej samej wielkości, więc nie ma znaczenia, który wybierzecie dla siebie. Skrzaty przyniosą bagaże po obiedzie. Nie ma sensu rozpakowywać ich dzisiaj, więc możecie zająć się tym jutro.
Dziękuję ci za zgodę, moja droga! Cóż ja bym bez ciebie zrobiła! – zakrzyknęła Sentis z udawanym entuzjazmem. Ilość jadu, jaką zawarła w swojej wypowiedzi mogłaby wybić średniej wielkości mugolskie miasto.
Nie bądź zgryźliwa. Przecież to wszystko dla naszego dobra.
No oczywiście, że tak. Slughorn przy bramie również potrzebny był naszemu dobru. I wspólny obiadek. Nawet woźny musiał nas zobaczyć! Jak nic jutro pojawimy się na pierwszej stronie Proroka! Nie widzę tu pismaków, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby nasz profesorek przepuścił okazję do zarobienia kilku knutów.
To akurat nie moja wina. Minerva uparła się, że cały personel w zamku ma wiedzieć, co się dzieje. Ale jest tu tylko kadra nauczycielska i skrzaty.
No to całe szczęście! – jadowicie stwierdziła Ślizgonka. – Już myślałam, że Minerva zrobi z nas atrakcję dla pierwszorocznych.
Jesteś okropna – mruknęła z dezaprobatą Nathalie.
A co z uczniami? – wtrącił się Snape. Bardzo zdziwiła go cisza, jaka panowała w zamku. Spodziewał się raczej bandy szlachetnych Gryfonów odbudowujących mury i garstki Ślizgonów, która za karę za błędy rodziców szorowała podłogi.
Na ten rok Hogwart został zamknięty. Uczniowie albo czekają na wznowienie roku szkolnego, albo uczą się w jakiejś innej szkole w Europie.
Mężczyzna tylko mruknął pod nosem. Udał się do swojej sypialni i jakoś nie zamierzał nikogo informować, że do Wielkiej Sali uda się raczej po swoim trupie. Wspólne ucztowanie za nic w świecie nie wchodziło w grę. Przynajmniej nie dzisiaj. Ciągle czuł posmak rzygowin w ustach, co chwila drętwiały mu dłonie i obawiał się, że zemdleje. A wolałby tego nie robić przy swoich byłych kolegach z pracy. Wszystko, tylko nie ich troska. Wydawało mu się, że nie prosi o zbyt wiele.
Sentis kątem oka zarejestrowała, jak Severus wychodzi z salonu. Miała nadzieję, że mężczyzna pójdzie spać i przynajmniej jego ominie wątpliwej przyjemności obiadek w gronie starych znajomych. Strasznie nie chciała tam iść.
W ogóle dlaczego jedli obiad niemal w nocy? Z tego co pamiętała, taki posiłek każdy przeciętny człowiek nazywał kolacją. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
Mam nadzieję, że podadzą kurczaka w miodzie. Jesienią prawie zawsze na stole był kurczak w miodzie. I do tego jeszcze surówka z marchwi – rozmarzyła się Lindsay.
Albo ogromny filet z łososia w grubej panierce – dorzuciła od siebie Victoria.
Ja to bym wolała porządny kawał mięcha – stwierdziła Sentis. – Najlepiej jakiś wielki stek. Koniecznie w ciemnym sosie.
A mi to się marzy ciasto dyniowe – powiedziała Nathalie, na co wszystkie westchnęły z aprobatą.
Może mają też Kremowe Piwo.
No pewnie! Najlepiej Ognistą podać do obiadu.
Nie ma dzieci, więc kto wie. Może teraz codziennie ucztują.
Już widzę tego dziada od zaklęć, jak ucztuje i pije wino z pucharka większego od niego samego.
Śmiały się i wspominały stare czasy. Dobry nastrój sprawił, że czas w samotności upłynął dużo szybciej niż by tego chciały. Skrzat owinięty w poszewkę od poduszki przyszedł im zakomunikować, że obiad już czeka. Kobiety niechętnie udały się do Wielkiej Sali.
No nareszcie się zjawiłyście! A gdzie Severus? – powitał je radośnie Slughorn. Niestety nie były równie uradowane co on. Facet strasznie się postarzał, osiwiał, a w dodatku dorobił się niewielkiego garba. Gdyby nie nauczycielska szata wyglądałby jak przeciętny mugolski staruszek.
Śpi – skłamała szybko Sentis. Nawet nie zajrzała do jego sypialni przed wyjściem. Brunetka zajęła miejsce w bezpiecznej odległości od Minervy. Między nimi usiadły pozostałe dziewczyny.
Nauczyciele rozmawiali o bieżących sprawach Hogwartu, a w międzyczasie jedli posiłek. Nathalie przysłuchiwała się wszystkiemu jak zaczarowana, jakby jej jedynym marzeniem było zostać tu na zawsze. Lindsay pochłaniała wszystko, co była w stanie nadziać na widelec, a Victoria wciąż nie mogła się zdecydować na jedną potrawę, bo nie chciała się obżerać przed spaniem. Za to Sentis jadła szybko i byle co. Nie stanowiło to problemu dla jej upodobań kulinarnych, bo w Hogwarcie po prostu nie podawali złego jedzenia. Wszystko smakowało cudownie.
Plan odbudowy Hogwartu w gruncie rzeczy był bardzo prosty. Dotychczasowy personel zamku do końca marca miał zająć się większymi zniszczeniami, czyli murami i brakami w barierze ochronnej. Zajęcie to okazało się być czasochłonne, ponieważ wiele pomieszczeń zostało zburzonych w całości, więc nauczyciele musieli odbudowywać je zgodnie z planami, jakie otrzymali z Ministerstwa. Oczywiście nie trzymali się sztywno tych wytycznych. Zorganizowali kilka ukrytych komnat, schronów, niewielkich sejfów, korytarzy ewakuacyjnych i temu podobnych rzeczy. Chcieli, żeby Hogwart stał się bezpieczniejszy dla nich i dla uczniów. Po zakończeniu tego etapu prac do zamku miała wkroczyć komisja powołana przez Ministra, której zadaniem była ocena, czy zamek nadaje się do użytku. Jeśli tak będzie, w ciągu wakacji skrzaty miały zająć się sprzątaniem i meblowaniem komnat. Według planu do września wszystko powinno być skończone.
To fajnie, że sobie radzicie. Postaramy się wam pomóc, jeśli zaistnieje taka potrzeba, ale póki co dziękuję za obiad. Wrócę już do siebie.
Nie tak szybko panno Gaunt – zagrzmiała Minerva, na co Sentis zamarła w połowie podnoszenia się w ławki. – Chyba jest nam panna winna wyjaśnienia.
Jakie wyjaśnienia? – Sentis udawała głupią
Może to wydarzyło się dwadzieścia lat temu, ale faktem jest, że zniknęła pani wraz z koleżankami bez słowa i to pod koniec roku szkolnego. Mam wobec tego tylko jedno pytanie: po co?
Wyjazd służbowy – odpowiedziała sucho.
Zaraz po tym z trzaśnięciem drzwi opuściła salę i udała się do komnat. Miała dość. Znajdowała się w zamku od zaledwie kilku godzin, a już chciała się stąd wynosić. Jak najdalej od Żelaznej Dziewicy.
Stwierdziła, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to dadzą sobie radę bez pomocy nadętej pani profesor. Na Londynie świat się nie kończy. Może i tutaj był ich dom, ale nie zamierzały tu zostawać za wszelką cenę. Jak trzeba będzie to wyniosą się na drugi koniec świata. Etiopia, Grenlandia, Mozambik, Syberia... cokolwiek!
Sentis zdawała sobie sprawę, że najprawdopodobniej przesadza. Że każdy normalny (albo wcale nie) człowiek na miejscu belferki zadawałby pytania. Pewnie nawet całe mnóstwo. Jednak McGonnagall nie należała do normalnych, a Ślizgonka wątpiła nawet w to, czy była ona człowiekiem. W końcu to przez tę starą raszplę zdecydowała się wyjechać. Zadowalający z Transmutacji! Żeby ją szlag jasny trafił! Gdyby nie to, teraz pewnie spałaby smacznie w swojej willi z basenem na obrzeżach jakiegoś mugolskiego kurortu i kąpałaby się w sławie najlepszej łamaczki klątw na kontynencie. I wcale nie przesadzała. Gaunt doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich zdolności i predyspozycji. Ona była wprost stworzona do tej pracy. Jednak Minerva postanowiła zabawić się we władcę cudzych losów. Szkoda tylko, że wybrała sobie do tego akurat ją.
Brunetka wpadła do komnat jak burza, jednak gwałtownie zatrzymała się w połowie pomieszczenia, kiedy zauważyła, że na kanapie siedzi Severus. Brunet jak gdyby nigdy nic popijał herbatę ziołową i przerzucał strony Proroka.
Obiad nie przypadł ci do gustu?
Ależ skąd. Widzę za to, że zasmakowała ci herbatka.
Zaraz po rzyganiu wszystko smakuje jak ambrozja – stwierdził nie odrywając wzroku od gazety. Czytał jedynie nagłówki artykułów, aby zorientować się pokrótce co się dzieje na świecie.
Kobieta naprędce zaparzyła sobie kawy i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
Slughorn się za tobą stęsknił.
Bez wzajemności.
Ciągle o ciebie pytał. Chyba chce sprzedać do Proroka twoje zdjęcie. Już widzę ten nagłówek: „Podwójny szpieg znów wśród żywych”.
Mam dość zbędnej uwagi i bez tego – mruknął ustawiając pionowo gazetę. Nie był zbyt skory do rozmowy, ale Sentis się nie zniechęciła. W końcu on nigdy nie chciał rozmawiać.
Nie obawiaj się, dostaniesz jej dużo więcej. Będziesz stał w blasku fleszy i twoi starzy znajomi z pracy o to zadbają, jak tak dalej pójdzie.
Mężczyzna opuścił gazetę na kolana. Spojrzał na brunetkę z ukosa.
Co masz na myśli?
Sentis wygodniej usadowiła się w fotelu, po czym założyła nogę na nogę i upiła łyk czarnej niczym smoła kawy. Roztarła językiem napój na podniebieniu. Dawno nie piła tak dobrej i tak mocnej kawy. Ciekawe skąd ją sprowadzali?
Minerva nie była zbyt...
Minerva? – zakpił z satysfakcją Snape. – Przeszłyście już na ty?
Chyba kpisz. Bardziej poprawnie politycznie jest mi mówić o niej per Minerva, niż wredna suka, czy szmata, której nie cierpię. Powracając do tematu, twoja była koleżanka z pracy... – Severus nie omieszkał skwitować tego stwierdzenia znudzonym stęknięciem.
– …jakoś nie specjalnie chciała z nami współpracować, więc o twoim życiu po śmierci wie już cały zamek. Jednak nie powinno to potrwać zbyt długo, bo jak oboje dobrze wiemy, Slughorn ma język długi jak Mur Chiński. Za kilka dni pod bramą Hogwartu będzie się roiło od pismaków, a dziękować za to będziemy nieocenionej profesor McGonnagall.
My? – Uniósł brew. – Myślałem, że będę jedynym pokrzywdzonym.
Oj Żmijko, na tobie świat się nie kończy. Nie byłeś naszym jedynym... dużym przedsięwzięciem. Przynajmniej ostatnimi czasy nasze kontakty z Ministerstwem nieco się pokomplikowały.
Severus ucieszył się w duchu jak dziecko. Wydawało mu się, że kobieta z wiekiem zatraciła swoje buntownicze zapędy. Mylił się, a nie zdarzało mu się to często.
Czyżby obrót nielegalnym towarem? – Nie mógł darować sobie krzty ironii.
Ależ skąd! Po prostu chciałam się dostać do swojego skarbca w banku, ale z jakiegoś powodu w obecnych czasach dziedzic Slytherina nie jest mile widziany w miejscach publicznych.
Chyba bardziej poruszyło ich twoje pokrewieństwo z Voldemortem.
Wiem – odpowiedziała oschle.
Dosyć szybko po opuszczeniu Azkabanu zorientowała się o co Ministerstwo zrobiło tyle krzyku. Tom Riddle był jej kuzynem, synem siostry jej ojca. Z jakiegoś powodu wszyscy pomyśleli, że zjawiła się tu, żeby sfinalizować plany tego psychola. Niedoczekanie.
Rodziny się nie wybiera – zakończyła bez entuzjazmu.
Odstawiła pusty kubek na stolik przy kanapie. Bez słowa udała się do swojej sypialni. Zaraz po tym, jak zamknęła drzwi, usłyszała wchodzące do salonu przyjaciółki. Nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Przynajmniej nie dziś.

Przebrała się w wyciągniętą koszulkę i położyła pod kołdrą, a po chwili spała jak dziecko.

sobota, 2 maja 2015

Rozdział XI

Beta dalej na urlopie.
Dwa rozdziały jednego tygodnia. Wow.
I tak, wiem. Zbezcześciłam Severusa.


Tej nocy Lindsay była zawalona robotą po same uszy. Kierowała pracą Victorii i Nathalie, jednak ta druga nie nadawała się za bardzo do pomocy, bo sama jej potrzebowała. Na czas rytuału jakoś zebrała się w sobie, ale po jego skończeniu kompletnie się rozsypała. Powróciła gorączka, dreszcze, pojawiły się wymioty i skurcze mięśni. Pociła się i gorączkowała tak mocno, że kobiety wsadziły ją do wanny z zimną wodą, a same rozpoczęły czynności pielęgnacyjne na Severusie.
Ułożyły go na łóżku w sypialni. Leżał na poduszkach, kołdrach i kocach, aby jego ciało przyjęło nieco inny układ, niż wtedy, kiedy przez kilka miesięcy leżał w trumnie. Kończyny miał lekko uniesione, aby krew spływała i koncentrowała się w klatce piersiowej. Najważniejsze tej nocy było utrzymanie jego czynności życiowych.
Nie było nawet mowy o tym, żeby zasnął. Stare porzekadło głosiło, że człowiek wyśpi się po śmierci. Severus zazwyczaj, delikatnie mówiąc, nie zgadzał się z mądrościami ludowymi, ale teraz nie miał wyjścia. Był cholernie zmęczony, dalej nie odzyskał kontroli nad swoim ciałem, więc leżał w milczeniu i czekał na cud. O to zaś starały się dwie kobiety, które wlewały, wcierały, rzucały zaklęcia i co tam jeszcze można zrobić, aby zdenerwować Mistrza Eliksirów.
Sam dałbym sobie radę! Bawią się ze mną, jak z dzieckiem. Dam sobie rękę uciąć, że ta blondynka nawet nie wie, czym mnie faszeruję. Pewnie od tego umrę. Znowu! Może mnie uzdrowiły, ale to nie powód, żeby panoszyć się po moim domu i ciele. Kim one w ogóle są?!
Severus podburzał się w myślach przez całą noc. Okropne samopoczucie nie przeszkadzało mu w tym, aby złorzeczyć na kobiety, które pomagały mu bez jego zgody. Niby je kojarzył, ale to dalej obcy dla niego ludzie ingerowali w jego zdrowie i życie. Czuł, że musi zacząć działać. Starał się napinać i rozkurczać mięśnie rąk, co na początku mu się nie udawało, ale nad ranem był w stanie powoli i nieznacznie poruszać palcami u rąk i nóg. Uznał to za marny sukces.
* * *
Sentis obudziła się przez hałas garnków w kuchni i przekleństwa Nathalie, która próbowała zrobić sobie coś do jedzenia.
Kawy? – zapytała Puchonka, kiedy brunetka stanęła na progu pomieszczenia.
Całe wiadro poproszę.
Usiadła na krzesełku tuż przy ścianie, a kubek trzymała na kolanach, gdyż stół był delikatnie mówiąc brudny, żeby nie powiedzieć upieprzony. Leżały na nim bandaże, puste fiolki, słoiki, probówki,sztućce, brudna pościel, ścierki, gąbki, miski i dużo, dużo innych dziwnych rzeczy.
Ślizgonka czuła się jak na ogromnym kacu. Wszystko ją bolało, słyszała nawet oddech Nathalie, choć ta była spokojna i popijała poranną kawę stojąc na drugim końcu kuchni. Sentis zaś nie mogła nic przełknąć, bo żołądek odmówił jej chwilowo posłuszeństwa, więc jedynie wąchała swój napój. Pomagało, aczkolwiek niewiele.
Cudownie was widzieć takie wypoczęte i szczęśliwe! – zawołała z zachwytem wchodząca do pomieszczenia Gryfonka. Miała nieco rozbiegane oczy, bo musiała się wspomagać Eliksirem Bezsenności, ale umysł wciąż miała trzeźwy. – Severus ma się całkiem dobrze. Oddycha, rozumie, co się do niego mówi. Jego skóra jeszcze nie zregenerowała się całkowicie, więc jest kompletnie niewrażliwy na dotyk, mięśnie też nie działają jak należy, więc skończyło się to dosyć... śmierdząco.
Chcesz powiedzieć, że na stole leży osrane prześcieradło?!
Wszystkie podniosły się z miejsc, a po chwili wraz z kawą przeniosły się do salonu, gdzie na kanapie wylegiwała się Victoria.
Wszystko ze stołu, łącznie z nim samym, jest do wyrzucenia, a Victorii nie chciało się iść do kosza na śmieci. Zredukowałam zapach zaklęciem i to tyle. Nie wiem, o co tyle krzyku.
A mówią, że Gryfonki są takie porządne... – skwitowała to krótko Nathalie.
Do rzeczy! Pomimo małego wypadku, o którym sam zainteresowany póki co nie wie, Severus ma się dobrze i myślę, że jutro będziemy mogły zająć się przywracaniem sprawności płuc, a później, w zależności od wyników, wątroby, żołądka, jelit i całej reszty. Jeżeli dalej będzie sobie tak dobrze radził, to do świąt powinien stanąć na nogi.
Próbowałaś rozmawiać z nim poprzez legilimencję? – zapytała Nathalie, pochłaniając resztę jajecznicy, którą naprędce sobie upichciła. Kobieta wyglądała już całkiem dobrze, jej małe załamanie zdradzały jedynie sine wory pod oczami i kilka siniaków na ramionach, których nabawiła się podczas siedzenia w wannie, kiedy to trzęsła się tak bardzo, że obijała się o ścianki.
Myślę, że nie ja powinnam to zrobić.
Sentis poczuła na sobie ich wzrok.
Nie ma mowy.
No chyba żartujesz! Nie po to czyściłam go z gówna, żebyś się teraz na niego obrażała z powodu jakiegoś durnego pytania! Nawet nie masz pewności, czy on wymyślił ten śmieszny system zabezpieczeń. Weź się w garść do cholery! – krzyknęła na nią Victoria, która przy każdym słowie uderzała ręką w stolik do kawy.
Nie twój zasrany interes!
Właśnie, że mój! Włożyłam w to mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, o mało nie zdechłam w Azkabanie, dałam się macać jakiemuś oblechowi tylko po to, żeby zdobyć kilka składników, a ty się na niego obrażasz, bo odpowiedzią na pytanie jakiegoś durnego kamienia była Evans, a nie ty! Dwadzieścia lat srałaś z żalu za nim, a teraz ci się odwidziało?!
Wzór moralny i przykład wszelkich cnót się odezwał! Od kiedy to nie mogę mieć choćby chwili zwątpienia, co?
Od zawsze? – zapytała ironicznie. – Sama udowadniałaś nam, że zwątpienie, kompleksy, smutki, żale i tym podobne należy niwelować, bo...
Bo przeszkadzają w pracy! A jakbyś nie zauważyła, nasza praca nareszcie dobiegła końca i teraz będę się martwić, smucić i płakać ile mi się podoba!
Czyli nie pójdziesz do niego? – Victoria miała ochotę ją ogłuszyć i zaciągnąć za nogi do sypialni Severusa. W jakimś stopniu ją rozumiała, ale z drugiej strony Sentis przekreśliła dwadzieścia lat tęsknoty przez litery wyryte na kamieniu.
Myślę, że i tak powinnyśmy zaczekać z wdzieraniem się w jego myśli. Może od tego postradać zmysły albo dostać zawału. Jutro rano czeka go kuracja oczyszczająca, a po południu regenerująca, więc dopiero wieczorem będziemy mogły zacząć działać w tym zakresie. I jeśli ty tego nie zrobisz – wskazała palcem na Ślizgonkę – to cię wyręczę, ale nie licz na to, że będę za ciebie rozwiązywać sprawy sercowe.
Lindsay wyszła z salonu. Zaczęła sprzątać kuchnię, a zaczęła od nieszczęsnego stołu. Na pomoc ruszyła jej Nathalie. Pozostałe dwie kobiety też nie zamierzały siedzieć bezczynnie, toteż wzięły się za porządkowanie salonu i łazienki. Wolały pracować, niż ze sobą rozmawiać.
* * *
Severus był na granicy wytrzymałości. Wszystko go bolało, chciało mu się pić, swędziała go stopa, a tamte wiedźmy zamiast mu pomóc, kłóciły się o jakieś kamyki. Wydzierały się na siebie tak głośno, że pewnie sąsiedzi już zadzwonili na policję. Niech je szlag!
Próbował ustalić, jak długo był martwy. W normalnej sytuacji pewnie sprawdziłby datę w „Proroku” lub w ostateczności zapytał kogoś (byle nie którąś z nich!), ale nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Czuł się podle. Nawet nie wiedział, jak ta cała wojna się skończyła. Potter pokonał Voldemorta czy Czarny Pan włada teraz światem czarodziei? Co z Hogwartem? Czy Potter odczytał jego wspomnienia, które mu przekazał? To ostatnie było głupie. Mógł mu tylko pokazać część z Dumbledorem, a nie rozwodzić się nad jego matką. To było dawno temu i powinien o tym zapomnieć. Poczucie winy związane z jej śmiercią nie było dla niego żadnym problemem, bo na nie zasłużył, ale ten sentyment powinien odrzucić już lata temu. Pałanie emocjami względem nieżyjącej od lat kobiety to chory wymysł, który tylko przeszkadzał mu w pracy. Gdyby nie ta... słabość, troska o gówniarza nie wchodziłaby w grę, a co za tym idzie, rozpracowałby Voldemorta już wieki temu.
A może wojna wcale się nie skończyła? Może ten popapraniec kazał go ożywić i teraz będzie go torturował za zdradę?
Jego przemyślenia przerwała blondynka. Sprawdziła, czy w wszystko z nim w porządku, napoiła go, poprawiła poduszki i wyszła. Była zestresowana i z jakiegoś powodu nie odezwała się nawet słowem. Wcześniej chociaż mruczała coś pod nosem.
Tej nocy zasnął na kilka godzin. Nie był to przyjemny odpoczynek, bo obudził się z ogromnym bólem w klatce piersiowej. Okazało się wtedy, że jego struny głosowe zaczęły zdrowieć, bo z gardła wydobył się rozdzierający wrzask.
* * *
Coś ty mu zrobiła?! – krzyczała na blondynkę Nathalie, która próbowała jakoś pomóc Severusowi, ale nie wiedziała nawet co mu jest.
Przecież ci mówię, że nic! Pewnie to płuca samoistnie zaczęły działać i teraz nasza magia tłumi jego odruchy bezwarunkowe.
A jak się usuwa nasze zaklęcia wspomagające?
Skąd mam to wiedzieć?! Ja jestem od opieki i podawania leków, a zaklęcie rzucała Victoria.
To zawołaj ją!
Wyszła na zakupy ponad godzinę temu.
Żeby ją... To wołaj Sentis!
Sama ją sobie wołaj!
Severus cierpiał coraz bardziej. Krzyczał i rzucał się na łóżku, nie mógł złapać oddechu i trwało to dłuższą chwilę, póki brunetka nie poszła po pomoc.
Sentis początkowo bardzo się opierała. Nie była jeszcze gotowa, aby stanąć twarzą w twarz z przytomnym Snape'em, a przynajmniej tak jej się wydawało. Najpierw zrugała Nathalie, że ta nie przestudiowała dokładniej zaklęć wchodzących w skład rytuału. Reprymenda pewnie trwała by dłużej, gdyby nie to, że Severus był bliski powrotu na tamten świat.
Kiedy obie wpadły do sypialni, Lindsay właśnie próbowała przytrzymać mężczyznę na łóżku. Trząsł się i rzucał tak mocno, że mógł sobie coś przez to połamać. Puchonka pomogła koleżance, a w tym czasie Sentis zaczęła rzucać zaklęcie.
Inkantacja nie była zbyt długa, jednak wymagała dużo skupienia. Po zaledwie minucie było już po wszystkim.
Severus opadł na łóżko z wyraźną ulgą. Oddychał bardzo głęboko i rozglądał się po pokoju. W końcu mógł się poruszać, więc postanowił przyjrzeć się uważniej kobietom, choć on wolał myśleć o nich jako o oprawcach.
Blondynkę widywał najczęściej, bo to ona podawała mu leki i sprawdzała co kilka godzin czy żyje. Ta o ciemniejszej karnacji wydawała mu się być bardzo zdystansowana wobec niego, jakby nie chciała przebywać z nim w tym samym pokoju. Najbliżej niego stała brunetka.
Znam cię – wycharczał bardzo niewyraźnie. Uniósł się na łokciach, żeby lepiej ją widzieć.
Brązowe włosy, zielone oczy, jasna cera z kilkoma bliznami po cięciach i przyjętych na twarz klątwach, wystające kości policzkowe, niezbyt duże usta, smukłe, wysokie ciało. Wiele kobiet dałoby się opisać w ten sposób, ale tylko jedna z taką zaciętością pocierała mały palec u lewej dłoni i drapała kłykcie.
Sentis... Sentis Gaunt – powiedział już bardziej pewnie i wyraźnie. Oddech mu się uspokoił, a ból całkowicie ustał. – Co się z tobą wtedy stało? Zniknęłaś bez słowa i nikt nie chciał mi nic powiedzieć.
Bo nikt nic nie wiedział – odpowiedziała. Dłonie trzęsły się jej niczym przy ataku padaczki, a próby ukrycia tego faktu spełzły na niczym.
Przysiadła na boku łóżka.
Severus nie przestawał się jej przyglądać, a ona wciąż bała spojrzeć mu w oczy. Nie chciała czuć rozczarowania swoimi zawyżonymi oczekiwaniami i nie chodziło tu o wygląd, a o uczucia. Snape może i był zimnokrwistym draniem, ale jeśli dobrze się go znało, to z jego twarzy dało się czytać jak z otwartej księgi. Nie chciała zobaczyć „przyjaźni”. Po prostu na razie wolała nie patrzeć.
Dosyć dobrze to zaplanowałam, więc nawet dyrektor nie wiedział co się ze mną stało. Znalazłam coś ciekawszego do roboty, niż siedzenie w Hogwarcie i czekanie na egzaminy, więc postanowiłam skorzystać, ale to długa historia.
Dlaczego nie dałaś znaku życia? – zapytał, jakby część o nagłym zniknięciu w ogóle go nie interesowała.
Sentis próbowała szukać pomocy w odpowiedzi na to pytanie u koleżanek, ale one ulotniły się z pokoju już jakiś czas temu.
Poczta nie wchodziła w grę, a poza tym to było dosyć ryzykowne i mógłbyś być w niebezpieczeństwie.
Jeszcze większym niż wtedy?
Mężczyzna może i był martwy przez kilka miesięcy, ale nie stracił nawet odrobiny pewności siebie, nie mówiąc już o ciętym języku.
Możesz mi nie uwierzyć, ale jeszcze miesiąc temu nie wiedziałam, że dzieją się tu takie rzeczy.
A jak... jak to się... skończyło? – Próbował udawać obojętny ton.
Lepiej będzie, jak Lucjusz ci o tym opowie.
Wstała z łóżka i bez słowa podała mu fiolkę z fioletowym płynem, po czym wyszła z pokoju.
Rozpoznał mnie.

Stała tuż za drzwiami i zasłaniała usta rękawem. Nie chciała, żeby ktokolwiek słyszał jej szloch, którego nie mogła opanować przez dłuższą chwilę. Później jak gdyby nigdy nic poszła do kuchni udając, że nic się nie stało. 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

VI

Ze względu na wysokie zagrożenie oraz poważne zarzuty przesłuchania oskarżonych odbędą się podczas dzisiejszej rozprawy, przy wszystkich tu zgromadzonych, a poprowadzi je pan Wiceminister Magii – dokończył swoją wypowiedź mówca.
Z miejsca podniósł się wysoki mężczyzna, odziany w czarne szaty sędziowskie z kołnierzem obszytym fioletową lamówką. Był dość zdenerwowany i nie panował nad drżeniem rąk, toteż schował je za plecami.
Panno White – rozbrzmiał jego niski głos. – Proszę mi powiedzieć, po co udały się panie do Banku Gringotta?
Victoria, pomimo fizycznego i psychicznego zmęczenia, nie straciła rezonu. To pytanie wydało jej się niesamowicie głupie oraz nieprzemyślane.
Nie wiem, po co inni czarodzieje odwiedzają bank, ale ja udałam się tam, aby zabrać pewne rzeczy ze skarbca.
A co pani chciała wyciągnąć?
Niech pomyślę...
Victoria otwarcie naśmiewa się z przebiegu przesłuchania. Wiceminister wydawał się być kompletnie nieprzygotowany i niekompetentny do zajmowania się tego typu sprawami. Pewnie zmusili go, a on biedny nie miał wyjścia. Musiał podnieść rękawicę. Krukonka zastanawiała się jedynie, dlaczego mężczyzna postanowił bić się tą rękawicą po twarzy.
Nie jestem do końca pewna, ale chyba pieniądze. Czy to jakiś problem? – dokończyła smutno.
Sentis z całej siły powstrzymywała się od parsknięcia ze śmiechu. Najchętniej zasłoniłaby usta dłonią, jednak była unieruchomiona, co szczególnie dawało jej się we znaki, kiedy trzęsła się ze śmiechu. Łańcuchy wrzynały się w jej ciało i było jej niewygodnie. Była przekonana, że w miejscach, które krępujące ją więzy stykały się ze skórą, będzie miała siniaki.
W jakim celu chciała pani podjąć ze swojego skarbca te pieniądze? – zapytał mężczyzna.
A kto powiedział, że ze swojego? – Victoria uśmiechnęła się groźnie, ale nikt tego nie zauważył, ponieważ jej twarz zakryta była przez hełm.
Więc chciała pani okra... – zaczął facet, jednak Krukonka mu przerwała.
Tego też nie powiedziałam.
Ale wcześniej stwierdziła pani, że... – znowu próbował się wysłowić i znowu Victoria mu przeszkodziła.
Niczego nie stwierdziłam. To pan nie sprecyzował pytania.
Wiceminister zamilkł. Ruszał ustami jak ryba wyciągnięta z wody. Nie wiedział, co ma dalej powiedzieć. Spojrzał na pozostałych członków ławy urzędników, wśród których szukał ratunku z tej beznadziejnej dla niego sytuacji. Shacklebolt gestem dłoni nakazał swojemu zastępcy usiąść obok siebie, a następnie mruknął kilka słów do mężczyzn.
Z miejsca podniósł się postawny blondyn, który, sądząc po stroju podobnym do mundurów pracowników Azkabanu, był dyrektorem tego okropnego przybytku. Jego twarz z prawej strony pokrywała pomarszczona blizna po oparzeniu. W pewien dziwny sposób dodawała mu uroku, choć mimo wszystko nie należał do osób o ujmującej aparycji.
Panno White, kiedy i gdzie poznała pani Toma Riddle’a? – Jego głos był nieco wyższy, lecz bardziej męski, gdyż epatował pewnością.
Nie znam tego mężczyzny – odpowiedziała krótko i całkowicie szczerze.
Panno Wilde? – zwrócił się do Nathalie.
Również go nie znam.
Red? – kontynuował już bez uprzejmości.
Nie wiem, o kim mowa.
Gaunt?
Mężczyzna niemal przeszywał wzrokiem Ślizgonkę, która już domyśliła się, że ona jest najbardziej podejrzana o konszachty z Tomem, kimkolwiek on był.
Nigdy nie słyszałam tego nazwiska.
Blondyn tylko uśmiechnął się pod nosem. Zaczął przechadzać się przed biurkiem z rękami splecionymi za plecami.
A może któraś z pań słyszała o Lordzie Voldemorcie?
Dziewczyny przez dłuższą chwilę nie odpowiadały. Lindsay dalej nie miała pojęcia, o kim mowa, jednak nie to teraz zaprzątało jej myśli.
Kobieta cały czas patrzyła na Kingsleya. Był on jej skrytą miłością, a nawet obsesją za czasów Hogwartu. Myślała o nim każdego dnia, obserwowała podczas posiłków w Wielkiej Sali, pragnęła zamienić z nim choć kilka słów, jednak brakowało jej odwagi. Wtedy, te kilkanaście lat temu, chciała oddać wszystko, żeby spędzić z nim resztę życia. Przekonała się, że po pewnym czasie młodzieńcze zauroczenia przemijają i człowiek ani się obejrzy, a już nie pamięta, jak miał na imię ten, dla którego kiedyś chciało się zaprzedać duszę diabłu.
Gryfonka podśmiewała się z siebie w duchu i na krótką chwilę zdołała zapomnieć o okropnych okolicznościach, w jakich się obecnie znajdowała.
Gdzieś słyszałam ten pseudonim, ale to było dawno temu – odpowiedziała Sentis. Przypomniała sobie, że Severus kilka razy wspomniał o tym mężczyźnie i jego planach, które Snape’owi wydawały się być najlepszym pomysłem na świecie. Ślizgonka tylko mu potakiwała i nie zgłębiała się w szczegóły, bo w ogóle jej to nie obchodziło. Oczywiście nie zamierzała o tym mówić podczas przesłuchania.
Kiedy konkretnie miało to miejsce? – dopytywał mężczyzna.
Na szóstym albo siódmym roku w Hogwarcie. Nie pamiętam dokładnie – odpowiedziała dość wymijająco brunetka.
A pozostałe panie? – spytał blondyn, unosząc lekko brwi niby w akcie pogardy.
Ludzie w szkole coś wspominali, ale nie wydało się to zbyt ciekawe, więc się tym nie interesowałam – powiedziała Victoria. Pozostałe kobiety milczały.
Mężczyzna wciąż przechadzał się po sali. Co jakiś czas kciuk jednej dłoni zatykał za skórzany pasek spodni, a palcami drugiej dotykał miejsca na twarzy, gdzie powinny być brwi, a pozostała jedynie blizna. Wyglądał, jakby próbował ułożyć w swojej łysiejącej głowie pytanie, które jednocześnie będzie podsumowaniem i wpakuje oskarżone z powrotem do celi – tym razem na dłużej. Większość ławy urzędników miała nadzieję, że tak się stanie. Mężczyźni siedzieli spięci, słuchali uważnie i notowali każde słowo, jakie padało podczas rozprawy. Tylko Minister wydawał się być nieco bardziej spokojny. Przyjął bardziej swobodną pozycję, niż jego koledzy, jedną ręką podpierał się o podłokietnik, zaś drugą oparł na stole.
W pewnym momencie blondyn zatrzymał się. Stanął naprzeciwko Sentis i przez dłuższą chwilę mierzył ją nieprzyjemnym wzrokiem.
Czyli twierdzą panie, że nie wiedzą, co działo się w Londynie przez ostatnie kilkanaście lat? – zapytał bardzo ironicznie. Nie dopuszczał myśli, że ktokolwiek na świecie mógłby nie być poinformowany o wojnie przeciwko Voldemortowi.
Ależ oczywiście, że wiemy. Sęk w tym, kiedy się o tym dowiedziałyśmy, a miało to miejsce stosunkowo niedawno – odpowiedziała oschle Ślizgonka.
A czymże były panie tak zaabsorbowane? Jak mniemam, musiało stać się coś niezwykle ważnego, co nie pozwoliło paniom na usłyszenie choćby plotki, czy pogłoski o niewyobrażalnych stratach, jakie świat czarodziejski ponosił przez Lo... – W tym miejscu głos mu nieco zadrżał. Wcześniej nie miał problemów z wymówieniem tsłów ego imienia, jednak na myśl o tym, co spotkało przez niego innych, zachrypnął. Odchrząknął krótko, po czym kontynuował. – Toma Riddle’a – dokończył już mniej pewnie.
Victoria po tych słowach miała ochotę wstać i rzucić w faceta toporem. A najlepiej kilkoma na raz.
A czy pan słyszał może o rzezi szamanek w Boliwii? – zapytała gniewnie.
Niestety nie doszły do mnie żadne informacje, jednak to nie ma związku z...
To może chociaż o aktach kanibalizmu wśród etiopskich magomedyków?
To nie ma nic wspólnego ze sprawą! – uniósł się dyrektor Azkabanu. – Proszę o uciszenie oskarżonej eliksirem!
Dwóch aurorów stojących przy drzwiach wejściowych już chciało pobiec po magomedyka zaopatrzonego w odpowiedni płyn, jednak nieoczekiwanie z miejsca podniósł się Minister. Jego twarz wyrażała niezadowolenie, a nawet dozę pogardy dla zachowania blondyna.
Proszę kontynuować panno White. Co miała pani na celu, wspominając o tych wydarzeniach?
Victoria warknęła cicho pod nosem, a następnie głośno wciągnęła powietrze. Była bardzo zdenerwowana podejściem urzędników do wydarzeń na świecie. Miała ochotę im wygarnąć i jakoś nie zamierzała się powstrzymywać.
Wiecie na czym polega problem? Zajmujecie się tylko własnym podwórkiem. Nic za waszym pięknym, białym ogrodzeniem nie ma żadnego znaczenia. Pewnego dnia na płotku pojawiła się rysa, później pęknięcie, a koniec końców dziura. Stosunkowo niewielka. Do idyllicznego ogródeczka wpadł mały, brudny chłopczyk, który zaczął namawiać inne dzieci do rozkopania rabatek i urządzenia ich według jego zasad. Nie minęło wiele czasu, a mały brudasek zapragnął zawładnąć całym ogródeczkiem wraz z tymi, którzy się w nim bawili. Jednak nie wszyscy mu się podobali, toteż postanowił usunąć ich z ogródeczka. Dopiero wtedy zaczęliście protestować. Kiedy wszystko zaszło zdecydowanie za daleko i niemożliwe było rozwiązanie tego w małej skali. Trzeba było zaangażować w to przedsięwzięcie wszystkie przychylne wam dzieci, aby usunąć z domu tego małego, brudnego chłopca. Pozbycie się jednego człowieka zajęło wam aż tyle czasu. Teraz szukacie winnych, choć wina leży po równo między wami, a Lordem Voldemortem.
Krukonka była z siebie cholernie zadowolona. Najlepszą dla niej nagrodą była cisza na sali, która zapadła po jej słowach. Zapragnęła jeszcze krzyknąć: „To wasza wina, idioci!”, jednak powstrzymała się, bo to jedynie zadziałałoby na jej niekorzyść. Jednak zarzut nie był końcem jej monologu.
Gdy wy walczyliście tu z jednym, słabym Voldemortem, mając po swojej stronie rzeszę zdolnych i potężnych czarodziei, w Boliwii zamordowano sto trzydzieści szamanek...
W Londynie zginęło ponad dwa razy więcej czarodziei i wielu mugoli, których liczba obecnie nie jest możliwa do oszacowania – wtrącił butnie blondyn.
A stało się to w ciągu tygodnia? Nie wydaje mi się.
Mężczyzna aż otworzył usta ze zdziwienia.
Na świecie wydarzyło się więcej zła niż wyrządził tu ten wasz Voldemort. Na Wielkiej Brytanii świat się nie kończy, więc przyjmijcie do wiadomości, że tę wojnę mogłyśmy mieć po prostu bardzo głęboko w dupie.
Teraz wszystkim obecnym na sali opadły szczęki. Nawet Kingley nie mógł się powstrzymać przed okazaniem zdziwienia i krzty wstydu za siebie i innych.
Ława urzędników zaczęła się naradzać. Panowie na początku wymieniali między sobą pojedyncze słowa, jakby nie mogli otrząsnąć się po usłyszanych słowach. Po chwili wzmożonego szeptania, kilku okrzykach, uderzeniach pięści w stół i kubku rozlanej herbaty, Wiceminister zarządził kilkuminutową przerwę, po czym przywołał do siebie głównego aurora. Wyszeptał mu kilka słów na ucho.
Że co?! – wyrwało się aurorowi. – Znaczy, jest pan pewien? To może być niebezpieczne i źle przyjęte przez widownię.
Kingsley spojrzał na ludzi wychodzących z sali. Większość z nich powinna wrócić za kilka minut z kubkiem gorącej kawy w dłoni, a widok, który mieliby zastać, wprawiłby ich w osłupienie. Minister jeszcze kilka razy przeanalizował w głowie swoją decyzję.
Tak, jestem pewien. Wykonać.
Auror przez chwilę zastygł w bezruchu. Jeszcze kilka razy spojrzał kontrolnie na Ministra, jednak ten nie miał nawet cienia wątpliwości.
Mężczyzna zwołał do siebie wszystkich kolegów po fachu znajdujących się w sali, po czym wydał krótki rozkaz:
Rozkuć oskarżone.
Podwładni zareagowali niemal identycznie, jak ich szef. Po kilku chwilach protestów, zdziwień, a nawet okrzyków strachu, niepewnie zaczęli się zbliżać do sceny. Bali się. Poruszali się bardzo powoli i strachliwie, odskakiwali na najcichszy brzdęk łańcuchów. Każdy z nich trzymał w dłoni różdżkę i po jej drganiu można było poznać, że aż trzęśli się ze strachu.
Banda tchórzofretek – mruknęła Victoria, podśmiewając się przy tym pod nosem.
Nic nie mów, bo wystraszysz ich jeszcze bardziej – dorzuciła ironicznie Sentis.
Dziewczyny przyglądały się temu, jak spektaklowi w cyrku. Różnica była jedynie taka, że nie mogły się otwarcie i na głos śmiać, a bardzo chciały. Dawno nie spotkały się z tak otwartym okazywaniem strachu. I to jeszcze wobec nich! Nie dziwiłyby się, gdyby bać się mieli przemytnicy, kłusownicy, czy płatni zabójcy, ale dlaczego miałyby być groźne dla przeciętnego aurora? Cała sytuacja wydawała im się śmieszna i irracjonalna jednocześnie.
Podchody mocno się przedłużały. Niektórzy widzowie zdążyli już wrócić do sali.
Ja to zrobię – podniósł się z miejsca zdenerwowany i dość zawiedziony brunet. Był to organ doradczy Ministra, czyli sławny już od urodzenia Harry Potter.
Jestem pod wrażeniem – powiedziała z aprobatą Sentis.
Młody mężczyzna nieco się zarumienił. Po kolei i w skupieniu rzucał zaklęcia ściągające bariery oraz pozostałe zabezpieczenia. Cały proces od pierwszego machnięcia różdżką, aż do postawienia kobiet z powrotem na ziemię zajął mu niecały kwadrans. Do sali zdążyli już wrócić niemal wszyscy widzowie.
Nie zrobiłem przecież nic niezwykłego – odpowiedział dość pewnie chłopak.
Nie uciekłeś z podkulonym ogonem, a to już coś.
Gryfoni już tak mają – odparł skromnie.
Gryfoni to większość tych tchórzy, którzy nazywają się aurorami – stwierdziła Sentis rozcierając obolałe od kajdan nadgarstki. – Ty po prostu jesteś odważny.
Dziękuję pani.
W jej ustach to wcale nie jest komplement – wtrąciła groźnie Victoria.
Ślizgonka patrzyła uważnie na zdziwionego Pottera, który już nie był z siebie taki dumny. Brunetka tylko uśmiechnęła się pod nosem.
Durny, jak wszyscy – mruknęła jakby sama do siebie.
Proszę o ciszę! – zarządził Minister. – Przejdźmy do wniosków końcowych i zakończy już tę farsę. Dopełnimy jedynie formalności o oddaleniu zarzutów, jednak i tak będą musiały się panie nieco natłumaczyć ze swojej nieobecności – skończył Kingsley, po czym oddał głos głównemu mówcy.

środa, 5 listopada 2014

III

Ślizgonka obudziła się dosyć późno. Zaraz po wstaniu, udała się na szybką kąpiel. Musiała się wytrzeć w starą suknię ze swojego kufra, bo nigdzie nie mogła znaleźć ręcznika, ani nawet ścierki. Ubrana w czystą, czarną koszulę i obcisłe spodnie w tym samym kolorze, udała się do kuchni, gdzie siedziały już jej koleżanki.
Szlag mnie zaraz trafi! – usłyszała głos Lindsay jeszcze na korytarzu. – Jak można żyć w takim syfie?
Krótko – rzuciła sucho Sentis.
Brunetka usiadła przy stole, z którego Gryfonka wcześniej uprzątnęła sprzęt do warzenia eliksirów. Obecnie stał na nim dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą oraz cztery czyste kubki. Oprzyrządowanie stało teraz na szafkach i podłodze.
Widzę, że humor już ci się poprawił – stwierdziła Nathalie. – To dobrze, bo musimy załatwić pewną sprawę. Pamiętacie, jak wczoraj mówiłam o „żywym monitoringu”?
Nadal nie mam pojęcia, o co ci właściwie chodziło – powiedziała Victoria, odrywając się na chwilę od kubka z kawą.
Starzy mugole bardzo często nie mają zbyt ciekawego życia, są ubodzy i raczej nie należą do ludzi towarzyskich. A co gorsza – nie lubią młodszych od siebie. Ich hobby to obserwowanie innych, w skrajnych przypadkach nawet szpiegowanie i donoszenie... – wyjaśniła dziewczyna.
A co nam do tego? – spytała zniecierpliwiona już tą, według niej, bezsensowną gadaniną Sentis.
Do tego dążę. Otóż śmiem podejrzewać, że zostałyśmy namierzone przez takowy „żywy monitoring”.
Dziewczyny popatrzyły na siebie zdumione. Kompletnie nie wiedziały, o co chodzi Puchonce, ale postanowiły jej nie przerywać. Istniało prawdopodobieństwo, że mogła rzucić w nie jakąś mało przyjemną klątwą.
Mam na myśli starszą panią z kamienicy obok, która bardzo uważnie obserwowała nas, gdy się wprowadzałyśmy, jeżeli tak to można nazwać. Myślę, że może nam bardzo utrudnić życie – kontynuowała.
Nathalie podeszła do okna i zaczęła obserwować podwórko zza brudnej firanki, która, swoją drogą, śmierdziała jak przepocona, męska skarpeta. Po chodniku, jak gdyby nigdy nic, przechadzała się starsza pani. Mugolka zatrzymała się na wysokości okna mieszkania Severusa i zaczęła się nachalnie w nie gapić. Nawet nie patrzeć – gapić. Stała z kudłatym, upasionym jak świnia pieskiem oraz gazetą pod pachą. Teoretycznie nie powinno być w tym nic dziwnego, ale w pewnym momencie podeszła do okna. Przytknęła twarz do szyby, aż jej nos zadarł się niczym u świni, z rąk zrobiła „daszek”, by uchronić oczy przed słońcem, nawet stanęła na palcach, żeby więcej widzieć. Mogła oglądać jedynie brudną firankę, za którą stały już wszystkie dziewczyny, którym trudno było uwierzyć w tę groteskową sytuację.
Oni naprawdę robią takie rzeczy? – zapytała Victoria. – Szpiegują, wtrącają się w nie swoje sprawy, obgadują...
A czasami nawet nasyłają policję – przerwała jej Nathalie. – To są mugole – trudno z nimi wytrzymać – a co dopiero zrozumieć.
Dziewczyny stały nieruchomo po jednej stronie szyby, a po drugiej starsza pani wyginała się i przyciskała twarz do okna, jak tylko mogła, aby za wszelką cenę cokolwiek zobaczyć. Robiła tak już przez dobre kilkanaście minut, ale nadal nie odpuszczała.
Nie chcę, żeby mi się jakaś starucha gapiła w okno przez cały dzień – warknęła cicho Sentis, przy okazji podwijając rękawy.
Co masz zamiar zrobić? Tylko uprzedzam, żadnych czarów – mruknęła Nathalie stojąca zaraz obok Ślizgonki.
Brunetka zrobiła krok do przodu. Przypatrywała się kobiecie zza zasłony, jednak nie mogła określić jej wyglądu przez tę piekielną firanę, która w dalszym ciągu śmierdziała jak skarpety. Postanowiła wyraźniej ją zobaczyć. Złapała za koniec materiału i jednym krótkim, zamaszystym ruchem odsłoniła okno.
Babcia odskoczyła, jakby właśnie poraził ją prąd. W sumie trudno się dziwić. W oknie zobaczyła przecież cztery kobiety o srogich spojrzeniach i posępnych minach, które chęć mordu miały wypisaną na czole.
Kobieta była stara i pomarszczona. Twarz miała dużą, okrągłą, pełną małych fałdek, które upodabniały ją do mopsa. Zresztą wyglądała jak mops. Krótkie nóżki, duży brzuch, nieskoordynowane ruchy. Najbardziej rzucały się w oczy tlenione włosy upięte w coś, co miało być kokiem, ale wyglądało jak krzak. Czyżby była babcią dziewczynki z „palmą”? Staruszka ubrana była w rozciągniętą i pogniecioną sukienkę do kolan oraz „papucie”. Całość swojej stylizacji utrzymywała w odcieniach różu.
Sentis uznała, że dostała to, czego chciała i kolejnym szybkim ruchem zasłoniła firankę. Babcia przez chwilę nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić, jednak po chwili namysłu udała się truchcikiem do domu.
Problem z głowy – powiedziała z zadowoleniem Ślizgonka, ponownie siadając przy stole. Nalała sobie kolejny kubek kawy i położyła nogi na stół.
Obyś miała rację – westchnęła z nadzieją Nathalie, która zrobiła dokładnie to samo co przedmówczyni.
Wszystkie kobiety siedziały z nogami założonymi na stół i delektowały się kawą i ciszą, której nie doświadczały zbyt często przez ostatnie dwadzieścia lat.
Sentis przymknęła oczy, odchyliła głowę na oparciu w nadziei, że uda jej się zdrzemnąć przez kilka minut bez bliskiego spotkania z podłogą. Krzesło nie wyglądało na stabilne, a raczej na przyniesione z wysypiska śmieci. Nawet trochę się lepiło od brudu. Na całe szczęście nie śmierdziało tak jak firana.
Kiedy dziewczyny spokojnie wypoczywały, przed kamienicą zebrał się niemały tłumek dzieci, a w oddali również dorosłych, którzy spacerowali z najmłodszymi pociechami lub psami, aby nikt nie pomyślał, że przyszli popatrzeć. Wydarzenie, które miało się za chwilę rozpocząć, było istną sensacją na Spinner's End. W nieświadomości pozostawały jedynie cztery czarownice.
Nagle obudziło je głośne łomotanie do drzwi. Ktoś musiał być bardzo niewyżyty, bo uderzał w nie chyba pięścią, a może nawet nogą.
Krukonka jako pierwsza poderwała się z miejsca i pobiegła do korytarza. Zaraz za nią ruszyły pozostałe dziewczyny. Chciała lekko uchylić drzwi, aby zobaczyć kto tak uporczywie chce się tu dostać, jednak kiedy tylko nacisnęła klamkę, gruby mężczyzna naparł na nie i siłą dostał się do środka. Zaraz na nim do korytarza wkroczył chudy, ryży typ i Pani Mops. Dziewczyny cofnęły się aż pod drzwi do łazienki.
Dzień dobry! Jestem komisarz Poopsky, a to dzielnicowy Dicksley. Jesteśmy tu na wezwanie prezeski zarządu tutejszej wspólnoty mieszkaniowej. Są panie zatrzymane pod zarzutem włamania i zawłaszczenia mieszkania – wyrzucił z siebie ciągiem gruby mężczyzna. Wyglądał na podekscytowanego, jednak próbował sprawiać wrażenie profesjonalisty, który przeprowadza takie akcje codziennie.
Komisarz Poopsky był grubym, wysokim i wyjątkowo śmierdzącym facetem. Pocił się tak mocno, że aż wszystkie trzy włosy przykleiły mu się do czoła. Gębę miał bardzo przeciętną, oczy mętne, nos jak kartofel. Odziany w policyjny mundur i z pączkiem w dłoni nie robił na dziewczynach żadnego wrażenia, a tym bardziej nie napawał ich strachem.
Dużo bardziej interesujący był dzielnicowy Dicksley. Mężczyzna był posiadaczem rudych, kręconych włosów, dziewiczego wąsa odcieniu tego samego koloru oraz monobrwi. Czarnej. Dziewczyny nie mogły oderwać wzroku od tego wybryku natury. Dzielnicowy był wyjątkowo wątłej postury, jednak chodził dumnie wyprostowany i wyprężony. Mundur wisiał na nim jak na wieszaku. Na całe szczęście nie śmierdział jak jego kolega, bo Poopsky i firanki w kuchni wykorzystały limit wydzielanego smrodu dla całej ulicy. Od razu po wejściu do korytarza zaczął szwendać się po całym mieszkaniu, jakby szukał czegoś cennego.
Przy drzwiach stała dumna jak paw Pani Mops. Pod pachą trzymała kołonotatnik, na nosie miała okulary w jaskrawozielonych oprawkach. Podczas pobytu w domu chyba postanowiła się upiększyć, bo twarz miała pokrytą jakimś pyłem, jakby sypnęła sobie w twarz garścią mąki, usta wysmarowała burakiem, a brwi odrysowała czarną kredką od szklanki. Przebrała się w garsonkę w papugi, a na stopach miała trepy z podobizną swojego pieska. Lindsay wytrzeszczyła oczy na widok odzienia staruszki, Nathalie mocno się zachwiała, Victoria miała odruch wymiotny, a Sentis zapragnęła mieć pod ręką naładowany kałasznikow.
Wszystko co powiecie, może zostać użyte przeciwko wam! – zakrzyknęła z werwą Pani Mops, przy okazji grożąc palcem.
Przez wciąż otwarte drzwi Sentis zauważyła, że tłumek powiększył się. zerkać przechodnie przestali przelotnie zerkać, tylko podeszli bliżej i zaczęli się nachalnie gapić. Dziewczyna nie mogła znieść myśli, że stanowi rozrywkę dla plebsu, toteż wyminęła grubasa i Babcię, po czym z hukiem zamknęła drzwi.
Od razu lepiej – mruknęła do siebie.
Następnie przywdziała firmowy uśmiech numer piętnaście, czyli "jestem cholernie miła i uprzejma, przelecę cię mentalnie, ale potem daj mi spokój i spieprzaj" Działał na facetów bez osiągnięć, czyli obecnie nadawał się wprost idealnie.
Ależ panie władzo – zaczęła przybliżając się powoli do komisarza. – To jakieś nieporozumienie. Jesteśmy tu całkowicie legalnie, nikt się nie włamywał, nic z tych rzeczy!
Poopsky zaczął pocić się jeszcze bardziej, bo sam nie mógł uwierzyć, że zwraca się do niego kobieta. TAKA kobieta.
A–a–ale pani Stirlitz złożyła zażalenie...
Ach! Kochana babunia ma problemy z pamięcią! – wtrąciła radośnie Victoria, po czym podeszła do staruszki i objęła ją ramieniem.
Oburzona kobiecina chciała zaprotestować, jednak Krukonka z całej siły zacisnęła jej rękę na ramieniu i obróciła twarz w jej stronę.
Milcz albo zdechniesz – syknęła ledwo słyszalnie, czego żaden z mężczyzn nie mógł zauważyć przez srebrne włosy, którymi zasłoniła się przed ich wzrokiem. Babcia znieruchomiała.
Jesteśmy wnuczkami pani Stirlitz. Ona sama poprosiła nas o zajęcie się mieszkaniem dopóki nie wróci właściciel, ale widocznie o tym zapomniała. Wprowadziłyśmy się dopiero wczoraj, choć pisała do nas dużo wcześniej. Pewnie biedaczka zapomina o braniu leków. Ale cóż się dziwić! W jej wieku już się tak ma – wytłumaczyła Nathalie. Stała teraz obok dzielnicowego, który bezwstydnie gapił jej się w dekolt.
W takim razie poproszę jedynie o dokumenty tożsamości i... – Grubas nie dokończył, bo Lindsay potraktowała go niewerbalnym Imperiusem.
ważne jednak to nie będzie potrzebne. Do widzenia – powiedział beznamiętnie i wyszedł z domu.
Dicksley nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu i wyszedł jak gdyby nigdy nic.
Co za imbecyl z tego chudzielca – mruknęła Victoria, wciąż trzymając staruszkę w objęciach.
Daj mu spokój, jest rudy – powiedziała z nutą ironii Nathalie.
Mamy większy problem, niż kolor włosów tego faceta – zaczęła Sentis. – Co my teraz z tobą zrobimy? – zwróciła się do kobiety.
Staruszka wyglądała na przerażoną. Trzęsły jej się ręce, kolana uginały. Twarz zbladła, a jej kolor zrównał się z odcieniem mącznego makijażu. Była bliska płaczu.
Zabijmy ją! – mruknęła nieco psychopatycznie Victoria, zaciskając obie ręce na ramionach Pani Mops. Usłyszawszy to, kobieta zemdlała.
I co żeś zrobiła? Jak ją teraz przetransportujemy do domu?
Zaniesiemy? – odpowiedziała sarkastycznie Nathalie.
Przed nosem tych wszystkich ludzi?
No to ja nie wiem – oburzyła się Puchonka. – Poczekajmy, aż się ściemni i tyle.
Albo ją obudźmy, wciśniemy, że przyszła tu po cukier i zemdlała, a później wygońmy do domu – powiedziała ze spokojem Lindsay.
Nie wiedziałam, że taki z ciebie mistrz zbrodni. Nawet Niewybaczalnymi rzucasz – stwierdziła z uznaniem Sentis.
Dziewczyny wdrożyły plan w życie. Najpierw położyły staruszkę na podłodze, Victoria pobiegła do kuchni po słoiczek, aby historia z cukrem była bardziej prawdopodobna. Pojemnik włożyła jej do kieszeni w marynarce.
Kiedy pani Stirlitz się obudziła, ujrzała pochylone nad nią cztery kobiety, które wyglądały na wyraźnie zmartwione. Pomogły jej wstać, usadziły na krześle w kuchni, podały kubek herbaty. Babcia była kompletnie skołowana. Próbowała coś powiedzieć, ale dziewczyny skutecznie przeszkadzały jej w tym swoją uprzejmą paplaniną. Gadały o tym, jak się o nią martwią, czy była ostatnio u lekarza, czy często jej się to zdarza, czy mieszka sama, kiedy ostatnio widziała wnuki, jak się wabi jej pies i wiele innych. Zadawały pytania, na które staruszka nawet nie miała szansy odpowiedzieć, bo kobiety tego nie chciały. Pragnęły zagadać ją na śmierć. Albo przynajmniej do bólu.
Po kilku minutach staruszka była na granicy wytrzymałości.
Muszę już iść, moje drogie. Strasznie boli mnie głowa.
Dziewczyny nasypały babci cukru do słoika, pogadały jeszcze przez chwilę, a później odprowadziły do drzwi. Pani Mops chciała im podziękować, ale one już nie miały na to sił i prawie wypchnęły ją z mieszkania. Zdezorientowana staruszka podreptała do swojego mieszkania.
Nareszcie spokój! – krzyknęła szczęśliwa Victoria.
Babsko chyba zostawiło swój notes – mruknęła Nathalie podnosząc z podłogi zeszyt z czarną okładką. – Pójdę jej go oddać.
Chyba oszalałaś – stwierdziła krótko Sentis, po czym wyrwała koleżance przedmiot z ręki i potruchtała do kuchni, gdzie usiadła przy stole, czekając na swoje koleżanki.
Kiedy wszystkie już usiadły, otworzyła notatnik i zaczęła czytać.
"Niedziela, 10 maja 1998 r. – Pogoda od tygodnia jest już ładniejsza, nie pada, dawno nie było burzy. Ksiądz w kościele...
Co to jest ksiądz? – przerwała Victoria.
Jakby ci to... To jest taki facet w czarnej sukience do ziemi, który opowiada mugolom o Bogu – wytłumaczyła koleżance Nathalie.
A on go widział?
Nie, raczej nie. Choć niektórym się wydaje, że tak.
To czemu o nim opowiada, skoro go nie zna?
Czytał o nim w książce. Nazywają ją Biblią.
I tylko z niej czerpie wiedzę? Mugole są nienormalni...
Dobra, cicho! Czytam dalej. Ksiądz w kościele mówił, że ciekawość jest grzechem. Może i jest, ale gorszy grzech to cudzołożenie! Jak ta ladacznica Helena Hearne! Jej mąż ciężko pracuje, a ona zdradza go z kim popadnie! Nierządnica! Do piekła z nią!. To jest lepsze od kronik kryminalnych!
No czytaj! – warknęła zniecierpliwiona Nathalie.
No to teraz z innego dnia. Środa, 27 maja 1998 r. – Wczoraj odwiedziła mnie córka z wnukami. Kate urosła od ostatnich odwiedzin, ma długie włosy i wypadł jej już ostatni mleczak. Jest urocza jak aniołek. Za to jej brata opętał chyba jakiś demon! Siedzi ciągle przy komputerze, a później słucha jakiejś szatańskiej muzyki! A moja córka nic z tym nie robi! Mówi tylko, że The Beatles to dobry zespół i mam się nie czepiać, bo przestanie przyjeżdżać. A to niewdzięczna dziewucha!.
Ta babcia musi mieć coś z głową – stwierdziła Lindsay, chichrając się pod nosem.
Sentis obróciła zeszyt do góry nogami i ponownie otworzyła.
Tutaj nie ma pamiętnika, tylko jakieś zapiski. Te są z wczoraj:
10:42 – Pies sąsiadów ujada od ponad godziny. Jak nie przestanie, to zadzwonię na policję.
10:50 – Pies przestał szczekać. Ma szczęście.
11:05 – Ladacznica Hearne wróciła do domu z zakupów. Pewnie nakupiła sobie dziwkarskich sukienek!
11:45 – 17:45 – Dzieciaki bawią się na podwórku.
18: 35 – Jakieś cztery kobiety weszły do mieszkania pana Snape'a. Wyglądają jak z jakiejś sekty.
19:00 – Wieczorna modlitwa.

– I niech nikt mi już więcej nie wmawia, że mugole są normalni!– oburzyła się Victoria, na co wszystkie zaczęły się śmiać.
Mrs Black bajkowe-szablony